W „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka spotykają się przedstawiciele trzech klas społecznych. Bogate mieszczaństwo reprezentuje dentystka Marta (Małgorzata Buczkowska-Szlenkier). Mieszka w, wypełnionej sprzętami - symbolami młodych yuppies - eleganckiej posesji. Tej dogląda Artur (Mariusz Ostrowski), przedstawiciel plebsu przeżuwanego przez współczesny kapitalizm.

Mężczyzna gnieździ się w obskurnym mieszkaniu. Dni płyną mu w towarzystwie „Wiedźmina”, która to gra stanowi jego jedyne zajęcie. Jest jeszcze Ala (Roma Gąsiorowska), siostra Marty. Młoda, infantylna, żyjąca współczesnymi wyobrażeniami o romantycznej miłości, wykreowanymi przez wykonawców piosenek z playlisty RMF-u i radia Zet. Do dużego miasta zawitała w poszukiwaniu schronienia – została bez dachu nad głową po skończeniu czteroletniego związku.
Właściwie każdy z bohaterów próbuje zamknąć jakiś etap w życiu. Marta właśnie rozstała się z mężem – bogatym biznesmenem (Ireneusz Czop). Artur uciekł od wspólnego mieszkania z matką Ireną (świetna Dorota Kolak). Nabuzowani rozładują emocje hipnotycznym seksem, który zamiast oczyszczenia przyniesie dziecko. Bój o prawo do niego podtrzyma atmosferę choroby do końca filmu.
Epileptyczny atak występuje, kiedy mowa o macierzyństwie oraz miłości. Na temat tej ostatniej każdy ma w tym filmie własne wyobrażenie. Dla Ireny jej ucieleśnieniem jest syn, dla zdziecinniałej Ali popkulturowy rycerz na białym koniu, dla Artura międzyklasowe zjednoczenie, które przypieczętuje nienarodzone dziecko, dla Jacka spokój i stabilizacja okupione poświęceniem, a dla Marty to emocjonalna huśtawka, dostarczanie stale nowych wrażeń. Różne definicje dodatkowo komplikują porozumienie. Pełni sprzeczności, z przeciwstawnymi wizjami dążą po trupach do udowodnienia swoich racji. Balansując na cienkiej granicy szaleństwa, rozgorączkowani, wśród drgawek, majaczą niczym ofiary febry.
Trudno tu mówić o realizmie. Grzegorzkowi zdecydowanie bliżej do sennego koszmaru - agresywnego, niepokojącego, w końcu uteatralizowanego. Świadczy to na korzyść dzieła. Dzięki zbliżeniu do współczesnego, odważnego teatru, reżyser odsuwa się od bojaźliwego i wstydliwego kina polskiego. Niestety nie wszyscy widzowie sobie z tą odwagą radzą, dlatego spektakl staje się bardzo kameralny.
W świecie Grzegorzka macierzyństwo to choroba. Artur jest dla Ireny tym, czym dla niego samego komputerowa gra „Wiedźmin”. Kobieta nie potrafi żyć bez syna. Jego wyprowadzka stała się jej osobistą katastrofą. Zakończyła codzienną opiekę, zaburzyła bieżący kontakt. Również Marta nie radzi sobie z nową rolą. Nie uznając biologicznego ojca dziecka, okłamuje Jacka wmawiając mu ojcostwo. Bezradny Artur wzywa na pomoc matkę, która doświadczając niesprawiedliwości syna, budzi się z letargu, stając w szranki z krzywdzącą go nieuczciwością.
Burza, która się z tej walki rozpęta, nie obejdzie się bez grzmotów, ran i zniszczeń. Wiarygodni psychologicznie bohaterowie podkreślą swój charakter, uzewnętrzniając go w krzyku i nadmiernej ekspresji. Grzegorzek, który już po raz trzeci sięgnął po dramat Judith Thompson (wcześniej dwukrotnie na deskach teatru – obie sztuki ściągnęły tłumy), dobrze radzi sobie z wybraną formą wypowiedzi. Umowne, histeryczne aktorstwo umieszcza widza w samym środku psychodramy. Zdolni aktorzy (Dorota Kolak została nagrodzona na FPFF w Gdyni, Roma Gąsiorowska nominowana do nagrody im. Zbyszka Cybulskiego) swoją grą przywodzą na myśl bohaterów „Trzeciej części nocy” czy „Diabła” Andrzeja Żuławskiego. Podobieństwo jest widoczne zwłaszcza w gestach i ekstatyczności ciała. Przekrzykują się, pyskują, straszą – „Jestem twój” używa tylu decybeli, aby widz po wyjściu z kina jeszcze długo słyszał powracające echo kotła, w którym gotował się przez półtorej godziny. Bez emocji się nie obejdzie.
Jestem twój, reż. M. Grzegorzek, dystr. Krakatau, 2009.
Recenzja powstała dzięki uprzejmości „Cinema-City Bonarka”.
Tagi: kino polskie Mariusz Grzegorzek Judith Thompson Artur Zaborski