Dotknięcie miłości. Dotknięcie raka. Zamiana ról, kiedy młodość staje się starością. Miłość bez melodramatu nie ma historii. W „Konającym zwierzęciu” Roth opowiada o życiu, które przestaje być seksualne, a staje się miłosne. I nachylone ku śmierci.

Pochłońcie serce moje: chucią chore
I w konającym zwierzęciu zamknięte,
Nie wie, czym jest; ja ponad serca sprzeczność
Ulecę z wami w sztuczność – czyli wieczność.
(W.B. Yeats, Żeglując do Bizancjum)
Taki jest moment inicjalny powieści Philipa Rotha, profesora nowojorskiego Hunter Collage. Czytelnika inicjuje Yeats, ale o tym Czytelnik dowie się później. Teraz drugi moment inicjalny: Ciało zachowuje historię życia w tym samym stopniu, co umysł – to już Edna O’Brien, walcząca piórem z anachroniczną obyczajowością. Będzie więc o chuci (Na początku była chuć. Nic prócz niej, a wszystko w niej, Przybyszewski) i o ciele, bo w nim się zaczyna i się kończy. Poza tym jest chaos erosa.
A przybiera on postać muzycznej fugi, w której tematy powracają raz po raz: powtórzone, poprawione, przepisane. Roth tworzy wariację na temat literaturze dobrze znany („Lolita”, „Lekki oddech”, „Sto lat samotności”, „Hańba”). Z sentymentem, momentami z ironią, snuje opowieść o starości porwanej młodością, o ciele, dla którego pożądanie jest odpowiedzią na inne ciała. W „Konającym zwierzęciu” nieustannie falują napięcia między nimi. To one układają się w historię bohatera.
Jest nim David Kepesh, któremu Roth poświęca cały cykl: „The Breast”(1972), „Nauczyciel pożądania”(1977) i owo „Konające zwierzę” (2001). David prowadzi zajęcia z krytyki stosowanej, w programach telewizyjnych wy powiada się na temat purytańskiej obyczajowości, twierdzi, przewrotnie trawestując Freuda, że dydaktyka to jego przeznaczenie. Nie tylko z racji wykonywanego zawodu. Kepesh obcuje ze studentkami prywatnie, seksualnie, w swoim mieszkaniu, świątyni nauczania. Tam je uwodzi, on – mistrz.
W takiej relacji pozostaje z nią, Consuelą, o której twierdzi, że nie jest dziewczyną o wybitnej inteligencji. Ale jest piękna. Nawet nieobecna jest sprawczynią orgazmów przy muzyce klasycznej.
Układ jest typowy. Ona to ciało, on – intelekt; ona to natura, on – kultura. I wcielenie męskiego marzenia o niekończącej się seksualności. Przestrzeń między nimi wypełnia erotyka, dyskretnie balansująca na granicy pornografii. Narrator Rotha jest w swoich opisach naturalistyczny. Także wtedy, kiedy staje w obliczu pytania: Jak może mnie zdradzić własne ciało? Bo ono zdradza. Wszystkich. W różnym czasie.
Moment inicjalny raz jeszcze: zdrada ciała. W stylu Yeatsa: monolog dramatyczny o fakcie starzenia i wewnętrznym przymusie ucieczki przed czasem biologicznym w czas estetyczny. U Rotha: wykład biograficzny o motywie elan vital w postmodernizmie. To nie jest lektura przyjemności, sensy nie eksplikują się same. To nie jest przyjemność (słodycz), to rozkosz (ból).
Książka, która jest w istocie monologiem (terapeutycznym?) Davida, staje się opowieścią o życiu na wiecznej łące zabawy i rozkoszy, o wiecznym chłopcu, o egzystencjalnym pęknięciu, powodowanym przez miłość (Miłość?).
Moment finalny: to po tobie – kwestia z zewnętrz jak diagnoza. David schodzi do porządku ciała, które odchodzi. Bez radości, bez ekstazy. To będzie finałowy taniec (śmierci?), w którym partnerzy wiedzą, że zmierzają w tę samą stronę, chociaż niekoniecznie w sekwencji chronologicznej. Nie zawsze się na to godzą. Czasem się szarpią. Ze sobą i z życiem.
Philip Roth, Konające zwierzę, Czytelnik, Warszawa 2010.
Tagi: Philip Roth Konające zwierzę Czytelnik powieść recenzja Diana Saniewska