Jak to często bywa, w czasach wielkich katastrof i ogólnej degrengolady, wraz z upadkiem moralnych wartości, społeczeństwa – bezpośrednio zaangażowane, bądź przeciwnie, wypychające koszmar wojennych realiów poza nawias świadomości – pożądają godziwej, spełniającej wymogi eskapizmu, rozrywki. Bywa również tak, że czas wielkich napięć, zarysowujące się widmo nadchodzącej tragedii, generuje u ludzi specyficzną projekcję lęków, wraz z nią zaś pilną potrzebę „powrotu” do normalności. Raymond „Ray” Harryhausen sprawił, że dwie dekady po upadku gigantycznej małpy z dachu wieżowca, dał się słyszeć pełen grozy okrzyk amerykańskiej publiczności: It’s alive!

Amerykanom dość było ofiar maccartyzmu, nie wspominając o zgliszczach Hiroszimy i Nagasaki, które nieprzerwanie przypominały o grozie świecącego lica radioaktywnej kostuchy. Hollywood, jak zwykle, znalazł receptę i na to – przepisał w ramach kuracji terapię z celuloidu, zaś medykamenty przygotował w swym laboratorium nadzwyczajny alchemik.
Ray Harryhausen urodził się 29 czerwca 1920 roku w Los Angeles. Podobnie jak wielu przyszłych filmowców (żeby wspomnieć chociażby Petera Jacksona), decyzję przesądzającą o filmowej przyszłości mały Raymond podjął po obejrzeniu w kinie „King Konga” (1933) Meriana C. Coopera i Ernesta B. Schoedsacka. Dwie rzeczy zauroczyły wówczas Harryhausena: figury pierwotnych, prehistorycznych bestii oraz możliwości, jakie tym szczególnym bohaterom oferowała technika fotografii poklatkowej. Po powrocie do domu chłopak zmienił miejsce zamieszkania w prowizoryczne studio filmowe, gdzie w roku 1935 zrealizował swój pierwszy film animowany, przedstawiający pojedynek wielkiego jaskiniowego niedźwiedzia z mamutem. W tym oraz następnym roku powstały dwa filmy, których głównym „bohaterem” został wielki, krwiożerczy dinozaur, zaś już w latach 1938-1940 spod ręki tego młodego człowieka o samorodnym talencie wyszła kolorowa produkcja, ukazująca zmagania straszliwych gadów kopalnych. Tym samym określił Harryhausen jeden z fundamentalnych elementów swojej późniejszej twórczości, która uczyniła z niego żywą legendę.
Warto zauważyć, że tzw. film lalkowy, w momencie gdy Raymond rozpoczynał własne eksperymenty, miał już na świecie bogatą tradycję. Na naszym rodzimym gruncie wyrósł Władysław Starewicz, uważany za pioniera tego gatunku, w Stanach Zjednoczonych triumfy święciły produkcje, na których piętno odcisnęli George Pal i Willis O’Brien. O ile Starewicz posługiwał się tak obraną formą, by z pasją entomologa–amatora (w przedwojennym okresie twórczości bohaterami jego filmów były głównie insekty) i prześmiewcy drwić z miałkości fabularnej wysokobudżetowych produkcji oraz demaskować absurdalność ludzkiego życia, to dwaj kolejni panowie osiągnęli mistrzostwo raczej rzemieślnicze: w szlifowaniu animacji figurkowych postaci i przedstawianiu wizerunków ekranowych bestii z anatomiczną precyzją. U O’Briena Harryhausen pobierał w latach 40-tych nauki, by w całej okazałości ukazać swój kunszt szerokiemu światu dekadę później.
Po życzliwie przyjętych przez amerykański świat filmowy dwóch produkcjach wojenno-propagandowych (zrealizowanych z użyciem animacji poklatkowej), Harryhausen doczekał się produkcji na miarę swoich możliwości. „Bestia z głębokości 20 000 sążni” (1953) w reżyserii Eugène’a Lourié okazała się komercyjnym sukcesem, ponadto zawierała elementy tak typowe dla późniejszej twórczości magika efektów optycznych: olbrzymią, fantastyczną bestię, końcowe sekwencje przedstawiające „rozbijanie się” potwora po mieście i wreszcie przestrogę pozostawioną ludzkości. I tak, w „To przyszło z głębin morza” (1955) jaszczur z poprzedniego dzieła ustępuje miejsca kolosalnemu Krakenowi (że jest to ośmiornica „radioaktywna”, od razu widać, wszak ramion ma sześć), jego śmiercionośne macki nie atakują już Nowego Jorku, lecz San Francisco. W „20 milionów mil do Ziemi” (1957) pałeczkę pierwszeństwa przyjmuje ponownie jaszczur – ale jako że to kino z pogranicza horroru i s-f (bądź na odwrót; ewentualnie ani jedno, ani drugie), potwór Ymir pochodzi z Wenus (spodziewający się Marsa obejdą się smakiem), zaś żeby nadać wszystkiemu dodatkowego kolorytu, scenarzyści przenoszą nas do słonecznych Włoch. Pojedynek dwóch bestii, a jakże, ma miejsce – dramatyczna potyczka Ymira ze słoniem na ulicach Rzymu jest nie do opisania.
Strona: 1 z 2 | Następna »
Tagi: Ray Harryhausen animacja Peter Jackson sześciornica Mateusz Skomorowski