To prawdziwe kuriozum na rynku wydawniczym, że pojawia się książka mająca dokładnie tę samą okładkę, co wolumin wydany przed dwoma laty. Tych, którzy debiutancką powieść Grzegorza Miecugowa ujrzą na półce w księgarni, zastanawiając się - „skąd znam tę okładkę?” - pragnę uspokoić, że déjà vu jest uzasadnione – tak samo prezentował się zbiór opowiadań Wojciecha Chmielewskiego „Brzytwa” wydany przed dwoma laty przez Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik”. Niestety, rozczarować może nie tylko okładka, ale także treść „Przypadku”.

Tytuł wydaje się o tyle uzasadniony, iż od początku lektury można odnieść wrażenie, że to właśnie książka przypadkiem napisana i przypadkiem też wydana (mało starannie, bo zawiera kilkadziesiąt błędów interpunkcyjnych i w związku z tym nasuwa się pytanie, czy to autor ma problemy ze wstawianiem przecinków czy też korektor wydawniczy). Grzegorz Miecugow zajął się czymś, co po prostu mu nie wychodzi – pisaniem. Otrzymujemy historię przewidywalną do bólu (rozwoju zdarzeń i finału można się domyślić już po kilkunastu stronach lektury), zlepek sensacji, ckliwego sentymentalizmu, papierowych postaci i fabuły zmierzającej do finałowej katastrofy, stanowiącej rozwiązanie akcji, nad którą autor zbyt się chyba nie zastanowił.
Marcin Szuster ma dobrą pracę, wyrozumiałego szefa, wspaniałą kobietę u boku i wszystko, czego można pozazdrościć czterdziestolatkowi. Coś jest z jego życiem jednak nie tak, skoro od początku możemy zauważyć, że ma ogromne problemy ze snem i dręczą go wyrzuty sumienia związane z dramatyczną przeszłością i śmiercią brata, za którą czuje się współodpowiedzialny. Szuster pewnego dnia doznaje wstrząsu wywołanego tym, że przypadkiem dostrzega swą kobietę Martę kopulującą z jego szefem, Wielkim Bo. Nie widzi twarzy dziewczyny, ale przed domem pracodawcy stoi jej samochód, a w pokoju na podłodze leżą jej buty. Po ujrzeniu tej dramatycznej dla bohatera sceny, Szuster działa spontanicznie. Naprędce ustala plan słodkiej zemsty na kochankach, na potrzeby którego musi zniknąć z Warszawy, zdobyć fałszywe dokumenty i wyruszyć na południe Europy, zabierając ze sobą ogromną sumę pieniędzy z sejfu swego szefa jako rekompensatę za doznaną krzywdę. Marcin wydaje w tempie ekspresowym euro Wielkiego Bo, przytomnie lokując większą część fortuny na różnych kontach osobistych otwieranych przez jego poczciwego przyjaciela, któremu obca jest chciwość, choć haruje za marną nauczycielską pensję. I zaczyna się szaleństwo – Szuster ucieka, pracodawca go ściga, Marta popada w rozpacz, niczego z zachowania swego mężczyzny nie rozumiejąc, a pieniądze wydawane są na prawo i lewo przez obłąkanego wizją zdrady i zagubionego Szustera.
Do szaleńczej podróży, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co, zostają doklejone jeszcze osobliwe wątki fałszerstwa na terenie naszych zachodnich sąsiadów, perypetie prywatnych detektywów, wzruszająca historia pewnej pani doktor i jej sparaliżowanego męża, który rozświetli umysł Szustera pretensjonalnymi kosmicznymi metaforami życia, a nad wszystkim unosi się widmo kryzysu ekonomicznego. Z powodu kryzysu euro wydawane przez Szustera staje się coraz droższe, a Wielki Bo najpierw dowiaduje się o samobójczej śmierci swego bliskiego przyjaciela, biznesmena – bankruta, następnie sam poważnie zapada na zdrowiu z powodu informacji o załamaniach giełdowych i finansowych.
Dla zrozpaczonego Szustera nie jest jednak ważny kryzys, lecz rojenie, jakiemu się poddał. Zachowując się co najmniej nieobliczalnie, miota się po polskich miastach i niemieckiej stolicy bez celu i bez sensu, a cała reszta stara się za wszelką cenę trafić na jego ślad, by wyjaśnić, o co tak naprawdę chodzi i przede wszystkim odzyskać skradzione pieniądze. I tak jak Szuster sam nie wie, co ze sobą zrobić, tak czytelnik może odnieść wrażenie, iż nie bardzo rozumie intencje autora. Miecugow napisał książkę o twardym mężczyźnie, który tak naprawdę roztkliwia się nad sobą niczym mały chłopiec. Książkę, w której nie tylko główny bohater zachowuje się irracjonalnie. Jeśli chodziło autorowi o stworzenie zwartej sensacyjnej fabułki, którą po prostu czyta się w pociągu czy tramwaju, nawet mu się to udało. Pytanie tylko, czy medialna popularność autorów wypromuje tego typu książki. Bo jeśli chodzi o Grzegorza Miecugowa, to jego pisanie jest specyficznym przypadkiem. Ciekawszym nawet niż perypetie jego mocno zaburzonego bohatera. Ale takie pisanie to nie literatura - trzeba to wyraźnie i nieprzypadkowo podkreślić.
Grzegorz Miecugow, Przypadek, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2010.
Jarosław Czechowicz ur. 1978, absolwent filologii polskiej UJ oraz Podyplomowego Studium Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ; niezależny recenzent; publikacje m.in. w "Portrecie", "artPAPIERZE" oraz w portalach "Internetowe Imperium Książki", "biblioNETka", "G-Punkt", "Independent.pl". Prowadzi bloga literackiego „krytycznym okiem”.
Tagi: Grzegorz Miecugow Przypadek krytycznym okiem recenzja powieść wydawnictwo Bellona
mika02-08-2010, 23:42
Recenzent zarzuca autorowi błędy interpunkcyjne, a tymczasem sam się ich nie ustrzegł, zaś dwukrotne użycie w jednym zdaniu wyrażenia "z powodu" w szkołach niższego szczebla niż UJ jest uznawane za błąd...