Rodzina Maciągów zorganizowała sobie niedzielę – w środę. W lokalu „Pan Smak”, gdzieś pomiędzy konsumpcją kalifornijskiego słonecznika w pizzy „Tina”, a dyskusją o redukcji etatów w sprywatyzowanych zakładach sprzętu komputerowego. Wspomniana niedziela zdarzyła się w środę, 2 marca 1994 roku. Opisał ją i opublikował najpierw w prasie, potem w książce, ówczesny reporter, późniejszy prezenter, aktualny czechofil. Dziś zapewnia na okładce literackiego wznowienia: to już historia.

Czytając opowieści zawarte w zbiorze „Niedziela, która zdarzyła się w środę”, trudno z Mariuszem Szczygłem polemizować. Bohaterów tytułowego reportażu i wszystkich pozostałych tekstów należałoby zamknąć w muzealnej gablocie, z adnotacją: „raczkujący kapitalizm w Polsce (nie)dawnej”. Mimo że chodzi o lata 90-te (nie tak dalekie, niekoniecznie różowe) i przestrzeń cokolwiek znaną (choć z dzisiejszej perspektywy – nieco egzotyczną).
Lekturę pierwszego wydania „Niedzieli…” – poprzedzoną entuzjastycznym, choć niechronologicznym, zetknięciem z „Gottlandem” – zakończyłam nie w pełni usatysfakcjonowana. Brakło gry z formą, odległych skojarzeń, zaskakującego puentowania – słowem: specyficznej estetyki kompozycyjnej, do której przyzwyczaił mnie Szczygieł-czechofil. Lekturę wydania drugiego – wzbogaconego sugestywnymi fotografiami, ironicznym „boskim pierwiastkiem” w reportażu-bonusie oraz czteroletnim bagażem doświadczeń własnych – kończę w nastroju zgoła innym. Co prawda nadal brakuje mi w książce misternych rozwiązań kompozycyjno-stylistycznych, a i tematyka tekstów miejscami nuży, lecz chyba właśnie dlatego utrwalona przez Szczygła wizja polskiej postkomunistycznej „przeciętności” jest tak wiarygodna – bo podana bez upiększeń. „Niedzielę…” tworzą proste, rzeczowe i tematycznie zbliżone reportaże, które zarówno pod względem formy, jak i problemowego ujęcia treści zbliżają się w stronę prasowej publicystyki. Autor (co zresztą sam w książce przyznaje) pisze o „głównym nurcie życia” – o „nowej Polsce” lat 90-tych, spod znaku prywatyzacji i bezrobocia. Czytamy więc statystyczne zestawienia najczęściej popełnianych morderstw i „finezyjnych” skarg, kierowanych do Rzecznika Praw Obywatelskich w roku 1993. Czytamy o polskiej przedsiębiorczości i nowo odkrytej wartości pieniądza (przy okazji dowiadując się, jak pomysłowo przepuścić miliard starych złotych w tydzień, a jak zarobić milion – w minutę). Czytamy wreszcie o fenomenie disco polo, przestrzennym bezmiarze kościoła w Licheniu i przyczynach lingwistycznej degradacji słowa „prażynka” po 1989 r. Szczygieł tworzy dokumentalne kalendarium tekstów, których bohaterowie i tematyka są – dosłownie w i przenośni – wyjęci żywcem z innej epoki.
Zmiany – tak zwięźle można by podsumować treść, a poniekąd i współczesne przesłanie wczesnych reportaży autora „Gottlandu”. Lektura „Niedzieli…” zyskuje porównawczy charakter z dwóch względów (wyłączając ten oczywisty, związany z podjętym przez reportera problemem społeczno-kulturowych przemian w Polsce „popeerelowskiej”). Po pierwsze – książka pokazuje dobitnie ewolucję pisarstwa Szczygła, którego wczesne teksty bliższe są estetyce prasowego dokumentalisty i społecznego obserwatora niż eseistycznej perspektywie reportera-literata. Po drugie – „Niedziela…” to także niezaprzeczalne świadectwo przemian, jakim na przestrzeni ostatnich dwóch dekad uległ polski reportaż i mentalność jego odbiorców. Współcześni reportażyści piszą o homoseksualnych księdzach, transwestytach, wyborach miss HIV i męskiej prostytucji na dworcach – przyjmując w równym stopniu uznanie środowiska i czytelników, co zaciekłą krytykę społecznych ortodoksów. 18 lat temu natomiast za reportaż o „polskim onanizmie” Szczygła napiętnowano jako „z mózgu obranego seksualnego heretyka” – choć w tekście sprośności jak na lekarstwo, a i sam temat, biorąc pod uwagę współczesne kryteria, przesadną kontrowersyjnością nie grzeszy. Zebrane w „Niedzieli…” reportaże – odważne i nowatorskie kiedyś, siłą rzeczy: nieinwazyjne i anachroniczne dzisiaj – chyba faktycznie należy potraktować w kategorii historycznego przekazu. Ciekawego o tyle, że stosunkowo nie tak odległego w czasie. Wiarygodnego o tyle, że opartego na wnikliwej obserwacji naocznego świadka i uczestnika zdarzeń.
Pisze więc Szczygieł o niedzieli, która zdarzyła się w środę – w „nowych czasach”, które z perspektywy współczesnego czytelnika budzą emocje jeśli nie rzewne, to bez wątpienia osobliwe. Tę książkę można by miejscami przyrównać do antologii największych absurdów PRL-u – wyłączając, rzecz jasna, epokę i kontekst. Czytamy „Niedzielę…” z mieszaniną nostalgii, rozbawienia i czystej irytacji – lektura zbioru dostarcza wrażeń zgoła sprzecznych, w zależności od tematyki danego reportażu czy stopnia ingerencji reportera-komentatora. Przebijająca z każdej strony beznadzieja miesza się oto z humorem i swadą, które pozornie nie przystają do eksponowanych przez autora ludzkich dramatów. Proszę potraktować tę książkę jako relację z zawodów w utrzymywaniu się na powierzchni – apeluje Szczygieł z okładki. Krótko, zwięźle i jak najbardziej na temat.
Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
Tagi: Mariusz Szczygieł Niedziela która zdarzyła się w środę Wydawnictwo Czarne reportaż Katarzyna Frukacz recenzja
JYSKmtLXY14-09-2011, 12:44
c9Xvm4 , [url=http://tqqxtfhgtfbd.com/]tqqxtfhgtfbd[/url], [link=http://knoqpoxtrxfh.com/]knoqpoxtrxfh[/link], http://maiwgzsfrife.com/
vJgwPXDVsrzH12-09-2011, 17:07
bQtF0M <a href="http://wfaxewmqppmj.com/">wfaxewmqppmj</a>
cENsWxvkaO11-09-2011, 14:27
bYYGuR , [url=http://zyeewvfjisro.com/]zyeewvfjisro[/url], [link=http://yazcwjeilndd.com/]yazcwjeilndd[/link], http://gantsfjbukez.com/
HriUTVkydGRoVI11-09-2011, 09:44
O1mjZ2 <a href="http://vlkrcpnfcdoc.com/">vlkrcpnfcdoc</a>
ZyOWukJJbqHeLVZmkM10-09-2011, 19:59
There's a seecrt about your post. ICTYBTIHTKY