G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Robin Hood: Początek (końca)

Autor: Mateusz Skomorowski, dodano: 18-05-2010, 13:38

Ridley Scott zdaje się być zmęczony monumentalnymi widowiskami historycznymi. Zaraz po nieudanym, choć imponującym wizualnym przepychem „Królestwie niebieskim” (2005), brytyjski reżyser zrealizował „Dobry rok” (2006) – lekką i bezpretensjonalną komedię obyczajową z Marion Cotillard i swym ulubieńcem Russellem Crowem. Kiedy rozpuszczono więc wici z informacjami o przygotowywanej, kolejnej już adaptacji przygód Robin Hooda, byłem w równej mierze zaskoczony, co zaintrygowany.

Posunięcie, w myśl którego banita miał być nieokiełznanym wichrzycielem, zaś nikczemny szeryf z Nottingham określać się poprzez prewencyjne działania, zapobiegające rozprzestrzenianiu się chaosu i bezprawia, wydawało się doprawdy smakowite. Dobrze dogadujący się na planie duet Scott-Crowe plus szczypta psychologicznej prawdy i być może wiarygodne tło historyczne, skutecznie pobudzały wyobraźnię – przełamania konwencji (z zadowalającym skutkiem) dokonał już Richard Lester w swym filmie „Robin i Marian” z roku 1976. Niestety, skończyło się na obietnicach. Ogromny budżet zniweczył plany koncepcyjne, bohaterowie określili się więc jednoznacznie – stanąwszy po stronach dobra i zła. Formuła opłacona takimi pieniędzmi musi zostać zachowana. Z przyrzekanych innowacji pozostała jedynie surowa autentyczność wieków średnich i dosyć wiernie przedstawione tło historyczno-polityczne. Niefortunnie, film traci głównie z tego powodu – przez przesłonięcie motywacji i przekonań głównych bohaterów, co odbija się na ich wizerunkach, mających uchodzić w założeniu za tak wiarygodne. Koniec z romantycznymi wyobrażeniami – Robin i jego kompania w niczym nie przypominają poprzednich wcieleń. I nie byłby to wcale wielki zarzut, gdyby najnowsza produkcja Ridley’a Scotta sprawdzała się jako wielkie widowisko – nie sprawdza się jednak także i pod tym względem.

Ostatnie lata XII-go wieku. Powracający do domu wraz ze swymi wojskami król Ryszard Lwie Serce (Danny Huston), w trakcie walk z ostatnim bastionem sił francuskich, zostaje ugodzony strzałą jednego z obrońców, po czym umiera. Znajdujący się w jego armii łucznicy, nie biorący udziału w bitwie: Robin Longstride (Russell Crowe), Will Scarlet (Scott Grimes) i Allan A’Dayle (Alan Doyle), wraz z poznanym osiłkiem Johnem (Kevin Durand), postanawiają przedostać się do Anglii na własną rękę. Kierując się ku wybrzeżom, jako świadkowie zasadzki zastawionej na świtę Ryszarda przez Sir Godfrey’a (Mark Strong), współpracującego z przebiegłym królem Filipem (zabiegającym o objęcie angielskiego tronu), wybijają niemal wszystkich napastników. Godfrey ucieka, a Robin i jego towarzysze przyodziewają zbroje zabitych rycerzy i wraz z transportowaną przez poległych koroną Ryszarda, udają się na statek, oczekujący na pomordowanych wojowników. Longstride przyrzeka jeszcze konającemu Sir Robertowi Loxley’owi zwrócić jego miecz ojcu, zamieszkałemu w Nottingham. Tymczasem w Londynie książę Jan (Oscar Isaac) podburza przeciw sobie lud i justycjariuszy. Groźba wojny domowej rzuca długi cień na kraj, do podboju szykuje się też francuski król Filip. W sam środek pajęczyny intryg, kłamstw, wyzysku i przemocy trafiają Robin i jego kompania.

Do pewnego momentu film zrealizowany jest wzorcowo: różnorodność i mnogość wątków nie są wyzwaniem dla solidnej reżyserii Scotta, a ich wzajemne przeplatanie się nie rozbija narracyjnej linearności. Poza szczątkową wiedzą dostarczoną przez mglistą retrospekcję, niewiele wiadomo na temat decyzji Robina o podróży do Nottingham (obietnica złożona Loxley’owi na łożu śmierci jest dość wymuszona). Nie ma się wielkich możliwości na rozłożenie własnych sympatii i antypatii, ponieważ postaci i kolejne wydarzenia mnożą się jak grzyby po deszczu – zbyt słabo wyeksponowane i często nieistotne. Obraz ogląda się jednak przez długi czas z zainteresowaniem – a to za sprawą dwóch największych zalet filmu: oszałamiającej wystawy i dobrego aktorstwa. Tak pięknie wyglądającego średniowiecza jeszcze w kinie nie widziałem. Rozmach realizacji, obejmujący swym ogromem wspaniałe dekoracje, ręcznie szyte kostiumy i nieco skromniejszy wystrój gospodarskich wnętrz, absolutnie zachwycają. Na osobną pochwałę zasługują zdjęcia autorstwa Johna Mathiesona – umiejętne wykorzystanie planów potęguje wrażenie przynależności do świata sprzed niemal tysiąca lat. Niewymuszone piękno puszczy Sherwood i skąpanych w blasku słońca pól, wystarcza mi całkowicie za argument przeciw nadużywaniu CGI oraz tak popularnego obecnie 3D. W kwestii protagonistów, antagonistów, czy nawet postaci epizodycznych, nie można narzekać. Solidny warsztat aktorski pomaga przymknąć czasem oko na sztampowe i sentencjonalne dialogi; weterani ekranu w postaci Maxa von Sydowa i Williama Hurta są pełni dostojeństwa, a wątek miłosny Robina i Marion (Cate Blanchett) – choć nie wyjątkowy – nie mdli.

Tym, co okazuje się fatalne dla całości filmu, jest scenariusz Briana Helgelanda (Oscar za „Tajemnice Los Angeles” w roku 1998.). Przez położenie silnych akcentów na elementach tworzących tło, rozmazują się w nim nagle wszystkie postaci. Nie do końca daje się odczuć zaangażowanie Robin Hooda i jego kamratów w słuszną sprawę; widz traci zainteresowanie ich jednowymiarowością. Schemat goni schemat, bohaterowie unoszą się honorem i wygłaszają pełne patosu tyrady, zaś wszystko, chcąc nie chcąc, zmierza do kulminacyjnej bitwy. Sceny batalistyczne to bez wątpienia najsłabszy punkt produkcji. Zadziwiające, jak bez polotu są zrealizowane, kręcone bardzo często w półzbliżeniu i absolutnie bezkrwawe. Nie łaknę na ekranie przemocy, ale zachowując taką dbałość o detale, nie należy na siłę „ugrzeczniać” wojennej rzeczywistości – wydaje się to pozbawione sensu. Zgubny wpływ kategorii wiekowej. Oddzielną sprawą jest montaż, potęgujący wrażenie chaotyczności. Niepotrzebne trzęsienie kamerą i urywane ujęcia zniechęcały mnie przez cały film – pod tym względem „Robin Hood” pozostaje w cieniu „Gladiatora” (2000), zaś „Walecznemu sercu” (1995) Mela Gibsona nie dorasta nawet do pięt.

Zwieńczeniem klęski staje się ostatecznie sekwencja (na szczęście niezbyt długa) finałowej bitwy. Nie jestem pewien, czy znany z wybuchowego charakteru Ridley Scott pożarł się na planie z Helgelandem, ale ostatnie piętnaście minut obrazu to istna autoparodia. Sceny w zwolnieniu, chaos, brak jakiejkolwiek przemyślanej choreografii, na dokładkę żenujące teksty króla Jana i pocieszny brat Tuck (Mark Addy) w swym habicie, okładający zakutych w stal rycerzy. Ekipa chyba naprawdę nie mogła się zdecydować, w jakiej tonacji film nakręcić, zaś biorąc pod uwagę wcześniejsze plany Scotta, może faktycznie męczą go już takie produkcje.

Podobnie jak „Batman: Początek” (2005) Christophera Nolana, najnowszy „Robin Hood” jest w istocie prequelem. Epilog nie pozostawia wątpliwości, że – oczywiście jeśli film zarobi na siebie – ciąg dalszy nastąpi. Obserwując tak wielką niekonsekwencję, brak wyobraźni i odtwórczość, stwierdzam, że na oglądanie kontynuacji nie mam ochoty.

Tagi: Ridley Scott Russel Crowe Cate Blanchet Max von Sydow Mateusz Skomorowski



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.szczyt-kultury.pl
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator