Blogosfera papierkiem lakmusowym współczesnej kultury? Tę tezę bez problemu dałoby się obronić. W G-punkcie rzucamy światło na najciekawszych polskich blogerów w nowym (chociaż znanym z nazwy) cyklu Punkt widzenia. Teksty do przyłapania w każdy weekend. W tym tygodniu Jacek Sobczyński i jego musicspotowy wpis o tegorocznym Open'erze.

Jak w temacie - prawie najlepszy w historii (a na pewno najrówniejszy) Opener w kilku żołniersko zwięzłych zdaniach.
1. Koncert Caribou. Im dalej w las, tym silniej Dan Snaith i jego kumple ocierali się o geniusz. Z ich koncertu na Off Festivalu wyszedłem zachwycony, ale tu byłem już wstrząśnięty - pod koniec setu Kanadyjczycy z eksperymentalnego popu odpłynęli w stronę potężnej, tech-house'owej imprezy. No i po raz pierwszy byłem świadkiem, jak publiczność dosłownie ZABIJA się o pałeczkę, rzuconą w tłum przez bębniarza.
2. "Purple Rain" Prince'a. Bo każdy z nas kocha kicz. Część polskiego społeczeństwa wzrusza się, gdy w "Klanie" dzieci wręczają cioci Stasi kwiaty. Moja matka chlipie na włoskich melodramatach (tagi: ostatnie lato, biała chusteczka, on umiera na serce, ona rzuca się pod parowóz). A ja zadrżałem, gdy wśród złotego konfetti, kłębów dymu i baloników Książę z miną tenisisty w piątej godzinie meczu zmusił nas do kolektywnego wycia chórku pod koniec epickiego wykonania "Purple Rain". Na scenie brakowało tylko motocykla z pluszowym obiciem i wielkiego, aluminiowego, fosforyzującego kupidyna. Przy okazji bardzo mi miło, że odpierając zarzuty o dissowanie Prince'a Bartek Chaciński na Polifonii po raz kolejny podlinkował mojego blogaska. Rok temu jakoś nie miałem odwagi, ale na tegorocznym Offie chyba podejdę się przedstawić.
3. "Disco 2000" Pulp w strugach deszczu. Powiedz "geniusz", a i tak będzie za mało. I ploteczka zza sceny: podobno Jarvis miał w Gdyni dość brudne paznokcie.
4. Piątkowa apokalipsa meteorologiczna. Padało tylko raz, ale ja i tak zostawiłem w Gdyni dwie pary butów. Ciekawe, czy popularny fizyk i autor książek na swoim blogu znów zauważy, że deszcz jest w gruncie rzeczy winą złośliwego Mikołaja Ziółkowskiego.
5. Frekwencja. Czy tylko mi wydawało się, że to pierwszy Open'er, na którym było mniej ludzi, niż poprzednio? I czy słuszne jest wrażenie, że nasto-lanserów wyparły w tym roku hordy studenciaków, którzy wpadli do Gdyni na Coldplay i browara?
6. Oczekiwanie na Big Boia. Nie wiem, czy chodziło o wizualizacje, czy faktycznie didżejowi spalił się kabel od laptopa, grunt, że po półtorej godzinie stania w wietrznej piździawie wraz z partnerką czuliśmy się niczym bohater "Essential Killing". Nie pomogły rewelacyjnie zagrane hity na sam początek - do SKM-ki uciekliśmy tuż po "The Way You Move". Szkoda.
7. Wyrównany poziom imprezy. Poza fatalną M.I.A. i ministrancko wystraszonymi Foalsami wszystkie z 15 obejrzanych przeze mnie koncertów były dobre, bardzo dobre albo fantastyczne. Może internetowi szalikowcy niezal brzmień z Offa w końcu zrozumieją, że napinka na Open'era jest po prostu totalną dziecinadą.
8. Basy na Jamesie Blake'u. Ja stałem dalej, ale podobno znanemu Wam już z niejednej anegdotki poecie Michasiowi Michalskiemu (pierwsze rzędy) od siły dźwięku nieomal wypadły plomby z zębów.
9. Makaron od Taja za 5 kuponów. Smaczny, pożywny i - jak na warunki festiwalowe - całkiem niedrogi. Jaka szkoda, że spieprzyłem go solidnym zroszeniem ostrym sosem z butelki ("Proszę Pana, ten sos jest naprawdę ostry", " Ależ ja lubię ostre...") o działaniu bliskim kwasowi solnemu, po którym przez godzinę nie mogłem dotknąć językiem podniebienia.
10. Kierowca w Gdańsku Wrzeszczu, który z małpią uciechą zamknął dwójce obładowanych bagażami, młodych ludzi drzwi przed nosem. Z tego miejsca dedykuję mu refren "Uważaj" CKOD.
Więcej muzycznych refleksji Jacka Sobczyńskiego znajdziecie pod adresem: http://musicspot.pl/jaceksobczynski/
Tagi: Jacek Sobczyński Musicspot Open'er