Soczysty boa na talerzu, partyzanci-zbóje w dżungli, sprytni szamani i indiańskie wioski, w których zatrzymał się czas – wszystko to podane w wersji skondensowanej, na błyszczącym papierze, obok egzotycznych fotografii. Czyli: literatura podróżnicza XXI w., wydanie polskie. A w nim Ona i On – Blondynka i Gringo, zagubieni w gąszczu dzikiej roślinności, krwiożerczych moskitów, duchów i półnagich tubylców. Zaciekawieni? Posłuchajcie…

Ostatnimi czasy nastąpił swoisty boom na literaturę podróżniczą – wracają teksty Arkadego Fiedlera, brylują książki Beaty Pawlikowskiej, Wojciecha Cejrowskiego, Kingi Choszcz czy Jacka Pałkiewicza. National Geographic drukuje wizualnie rozbrajające serie wydawnicze, pozwalając czytelnikom rozkoszować się awanturniczo-odkrywczymi eskapadami polskich Indiana Jonesów. Lubimy rozrywkę. Zwłaszcza, gdy można ją stosunkowo łatwo połączyć z uzupełnianiem braków w wiedzy ogólnej: o świecie, o innych kulturach, o historii rozwoju poszczególnych państw. Możemy wtedy z czystym sumieniem i bez wstydu oddawać się lekturze nie nazbyt ambitnej, za to – pouczającej.
Przepadamy za opisami rozpasanej amazońskiej dżungli, dzikich zwierzów, nie mniej dzikich chwastów i wszelkiego rodzaju zielska, co to pryska kwasem w bladą twarz nieświadomego podróżnika, względnie: zaczadza trującym odorem własnym. Takich opisów-perełek nie brakuje w książkach Beaty Pawlikowskiej i Wojciecha Cejrowskiego. Ciekawa to para, choć w zasadzie już NIE-para. Blondynka i Gringo – jedyni jak dotąd polscy zdobywcy Przesmyku Darien, określanego mianem bieguna dżungli. To także medialni celebryci, prowadzący autorskie programy w radiu i telewizji, trudniący się poniekąd i pisarstwem.
Ich książki wzajemnie się uzupełniają. Nie chodzi tu tylko o powielające się opisy indiańskich rytuałów, te same nazwiska polskich misjonarzy w Ameryce Płd. czy podobne, żeby nie powiedzieć: jednakowe opinie dotyczące współczesnej cywilizacji i jej destrukcyjnej ingerencji w dziewiczą amazońską dżunglę. Prawdziwą gratką dla czytelnika jest „milcząca” obecność Cejrowskiego w książkach Pawlikowskiej i zupełnie jawna, wyeksponowana osoba Blondynki w pierwszej książce dzielnego Gringo. Niektóre z opisanych wypraw odbyli bowiem razem, ramię w ramię (względnie: Cejrowski z przodu, wgnieciony w podłoże pod ciężarem plecaka-kolosa, Pawlikowska zaś z tyłu w roli lewarka). Toteż w trakcie lektury co poniektórych fragmentów opowieści obu autorów zyskuje czytelnik szansę na spojrzenie perspektywiczne – dane zdarzenie widzi oczami Gringo, to znowu z perspektywy Blondynki.
Taki efekt déjà vu: czytasz u Pawlikowskiej opis wizyty o padre Jorge, który zaserwował na obiad własnoręcznie upolowanego boa. Masz niejasne odczucie, że gdzieś już o tym czytałeś. Sięgasz więc do Cejrowskiego i wszystko się zgadza: jest padre Jorge, jest boa na talerzu. Tyle że Gringo zrzędzi, a Blondynka rozpływa się w zachwytach nad konsystencją wężowego mięsiwa.
Mówimy bowiem o dwóch skrajnie różnych literackich indywidualnościach, choć w gruncie rzeczy wiele ich łączy. Zamiłowanie do podróży i wtapiania się w wir tubylczych zwyczajów, specyficzny humor i dystans do siebie, tupet (jak taran, cytując Cejrowskiego) i wytrwałość – to tylko niektóre punkty zbieżne. Wymieniłabym wśród nich także tendencję do przejaskrawiania (zapewne w celach marketingowo-dramatyzująco-uatrakcyjniających) co poniektórych zdarzeń i mącenia w głowach poczciwych czytelników. Mam na myśli przede wszystkim prowadzoną z rozmachem (w przypisach do książki „Gringo wśród dzikich plemion") pyskówkę Autora-Cejrowskiego z wyimaginowanym tłumaczem-Heleną Trojańską. Dlaczego wyimaginowanym – zmilczę, nie chcąc odbierać potencjalnym czytelnikom przyjemności samodzielnego rozwikłania zagadki.
Wojciecha Cejrowskiego czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Jest to literatura przyjazna dla odbiorcy, w przeciwieństwie do samego autora, oglądanego w telewizji bądź cytowanego w wywiadach prasowych. Jako podróżnik-literat wzbudza mimowolną sympatię. Jako podróżnik-celebryt – uwiera, doskwiera i męczy do tego stopnia, że chciałoby się go ustrzelić. Szybko, łatwo i z moździerza.
Cejrowski-pisarz = rozrywka na niezgorszym poziomie + podręcznik dla globtroterskich ignorantów.
Cejrowski-osoba(publiczna) = indywiduum homofobiczne, wysoce irytujące i dlatego – patrz: moździerz.
Ten semantyczny dysonans towarzyszy mi nieustannie podczas lektury przygód dzielnego Gringo rodem z Polonii. Bo ja Cejrowskiego, jego poglądów i sposobu medialnej ekspresji, zwyczajnie nie lubię. Niemniej nie mogę odmówić mu literackiego (tak, użyjmy tego słowa) kunsztu i zdolności zjednywania sobie czytelników.
„Gringo wśród dzikich plemion” i „Rio Anaconda” są na wskroś przesiąknięte Cejrowską osobowością, Cejrowskim tupetem i Cejrowską Omnipotencją (przez duże „O”). A mimo to nie irytują. Czary-mary – i nam Cejrowski spoziera z książkowych kartek okiem doświadczonego globtrotera, bijącego pokłony w stronę Pachamamy i ostatnich prawdziwych Indian, nietkniętych brudnym paluchem współczesnej cywilizacji. Czyli jest idyllicznie, ekologicznie i etycznie, z podtekstem moralizatorsko-pouczającym.
Jest śmiesznie – gdy nam Gringo opisuje męki spożycia tropikalnych robali, wyskubywanie kleszczy z pośladków własnych (względnie: wyciskania motyla-krwiopijcy ze skaleczonego palca u stopy), erotyczne sny Indianek (z wyskubywaniem kleszczy i Cejrowskim w roli głównej) czy Indiańską Procedurę Maskującą, polegającą na skrupulatnym wysmarowaniu ciała zwierzęcym łajnem.
Jest awanturniczo – gdy nam Gringo przekracza granicę na książeczce zdrowia, obsztorcowuje żołnierza na lotniskowej nielegalnej plantacji marihuany czy zostaje omyłkowo uznany za tajnego agenta Fidela Castro.
Jest mistycznie – gdy wkracza Gringo w świat duchów wespół z ostatnim szamanem plemienia Carapana i podgląda erotyczne sny Indianek (patrz: wyskubywanie kleszczy).
W dużym skrócie: warto poczytać. Jeśli nie ze względu na samą treść, to chociaż z czystej ciekawości albo z przekory – by nieznośnego Cejrowskiego na siłę „uczłowieczyć”. A jeśli mimo przewrotnego humoru autora, spektakularnych fotografii i egzotycznego kolorytu opowieści, pozostaniecie przy wersji „z moździerza – byle celnie” …
To się przerzućcie na Pawlikowską.
Ja tak zrobiłam i nie żałuję. Książki Blondynki są bardziej konwencjonalne niż szaleńcze historie à la Cejrowski (czyt.: Autor vs. Tłumacz, duchy i zaświaty, krwiożercza guerilla i biurokratyczne przekręty – przyp. red.). Jest w nich natomiast to, czego w opowieściach Gringo brakuje: odautorskich refleksji nad dziejami poszczególnych narodów i próby samodzielnej interpretacji historii danego kraju. Widać to zwłaszcza w „Blondynce na Kubie”. Autorka przedstawia w niej obrazowo biografię Che Guevary, uznając go za postać kluczową dla kubańskiej rewolucji i świadomości narodowej Kubańczyków. Prowadzi z nim nieustanny dialog, który przeplata z opisem własnych przygód, zabawnych sytuacji i spotykanych po drodze ludzi. Z kolei książka „Blondynka śpiewa w Ukajali” zyskuje swego rodzaju kronikarski pazur – gdy nam autorka nie tylko odtwarza dzieje hiszpańskich konkwistadorów na tym terenie, ale także zamieszcza obszerne fragmenty dziennika jednego z uczestników wypraw odkrywczych.
Pawlikowska pisze książki podróżnicze (ostatni nabytek: „Blondynka na Safari”) i życiowe – typu poradnikowego (cykl „W dżungli życia”). Zdecydowanie lepiej wypada w pierwszej kategorii, chyba że ktoś lubi się sztucznie motywować hurraoptymistycznymi wywodami z serii: „Uwierz w siebie, bo tylko ty – właśnie ty – możesz zmienić swoje życie na lepsze”. Ja nie lubię – toteż czytam o wojażach.
Bo literackie wojaże – w wersji skondensowanej, na błyszczącym papierze i w sąsiedztwie egzotycznych fotografii – także motywują. Może nie tyle do samodzielnego zorganizowania wyprawy (cytując Cejrowskiego: Sprzedaj lodówkę i jedź!!!), co dalszego zgłębiania książek o podobnej tematyce. Uwaga – wciągają.
I w tym tkwi cały ich urok.
źródło ilustracji: www.cienwernera.blox.pl
Tagi: Beata Pawlikowska Wojciech Cejrowski reportaż podróż Gringo Blondynka
Katarzyna Frukacz02-02-2010, 16:46
W tekście wyraźnie zaznaczam, że moja prywatna awersja do Cejrowskiego w żadnym stopniu nie rzutuje na ogólny odbiór jego twórczości. Tzn. pisze Cejrowski tak dobrze, że przyjemnie się go czyta nawet osobom nieakceptującym jego sposobu medialnej ekspresji. Czyli: wspomniany przez Pana piernik (autorki problematyczna awersja) ma się do wiatraka (Cejrowskiego twórczości) tak, że się wspomniana niechęć przekształca w dodatkowy dla pisarza atut. Zastosowane przeze mnie, a tak bulwersujące dla Pana, skojarzenia bynajmniej się nie wykluczają. Opacznie zrozumiał Pan moje intencje, wyrywając kilka zdań z kontekstu, a ignorując całą resztę. Proponuję zatem zakończyć dyskusję, która donikąd nie prowadzi. Dziękuję za pozdrowienia, ponawiam swoje.
Alfons van Worden02-02-2010, 15:52
Przepraszam, ale się niechcący zduplikowało...
Alfons van Worden02-02-2010, 15:51
Awersja dostrzegalna i moim zdaniem zbędna, bo jak mawiają: Co ma piernik do wiatraka? Co ma homofobia do talentu pisarskiego? I w jaki sposób, zastanawia mnie, rozstrzelać z moździerza Cejrowskiego by odpadło: \"Cejrowski-osoba(publiczna) = indywiduum homofobiczne, wysoce irytujące i dlatego – patrz: moździerz\", a zostało: \"Cejrowski-pisarz = rozrywka na niezgorszym poziomie + podręcznik dla globtroterskich ignorantów\". Przywołuję casus Knuta Hamsuna co dostał Nobla a i jednocześnie faszystą był zaciekłym, a mimo to swój pomnik w Norwegii ma. Wszak Noble dają za twórczość a nie poglądy. I tak tez oceniajmy Cejrowskiego. Pozdrawiam
Alfons van Worden02-02-2010, 15:50
Awersja dostrzegalna i moim zdaniem zbędna, bo jak mawiają: Co ma piernik do wiatraka? Co ma homofobia do talentu pisarskiego? I w jaki sposób, zastanawia mnie, rozstrzelać z moździerza Cejrowskiego by odpadło: "Cejrowski-osoba(publiczna) = indywiduum homofobiczne, wysoce irytujące i dlatego – patrz: moździerz", a zostało: "Cejrowski-pisarz = rozrywka na niezgorszym poziomie + podręcznik dla globtroterskich ignorantów". Również pozdrawiam i przywołuję casus Knuta Hamsuna co dostał Nobla a i jednocześnie faszystą był zaciekłym, a mimo to swój pomnik w Norwegii ma. Wszak Noble dają za twórczość a nie poglądy. I tak tez oceniajmy Cejrowskiego. Pozdrawiam
Katarzyna Frukacz01-02-2010, 18:09
Panie Alfonsie, 'populizm' jest pojęciem tyleż względnym, co elastycznym. Jeden powie, że populistyczna jest publiczna krytyka społecznych kontestatorów. Drugi - że bardziej podpada pod populizm żarliwa wspomnianych kontestatorów obrona (bo głoszą oni poglądy nie tak znowu wśród ludu niepopularne). Kwestia perspektywy. Tylko że generalnie tekst traktuje nie o bezzasadnej, Pana zdaniem, awersji autorki do Cejrowskiego, tylko o jego twórczości pisarskiej. Różnica subtelna, niemniej dostrzegalna. Pozdrawiam.
Alfons van Worden01-02-2010, 16:11
Po prostu w tym wypadku g.punkt nie sięgnął głębiej..
gosh31-01-2010, 19:33
Cejrowski głosi swoje poglądy a pani Katarzyna swoje - na tym chyba polega wolność myśli?
Alfons van Worden29-01-2010, 21:09
A co to, homofobem być nie można? To, że człowiek ma swoje zdanie na wiele spraw nie znaczy, że nie powinno się takiego w telewizji pokazywać. Z pewnością gdyby był gejem, to by z tv nie wychodził, bo wszak takiego kuriozum jeszcze nie było w naszych mediach. Chore jest strzelanie do Cejrowskiego tylko dlatego, że człek jest konsekwentny w tym co robi. Cytat: "Cejrowski-osoba(publiczna) = indywiduum homofobiczne, wysoce irytujące i dlatego – patrz: moździerz." Cycki opadają... Podpada to pod czysty populizm. Otóż to: Populizm. I nie bójmy się tego słowa...