Różne są kraje. Ciepłe, gdzie wyjeżdża się na wakacje i zimne, gdzie można wybrać się na narty. Dla tych, którzy pragną przygód są wysokie góry, a dla łaknących odpoczynku – gorące śródziemnomorskie plaże. A dla kogo jest Rumunia? Dla poszukiwaczy wampirów oraz handlarzy odzieżą używaną. Oraz, rzecz jasna, dla Andrzeja Stasiuka.

Kolejna powieść autora „Dukli” przenosi czytelnika w krainy już znane - na bezdroża bliskowschodnich czy południowych państw. To u Stasiuka już było i był już nawet podobnie pierwszoosobowy bohater, snujący mdłe opowieści i palący papierosa za papierosem. Co nowego pokazuje nam jednak pisarz tym razem? Paradoksalnie: nic. Ulice są tak samo szare, a refleksje podobnie barwne, choć determinowane sztampowym absurdem istnienia. Podstawową jakością jest tutaj znowu język fabuły, który wydaje się być głównym walorem tej prozy. Język, dodajmy, właściwie na pierwszy rzut oka niekoniecznie atrakcyjny. Akcja jak zwykle jest monotonna, zdania niezmiennie bywają długie i pełne opisów. Tego się raczej nie lubi.
Mimo to podczas dyskusji z autorem w ramach krakowskiego Festiwalu Conrada tłumacz i znawca Ireneusz Kania wygłosił obszerną afirmację na temat zarówno autora, jak i powieści. Skąd więc ta i jej podobne apologie, skoro powieść nie dość, że obszerna, to jeszcze po staremu ciężkostrawna? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi właściwie udzielić niepodobna.
Powiem szczerze: ja nie wiem. Czytam od wielu lat i im więcej czytam, tym mniej umiem o tym napisać, powiedzieć. Można by opiewać poetyckość, ale jakaś ona dziwaczna:
Piłem piwo i myślałem o człowieku zagryzionym przez świnię. Wieczór był ciepły. Słyszałem, jak woda toczy się po kamieniach. Zielone światła semaforów przypominały mi dzieciństwo. Mieszkałem przy linii kolejowej. Wędrowałem wzdłuż torów i wypatrywałem śmieci wyrzucanych z międzynarodowych ekspresów.
Można by zachwycić się różnicą geograficzną czy kulturową, ale jaka to znowu różnica? Można by nawet utożsamić się z bohaterem, jeśli ktoś miewa stany depresyjne. Owszem. Po co jednak, i to jest podstawowe pytanie, pisać taką książkę?
Mówił o tym w ramach wymienionego wyżej festiwalu sam Stasiuk. Że może po to, by nie pisać o Polsce, bo on woli wyjechać i zobaczyć gdzieś za granicą to, co mógłby chyba zobaczyć też tutaj, ale bardzo nie chce. Czyżby nie był patriotą? To ciekawe. Tym niemniej, że jest to pisarz zakorzeniony tak w urokach Podbeskidzia, które wybrał na swoją małą ojczyznę, jak i w narodzie, o którym trafnie opowiada w kilku wcześniejszych tekstach. „Taksim” to więc nic innego jak nowe szaty starego króla. Uniwersalne bajanie o ludziach w ogóle, nie zaś o jakimś konkretnym kraju. Nie Rumunia, bardziej handlarski półświatek, nie ten czy ów bohater, raczej człowiek zatopiony w marazmie i beznadziei. To są kategorie holistyczne, choć niewesołe, to jest opowieść o świecie, który chowa się w zakamarkach i którego wolelibyśmy nie widzieć. Opowiada Stasiuk, bo lubi dostrzegać to, od czego inni odwracają oczy. Opowiada gorzko, choć zabawnie, jak to zwykł.
„Taksimu” można nie czytać i wtedy pozostanie się mile odwróconym. Jest to powieść smutna, więc elitarna. W czasach niełatwych, a takie nastały, rzadko sięga się po to, co widać dookoła, lepiej mamić się barwną popkulturą. Dlatego nowa klasyka powstaje pod stołem medialnej zawieruchy i wygląda, jakby była miałka. Czas zresztą pokaże.
Andrzej Stasiuk, Taksim, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, 323 s.
Tagi: Andrzej Stasiuk