Co otrzymamy dzięki pasjonującemu zespoleniu nauki i seksu? Na pewno coś rzadko spotykanego. Na pewno coś, czego na co dzień, nie rozważamy. Na pewno coś rubasznego i przysparzającego rumieńca na twarzy. I na pewno nie jest to książka Mary Roach „Bzyk”.

Nie wiem, dlaczego próbuje się wokół autorki stworzyć famę tej, która nie boi się tabu, a na dodatek pisze ze swadą i bez uprzedzeń. Naprawdę nie rozumiem, po co buduje się wokół Mary Roach pewien charakterystyczny bufor: „to książka tej, co pisze mądrze, jadowicie i zabawnie”. Ale przejdźmy do rzeczy.
Autorka, która na koncie ma już publikacje o tym, co dzieję się ze zwłokami, zajęła się tym razem mocniejszym tematem – seksem. Seks, jaki jest, każdy widzi (chyba że nie wychodzi poza ciemny pokój i kołdrę). Wielu ma problem, by o nim pisać, mówić, czy nawet myśleć. Z jednej strony panuje wokół tego tematu mir intymności i odosobnienia. Seks, to coś co dzieje się w zakamarkach alkowy, gdzieś na styku dwóch miłych sobie ciał. Z drugiej jednak strony jesteśmy nim zewsząd atakowani. Nie ma filmu bez piersi, nie ma kina bez stosunku, nie ma reklamy bez golizny. Na każdym kroku jesteśmy odzierani z intymności i wtłaczani w wór infantylizacji cielesności i seksu. Roach postanowiła do tego dysonansu dodać otoczkę naukowości. Chciała nam pokazać, dlaczego tak ochoczo reagujemy na widok pupy, członka, ale już misz-maszu członka i pupy zaczynamy się wstydzić.
Książkę rozpoczyna historia badań nad seksem. Przechodzimy więc przez monotonne wyliczenia, jak to w przeszłości dziwnie podchodzono do pochwy, jak to z penisem figlowano nieprzystojnie. Na szczęście przyszła cywilizacja i zaczęła genitalia badać rozsądniej i efektywniej (nierzadko efektowniej). Tyle wstępu. Potem Roach prowadzi nas przez dziwaczny i subiektywny wybór badań i eksperymentów. Odwiedzamy fabrykę produkującą wibratory, poznajemy możliwości przeszczepów jąder, mniej więcej dowiadujemy się, jak działa łechtaczka, mniej więcej, na czym polega wzwód, mniej więcej, co dzieje się z ciałem podczas orgazmu. Mniej więcej nie zasypiamy.
Na tym można by było ten tekst skończyć. Ta książka cała jest „mniej więcej”. Roach przeleciała (!) temat pobieżnie, a notatki do niego robiła na kolanie. Wybór tematów jest subiektywny i za nic nie da się ich połączyć w coś sensownego. Odnosi się wrażenie, że wklepała słowo ‘seks’ do google i gdy natrafiła na coś lotnego spisała trochę informacji z Wikipedii. Czasem pofatygowała się osobiście, żeby potwierdzić, to co wcześniej sobie założyła. Na koniec okrasiła rozdział wymuszonym żartem.
Wystarczy mieć minimalną wiedzę na ten temat, żeby zorientować się, że połowę informacji zawartych w tej publikacji można znaleźć we wstępie do jakiegokolwiek podręcznika do seksuologii. Książka sprawia wrażenie wymuszonej, robionej na wyrost. Przeraża końcowy wniosek Roach. Po wyliczeniach rezultatów badań, przedstawieniu różnych punktów widzenia, autorka konkluduje, że z tym seksem, to ciężko i w ogóle różnie bywa, a kobieta ma trudniej, jeżeli idzie o orgazm. Brawo! Fanfary! 274 strony bez bibliografii i konkluzja wręcz porażająca! Jak by tego wszystkiego było mało, Roach zwyczajnie wstydzi się tematu. Owszem, przez całą książkę buduje obraz swojego wyzwolenia, braku uprzedzeń i stereotypów. W końcu nawet z mężem seks uprawiała podpięta do specjalistycznej aparatury. Niestety na każdym kroku widać jej wybiórczość i obawę o naruszenie moralności. Jej wachlarz seksualnych możliwości to orientacja hetero, czasem z wibratorem, czasem z jednostkowym eksperymentem homo. Tyle. Jeżeli zagląda gdzieś głębiej, to opisuje, to na zasadzie kuriozum albo akademickiej dywagacji.
Gdy zbierzemy to do jednego worka okaże się, że książka, która w założeniu miała być naukowo-humorystyczną rozprawą o seksie bez tajemnic, jest nudną, powierzchowną, stereotypową wprawką bez polotu i smaku. Roach udaje pisarkę. Udaje naukowca i badacza. Próbuje sprawić wrażenie, że materiału tematycznego było co nie miara, ale na szczęście dla nas, ona go przefiltrowała i podała nam skondensowany i najciekawszy wyciąg. To wszystko po to, abyśmy mogli się dowiedzieć, że są pompki do penisa (których spamowych reklam otrzymuję średnio kilkanaście dziennie), że niektórzy mają problem ze wzwodem, bo palą i piją za dużo alkoholu, że stymulacja łechtaczki może dać pozytywne efekty etc. Czekałem tylko na fragment, w którym Roach triumfalnie oświadczy, że seks może być przyjemny!
„Bzyk” to zbiór frazesów. Jest napisany topornym, wymuszonym stylem, przepełnionym banałami. Bądźmy szczery – Roach rżnie głupa! Temat tak bliski ciału i duszy, mający potencjał na książkę-dynamit, został potraktowany po łebkach i byle jak. Przeraża mnie tylko jedna rzecz - jeżeli tego typu tytuł może być określany jako „pasjonujący, odważny i demaskatorski”, to jak wygląda pożycie większości z nas?
Mary Roach, Bzyk, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010
Tagi: Mary Roach Bzyk Wydawnictwo Znak