W Toruniu i Bydgoszczy odbyła się druga edycja festiwalu audiowizualnego, Plateaux Festival. Wychwalane, nie tylko przez polskie media, wydarzenie zyskało sobie renomę, którą podtrzymało i w tym roku.

W rzeczywistości wszelkie doznania są już wspomnieniami.
(Henri Bergson)
Toruń pozostawał, w mojej wątłej wyobraźni, miastem z cegieł ułożonym, gdzie po uliczkach przechadza się duch (Pani) Kopernika. Moje wizje zostały poddane weryfikacji i, co ciekawe, okazały się nie odbiegać tak daleko od rzeczywistości. Toruń jest tak zwanym miastem z klimatem; klimat ten opiera się na zabytkowej architekturze oraz braku możliwości zatrudnienia, co kiełkuje kreatywnością młodych ludzi. I tak, dzięki inicjatywie m.in. Krzysztofa Bobera, w tamtym roku odbyła się pierwsza edycja festiwalu audiowizualnego, Plateaux Festival.
Festiwal Plateaux to wydarzenie wypełniające lukę na mapie polskich festiwali promujących muzykę awangardową oraz visual-arts, czyli użytecznie wypełnia zadanie produktu dwa w jednym. Utylitarność na tym się jednak kończy, gdyż mimo dobrej renomy festiwal cieszy się zainteresowaniem wąskiego grona osób, ceniących dźwięki ulotne, tak słabo zazwyczaj dostrzegalne. Jednak to właśnie dzięki jego pierwszej edycji, już nie tylko wtajemniczeni koneserzy minimalnych i ambientalnych wykonawców, mogli doświadczyć przyjemności ujrzenia guru tego gatunku przy pracy, czyli w stałej pozie, ogarniętych niemym wyrażaniem poprzez muzykę. Festiwal stał się wydarzeniem, które wzbudziło emocje zanurzonych w spokojnym, nastrojowym świecie ambientowców, wyszukujących dotychczas empetrójki albo dizajnerskie płyty na hermetycznych portalach, takich jak chociażby srr.ecords (który ostatnio w tajemniczy sposób zniknął...).
Przy okazji cieszyli się toruńczycy i bydgoszczanie, mieszkańcy miast skłóconych ze sobą o administracyjne brednie. Dodać należy przykry fakt nienawiązania współpracy z CSW „Znaki Czasu”, w związku z czym toruńska część festiwalu odbyła się w ziejącym chłodem CT Park, co chyba nieco rozczarowało tych, którzy zakosztowali zeszłorocznej atmosfery festiwalu.
Niemniej, również i w tym roku delikatne, subtelne dźwięki opanowały na trzy dni oba miasta. Ideą przewodnią wydarzenia, które można by porównać z austriacką Ars Electronicą albo niemieckim Transmediale, jest synestezja sztuk, dźwięku i obrazu, bazująca na najnowszych technologiach generacji audiowizualnego przekazu. Na scenie toruńskiej zagościli m. in. Fennesz, Chris Herbert, Akufen, Lawrence English, SND, Ezekiel Honig, Glitterbug. Było też miejsce na showcase jednej z ważniejszych wytwórni ambientowych, Ghostly International, która obchodziła w tym roku dziesięciolecie istnienia.
