G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Rewolucji nie będzie

Autor: Jakub Bocian, dodano: 21-12-2011, 15:31

Czytając nową książkę Marcina Rychlewskiego zastanawiałem się, do kogo właściwie jest ona skierowana. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że autor swoje wywody na temat semiotycznych aspektów muzyki rockowej opiera na wyjątkowo solidnej podstawie merytorycznej. Ma wiedzę zarówno z dziedziny antropologii kultury, semiotyki, jak i historii rock and rolla. Faktem jest również, że takich pozycji brakuje w polskim dyskursie naukowym. Tylko… no właśnie – dyskurs ten nie jest dla każdego, a sam fakt pojawienia się Rewolucji rocka na półkach księgarń każe domniemywać, że autor i wydawca chcą z nią trafić pod strzechy.

I tu zaczyna się problem, bo wystarczy przeczytać kilka akapitów, żeby zacząć podejrzewać, iż Rychlewski nie pisał swojej książki „jako książki”. Od pierwszej do ostatniej strony miałem wrażenie, że czytam po prostu pracę dyplomową doktora Wydziału Filologicznego UAM, która po korekcie, polegającej głównie na zamianie słowa „praca” na „książka”, trafiła do druku i na półki księgarń. Tam zaś sięgną po nią różni ludzie, domyślam się, że głownie miłośnicy rocka. Spora część z nich nie ma odpowiedniego zaplecza merytorycznego i kompetencji, żeby przebrnąć przez naukowy język Rewolucji rocka i zrozumieć, co właściwie Rychlewski chce im przekazać.

Ba!, spodziewam się nawet, że takich osób jest zdecydowana większość, co wyjątkowo nie jest krytyką skierowaną wobec odbiorcy. Po prostu Rychlewski odwołuje się do wiedzy, literatury i sposobu postrzegania rzeczywistości, typowych dla antropologii kultury i semiotyki. Dostępne są one dla niewielkiej grupy osób, związanych z tą dziedziną nauki. Tak, pamiętam, że to właśnie o semiotyce książka traktuje, ale skoro Hawking i Dawkins potrafili napisać w miarę łatwe w odbiorze pozycje popularnonaukowe o fizyce kwantowej i ewolucjonizmie, antropologia kultury nie powinna nastręczać problemu. Tym bardziej, że Rychlewski pisać lekko, przyjemnie i niesztampowo potrafi, co udowodnił parę lat temu swoimi Absurdami PRL-u.

Mam nieodparte wrażenie, że jest to efekt pewnego lenistwa ze strony tak autora, jak i wydawcy. Skoro materiał jest praktycznie gotowy (praca dyplomowa), wystarczy go złamać i rzucić na rynek. A szkoda, bo Rychlewski pisze o rocku ciekawie i odkrywa aspekty tego nurtu, których na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka przeciętny odbiorca raczej nie dostrzeże. Autor jest „właściwym człowiekiem na właściwym miejscu” – widać, że Rewolucja rocka była pisana przez semoiologa o ogromnej wiedzy teoretycznej, który jest jednocześnie fanem muzyki rockowej. Dzięki swojemu wykształceniu widzi to, czego większość ludzi w tej muzyce nie dostrzeże. Dzięki temu, że jest fanem – znalazł zastosowanie dla semiotyki w  rock and rollu.

Brawa należą się jednak Rychlewskiemu przede wszystkim za dwie inne rzeczy. Pierwsza z nich to bardzo holistyczne podejście do tematu. W swojej książce bierze on pod uwagę m.in. aspekt semiotyczny, kulturowy i kontrkulturowy, historyczny i polityczny rock and rolla. Nie ogranicza się też jedynie do muzyki, zwraca uwagę na kwestie wizerunkowe, szatę graficzną oraz koncerty. Tego rodzaju spojrzenia na twórczość rockową brakowało w polskiej literaturze związanej z tematyką. I chociażby dlatego dobrze, że Rewolucja rocka powstała – może nie wyczerpuje do końca wszystkich poruszonych zagadnień, ale stanowi dobry punkt wyjścia dla kolejnych, bardziej ukierunkowanych opracowań.

Druga sprawa to poważne i naukowe traktowanie rocka, na który spora część środowiska akademickiego czy „kulturotwórczego” w kraju patrzy z przymrużeniem oka. Łączenie przez Rychlewskiego typowych dla rock and rolla pojęć, nazw i nazwisk z podejściem mocno naukowym oraz wskazywanie bez kompleksów związków rocka z kulturą wysoką jest niezmiernie odważne i zasługuje na pochwałę. Również z tego powodu cieszę się, że ta książka trafiła na półki – może otworzy drzwi do tego, by muzyka rockowa, podobnie jak inne zjawiska (pop)kultury, była poważnie traktowana na arenie naukowej.

Niestety, nie uchronił się Rychlewski od paru błędów merytorycznych z zakresu rockandrollologii, momentami nawet znaczących. Na szczęście jest ich tylko kilka, a jakość (popularno?)naukowa jego książki jest na tyle duża, że nieliczne potknięcia można łaskawie przemilczeć. Poza dwoma, które udarzają najbardziej, jak jawne pójście na łatwiznę przy wspominaniu zespołu Pink Floyd. Rychlewski twierdzi na przykład, że ich album Animals jest wizją totalitarnego społeczeństwa, rodem z Folwarku zwierzęcego Orwella. Wystarczy zajrzeć do wywiadów z muzykami, dostępnych w licznych opracowaniach, żeby przekonać się o nieprawdzie tego twierdzenia. Zainteresowanych odsyłam do znakomitej biografii Echa, pióra Glenna Povey’a. Na płaszczyźnie naukowej najbardziej razi zaś, że pisząc o semiotycznych aspektach gitary elektrycznej, Rychlewski nie zająkuje się nawet o jej konotacjach fallicznych. Dla warstwy symbolicznej rocka jest to skojarzenie elementarne, o czym mówią wszyscy antropolodzy, zajmujący się rock and rollem, jak np. Samuel Dunn.

To chyba dwa najcięższe błędy, jakie popełnia Rychlewski w swojej książce. Pozostałe są na szczęście tak nieliczne, że nie przyćmiewają wrażenia z całości. A jest ono proste: Rewolucja rocka to bardzo dobra praca dyplomowa, ale słaba książka. Co niestety trochę neguje sens jej powstawania jako pozycji wydawniczej. Jeśli bowiem miałaby być ona skierowana jedynie do środowiska naukowego – wystarczyłoby ją opublikować np. w jakimś tomie pokonferencyjnym. Zainteresowani by dotarli. Jeśli jednak ambicją Rychlewskiego było trafienie do przeciętego czytelnika – należało włożyć w Rewolucję rocka jeszcze trochę wysiłku i zrobić z niej prawdziwie popularnonaukową, lekką w czytaniu, ale niegłupią książkę. Wtedy przyjemność z obcowania z nią mieliby nie tylko fani rocka i nie tylko dawni studenci antropologii kultury.

 

Marcin Rychlewski, Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy, Oficynka, Gdańsk 2011.

Tagi: Marcin Rychlewski Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy Oficynka recenzja Jakub Bocian



Skomentuj

Misiek22-12-2011, 11:54

Za publikację w tomie pokonferencyjnym ani wydawca, ani autor nie dostaliby złamanego grosza. Wydanie osobnej monografii to co innego.


Newsletter

reklama
http://www.szczyt-kultury.pl
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator