Każdy polski gimnazjalista wie, że dzięki twórczości Ryszarda Kapuścińskiego polska szkoła reportażu stała się nie tylko powodem do dumy, lecz także, obok kiełbasy i wódki, jednym z naszych bardziej chodliwych towarów eksportowych. I słusznie. Inna sprawa, że w świadomości owego żaka funkcjonują zazwyczaj nazwiska dość leciwe, które albo już nasz padół opuściły (Kapuściński, Wańkowicz), bądź też z racji wieku, co jest oczywiście zrozumiałe, zbyt wielkiej aktywności już nie wykazują (Krall). A szkoda, bo jest w Polsce masa ciekawych reportażystów, którzy godnie wielkich mistrzów zastępują. Jacek Hugo-Bader jest właśnie jednym z nich.

Komu sylwetka reportera nie jest znana, spieszę wyjaśnić, iż związany jest on głównie z „Gazetą Wyborczą”. „Biała gorączka” jest jego drugą książką. Reporter ma w dorobku także film dokumentalny, a pod wpływem jednego z jego tekstów Krzysztof Krauze nakręcił doceniony na festiwalu w Gdyni „Plac Zbawiciela”.
Ciężko w miarę krótko wyjaśnić o czym najnowszy zbiór reportaży Hugo-Badera mówi, bo przecież nie można zwyczajnie powiedzieć, że o Rosji, byłoby to zbyt duże uogólnienie. Zresztą natrafimy na kartach książki na stosunkowo mały i dość specyficzny rejon tego kraju. Może zatem o ludziach? No tak, teraz jest już lepiej, choć nadal nieco ogólnikowo. Sprecyzujmy zatem, jakie jednostki autor napotka na swojej drodze, a są to m.in.: szamanka, miss nosicieli HIV, dziwki, hipisi, bezdomni, alkoholicy (chociaż tym przymiotnikiem można by było określić większość przewijających się na stronach książki postaci), narkomani, byli agenci, wojskowi, przedstawiciele kilku wymierających narodów z dalekiej Syberii, a także reinkarnacja Jezusa i stadko jego wiernych. Trzeba przyznać, że taka zbieranina robi wrażenie, a jeszcze je potęgują historie, jakie za pośrednictwem autora nam opowiadają. Jak nietrudno się domyślić, nie należą one do tych nazbyt wesołych, inna sprawa, że swym tragizmem, pojawiającym się w nich okrucieństwem czy kipiącą z każdego zakamarka beznadzieją, wręcz przytłaczają, zadając od czasu do czasu czytelnikowi cios obuchem w głowę. Patrząc od tej strony, Jacek Hugo-Bader podarował nam książkę szalenie ciężką, przy której niejeden dzień uznamy za stracony i nie pomoże tu nawet słoneczna pogoda i spacer po parku.
Motyw przewodni znajdujących się w książce reportaży stanowi zestawienie prawdziwej Rosji z początku XXI wieku z tą, jaka zrodziła się w głowach radzieckich uczonych w latach 50. ubiegłego stulecia. Trzeba przyznać, że ten pomysł, niby tak prosty i oczywisty, okazał się strzałem w dziesiątkę, dając autorowi prawdziwe pole do popisu. Hugo-Bader bezlitośnie konfrontuje utopijne wizje państwa niemalże doskonałego, jakim miał stać się Związek Radziecki, z tym, co zastał tam w trakcie swoich wizyt. Nie omija żadnego zakamarka byłego imperium, zagląda do każdej zabitej dechami dziury i wywleka na wierzch wszystkie możliwe brudy. Dzięki swego rodzaju misji, jaką zdaje się pełnić w uświadamianiu nas o nieszczęściach targających bratnim narodem, dowiadujemy się, że oto szacunkowa liczba zarażonych w Rosji wirusem HIV przekroczyła już cztery miliony i niebezpiecznie rośnie, śmiertelne żniwo zbiera także gruźlica, narkomania to wśród nałogów problem numer jeden, tylko dlatego, że alkoholizm postrzegany jest jako normalny element życia (à la herbatka w Anglii), emeryci potrafią otrzymywać od państwa równowartość sześćdziesięciu polskich złotych, ale za to już po ulicach stolicy, Moskwy, jeździ więcej mercedesów klasy S, niż w całych Niemczech. Ot, takie codzienne rosyjskie paradoksy.
Przez większą część książki towarzyszymy autorowi w trakcie jego eskapady z Moskwy do Władywostoku i w trakcie tej podróży dobitnie widać, że Hugo-Badera cechuje żyłka prawdziwego reportera. Nie boi się szaleńczych wyzwań, nierzadko, aby było wręcz ciekawiej, sam utrudnia sobie zadania, stąd chociażby pomysł, by w swoją podróż wybrać się zimą, kiedy mrozy przekraczają czterdzieści stopni Celsjusza. Nie kaprysił też przy wyborze pojazdu. Zrezygnował ze sponsorowanej przez Kulczyka terenowej limuzyny na rzecz skromniejszego, mniej rzucającego się w oczy, ale też sprawdzonego na bezdrożach Syberii, Gazika. Akcja nieco zwalnia w drugiej części „Białej gorączki”, gdy zwiedzamy kilka byłych radzieckich republik, poznajemy ich historię, zapoznajemy się z obecną sytuacją polityczną i gospodarczą, wsłuchujemy się w historie zamieszkującej je ludności. Nie oznacza to jednak, że nagle staje się nudno.
Opisywać przygody, spotkanych ludzi i historie, jakie Jacek Hugo-Bader poznaje w trakcie swej podróży po Rosji, można by naprawdę długo, ale większego sensu to raczej nie ma. Lepiej samemu sięgnąć po książkę. Od razu jednak uprzedzam, może i poznamy lepiej swoich braci Słowian, ale tylko od tej jednej strony i to nie koniecznie tej lepszej.
Na koniec jeszcze krótkie wyjaśnienie, skąd pomysł na taki tytuł recenzji. Poznał Jacek Hugo-Bader pewnego starego hipisa, który w latach 70. z racji wyboru takiej, a nie innej drogi życiowej, wraz ze swymi kumplami cały czas mieli z milicją pod górkę. Szczególnie utkwił mu w pamięci pewien młody, ambitny i dobrze się zapowiadający oficer KGB, któremu zlecono rozpracować ich grupę. Kto to taki, już chyba nie muszę wyjaśniać.
Jacek Hugo–Bader, Biała gorączka, wydawnictwo Czarne,Wołowiec 2009, 400 s.
Tagi: reportaż wydawnictwo Czarne \