Każdy z muzyków wystąpił w towarzystwie (wirtualnym, bądź realnym), vj'ów. Muzyka Australijczyka, Lawrence'a Englisha, ilustrowana była wizualizacjami autorstwa Makimo Takashiego z Japonii; synteza obrazu i dźwięku przenosiła w niezbadane światy, wystarczyło wyłączyć na chwilę świadomość przebywania w chłodnym, dość nieprzyjemnym miejscu. Całkiem nieźle w towarzystwie pionierów minimalu wypadli rodzimi twórcy, polski kIRk grający po Christianie Fenneszu, którego występu nie trzeba szeroko komentować (elektryzujący, przesycony siłą subtelnego brzmienia, naznaczony osobowością artysty, na którego nie można się napatrzeć – wizualizacje są zbędne w jego przypadku), spisał się wyśmienicie. Niemieckiemu artyście, Tilmanowi Ehrhornowi, wsparcia udzielała polska Geometria, której nazwa rzeczywiście jest w pełni adekwatna do obrazów, w jakich się specjalizuje – chłodne geometryczne kształty świetnie współgrały z głębokimi basowymi, czasem wręcz lodowatymi tonami generowanymi przez Ehrhorna. W dwójkę wystąpili również The Sight Below i Simon Scott (Bydgoszcz), którzy zagrali monotonnie ambientalny, momentami wręcz nojzowy set. O The Sight Below, czyli Rafaelu Antonie Irisarrim mówi się, że tworzy muzykę pochodzącą z niebios. I rzeczywiście, można było się przekonać, że technologicznie przetworzone dźwięki, przepuszczone przez skomplikowaną maszynerię, są bliskie pitagorejskiej idei muzyki sfer niebieskich.
Ciekawe, że tak jednorodny na pozór gatunek, jakim jest minimal ambient, objawia się w tak różnorodnych postaciach. Plateaux Festival pokazuje, że taka muzyka jest wymagająca, ale daje dużo w zamian; purystyczny przekaz audiowizualny to jakby skuteczna riposta na hałaśliwy świat, doprowadzający ludzkie myśli do niebywałego rozszczepienia. To także muzyka ilustrująca samotność człowieka, bez ozdobników, o regularnym tonie, pozostawiająca słuchającego w dziwnym stanie oniemienia i przestrachu, że oto właśnie jest mu dane dotknąć skrawka czegoś niepojętego, może tylko wyimaginowanego, może nie istniejącego realnie.
Paradoks tej muzyki polega na tym, że, chociaż jest ona tworem całkowicie sztucznym, to jednak czerpiącym z dźwięków natury i otaczającego świata w stopniu, którego nie osiąga żaden inny gatunek muzyczny. John Cage postulował uważne nasłuchiwanie odgłosów świata, bo każdy z nich jest bezcenny i jednostkowy; Francisco López włóczył się po lesie, łapiąc z drzew ledwie dające się usłyszeć dźwięki. Podczas festiwalu można było poznać sposoby realizacji podobnych pomysłów przez różnych twórców.
Trudno inaczej mówić o takiej muzyce, jak że jest ona zwyczajnie piękna, niebanalnie dotyka tych obszarów ludzkiego umysłu, które aktywują wrażliwość i najprostszy zachwyt. Szkoda tylko, że trzeba jej było słuchać w warunkach mało sprzyjających kontemplacji. Główne performanse odbywały się bowiem w przestrzeni równie czystej i nieskażonej obecnością tworów ze świata materialnego, co sama muzyka. Wydaje się, że to drugoplanowy problem, nie mający nic wspólnego z działaniami artystów, i że najważniejszym atutem Plateaux jest niezmiennie wyśmienity line-up. Może jednak przy okazji następnej edycji festiwalu, należałoby dokonać aranżacji wnętrza w sposób, który oddawałby wagę i charakter wydarzenia. Kosmiczna muzyka w kosmicznie urządzonej przestrzeni – to mogłoby wywindować festiwal na nieco wyższy poziom w polskiej świadomości, bo sam fakt pojawienia się na łamach „XLR8R” nie czyni go niczym więcej, jak tylko jednym z dobrych europejskich festiwali. Argument, że "Polak potrafi" jest chyba już dość przebrzmiały... Oryginalność i elitarność to bezcenne wartości, to fakt, ale być może warto by było je poświęcić celem wzbogacenia festiwalowej oferty i przekonania sponsorów o konieczności kolejnych jego odsłon. Toruń, jesienne słońce i dźwięki wyjęte jakby wprost ze świata snów, to jak najbardziej coś, co zasługuje na uznanie. I nie ma co się smucić, że nie przybyło tyle osób, ile na masowe spędy. Miło jest zaś pomyśleć, że również w naszym kraju możliwa jest organizacja festiwalu muzyki nie mającej niczego wspólnego ze skocznymi nutami atakującymi nas na co dzień.
Tagi: sztuka festiwal plateuax toruń new media visual arts muzyka minimal