Mieszkańcy miejscowości Fytel żyją swoimi małymi dziwactwami: nieczynną stacją zawiaduje Luca (Dorota Pomykała), zastępując odprawianie pociągów lekturą „Anny Kareniny”; Romanek (Krzysztof Czeczot) hoduje marihuanę w ogródku starszej sąsiadki; Motylek (Elżbieta Romanowska) zaś, spędza czas na grze w piłkę nożną z dzieciakami, zamiast kusić atutami obfitej urody dojrzalszych chłopców. I nikogo to w Fytlu nie dziwi. Żeby poruszyć zakonserwowaną mikrospołeczność, w miasteczku musi pojawić się ekshibicjonista. Powołana Grupa Pościgowa zamiast do ujawnienia sprawcy, doprowadza do skojarzenia dwóch par.

Debiut fabularny Macieja Prykowskiego reklamowany jest jako „komedia romantyczna po ślunsku”. W tym wypadku reklama nie kłamie, przynajmniej w pierwszym członie. Schematyczny scenariusz, infantylne gagi, szczęśliwe zakończenie i wszystkie inne klisze kojarzące się z komedią romantyczną w najgorszym wydaniu, są w filmie obecne. Gorzej z jej „śląskim” aspektem.
Na festiwalu w Zwierzyńcu podczas spotkania z reżyserem Robertem Glińskim, widzowie pochodzący ze Śląska, gdzie toczy się akcja filmu „Benek” (2007), zarzucili twórcy oczernianie ich małej ojczyzny. Do wad wliczyli między innymi niewykształconych bohaterów, brutalne, niemal mafijne, rozwiązania fabularne, krajobraz zdominowany przez węgiel oraz obecność kopalni w tle.
Widzom tym polecam film Prykowskiego. Nie uświadczą w nim kopalni ani węgla. Co najwyżej usłyszą o hucie, po której kominie oprowadza turystów Marianek, uatrakcyjniając zwiedzanie skrętem. Jest zielono i wesoło. Żadnego przygnębionego Śląska. Właściwie nie ma tu Śląska w ogóle. Miejscowość staje się nijaka - Fytel nie nosi żadnych wyraźnych śladów przynależności. Właściwie gdyby nie gwarowy język, trudno byłoby przypisać go do konkretnego regionu Polski.
Pozorne podobieństwo z filmem Glińskiego występuje jedynie na poziomie bohaterów. O ile w „Benku” byli oni niewykształceni (wpisywali się w rodzinną tradycję dziedziczenia zawodu – trudno doszukiwać się doktorantów w kopalni), o tyle w „Zgorszeniu...” mamy do czynienia z małomiasteczkowymi prostakami, których losem można się przejąć, dopatrując się u nich obecności jakiejś nieleczonej choroby. Kiedy Luca czyta „Annę Kareninę”, zamiast uznania poziomu lektury, cieszymy się, że przez stację nie jeżdżą pociągi, z obawy, że kobieta powtórzyłaby desperacki krok tytułowej bohaterki. Szczytem kompromitacji pozostaje jednak postać kreowana przez Mariana Dziędziela. Upokarzająca scena niewydarzonego lap-dance do piosenki Boney M. „Daddy Cool”, strąci tego, znakomitego skądinąd, aktora z piedestału nawet najwierniejszych fanów.
„Zgorszenie publiczne” gorszy jedynie głupotą i infantylizmem. Obecność ekshibicjonisty w filmie Lone Scherfig „Chcę do domu” (2007) umożliwiła reżyserce zbadanie kondycji lokalnej społeczności - wyniki skłaniały do refleksji. Filmu Prykowskiego nie chce się analizować nawet podczas seansu. Po opuszczeniu sali kinowej woli się o nim jak najszybciej zapomnieć.
Zgorszenie publiczne , reż. M. Prykowski, dystr. Instytucja Filmowa Silesia Films, 2009.
Tagi: Maciej Prykowski kino polskie Ślunsk Artur Zaborski Marian Dziędziel
elok26-11-2010, 00:58
co za nietrafiona recenzja, po co się brać za coś czego się nie czuje ?