Tuż po ukazaniu się „Par” w roku 1968 wielu krytyków określiło powieść Johna Updike’a mianem skandalicznej, zbyt naturalistycznej, w której z przesadną dokładnością autor opisuje łóżkowe zmagania bohaterów. Seks uprawia się w niej we wszelakich układach, rozmaitych okolicznościach i przy milczącej aprobacie społeczeństwa. Na początku XXI wieku, w dobie MTV i YouTube’a to, co jeszcze szokowało niespełna 50 lat temu, teraz zdaje się być mdłym daniem, w którym nijak nie doszukamy się pikantności. I dobrze. Dzięki temu na pierwszy plan wychodzą inne walory książki.

Oczywiście nie można wyciągnąć „Par” z głównego kontekstu, w jakim książka została osadzona, czyli rozpoczynającej się w USA rewolucji seksualnej, i zapomnieć o wszelkich błogosławieństwach, jakie spadły na świat wraz z wynalezieniem tabletki antykoncepcyjnej. Można za to przenieść punkt ciężkości z podbojów seksualnych Pieta Hanemy’ego i jego sąsiadów na rzeczy ciekawsze, przynajmniej z ujęcia socjologicznego. A życie tamtejszych Amerykanów, nie tylko to seksualne, wyglądało nader ciekawie.
Sam tytuł powieści mówi już wiele. Aby stać się pełnoprawnym przedstawicielem amerykańskiej klasy średniej, grupy wiodącej życie obrzydliwie wygodne i senne, nie można było być singlem. Osoby żyjące w pojedynkę, samotnymi pozostawały nie tylko w zaciszu swego mieszkania. Dopiero po zawarciu związku małżeńskiego i spłodzeniu dzieci - co równało się zostaniu pełnoprawnym członkiem nieformalnej wspólnoty - można było oczekiwać zaproszeń na kolacje, bankiety organizowane przez sąsiadów. Przekroczenie tej niewidzialnej, lecz szalenie odczuwalnej granicy sprawiało, że możliwe stawały się wypady na piknik i wspólne oglądanie meczów. W tym społeczeństwie macierzyństwo jawi się jako pretekst do zacieśniania więzi między kobietami. Można zaryzykować stwierdzenie, że w latach 60. w USA nie było podziału na obywateli. Istniał za to podział na pary i nie-pary. Bohaterowie powieści Johna Updike’a, mimo swej rozwiązłości obyczajowej, o dziwo, nie porzucają wiary. Wprost przeciwnie, wszystkich cechuje wręcz demonstracyjne afiszowanie się ze swą religijnością. Mniejsza z tym do jakiego kościoła należymy, ważne że jesteśmy częścią większej wspólnoty. I tutaj właśnie objawia się geniusz obserwacyjny pisarza. Updike świetnie uchwycił lęki swoich rodaków, którzy nader wszystko boją się wykluczenia i osamotnienia. Wręcz desperacko szukają wspólnot, nawet tych upośledzonych, byle tylko nie pozostać samemu.
Jednocześnie pisarz nie postawił jasnej diagnozy takiego postępowania. Czytelnik sam musi odpowiedzieć na pytanie, co jest tego przyczyną, czy nagła potrzeba zacieśniania społecznych więzi wśród Amerykanów to efekt panującej na świecie „zimnej wojny” i strachu przed czyhającym za granicami wrogiem, zawirowań wewnątrz kraju (zabójstwo Kennedy’ego), a może wynik zbyt szybkiego boomu gospodarczego i nadmiaru dóbr materialnych, jakie spłynęły na obywateli USA, wypaczając ich zachowania społeczne? Można też całą winę zrzucić na pigułkę antykoncepcyjną. Taka teza też pewnie da się obronić.
Książka Updike’a, choć ciekawa, nie jest lekka w odbiorze. Decydują o tym dwie rzeczy: kiepska redakcja polskiego wydania i fabuła, która stanowi tutaj co najwyżej pretekst do przyjrzenia się Amerykanom. Przedstawiona historia nie jest ani porywająca ani zaskakująca. Podczas lektury ukułem sobie nawet hasło, które towarzyszyło mi do ostatniej strony – „socjologia fabularyzowana”. Myślę, że coś jest na rzeczy. Czytając „Pary” podglądamy, obserwujemy (nawet w najintymniejszych sytuacjach) właśnie dla samej przyjemności obserwacji.
John Updike, Pary, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2009.
Tagi: John Updike Pary Świat Książki recenzja powieść