Kolejny zaprezentowany w cyklu KinoRP film to „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa. Nadarzyła się okazja podróży przez dziwaczne wody hasowskiej i schulzowskiej wyobraźni – prawdziwej oneironautyki. Tylko czy warto było cyfrowo oczyszczać te wody?

Sanatorium to film–legenda, którą przyćmiewa chyba tylko, też hasowski oczywiście, „Rękopis znaleziony w Saragossie”. Choć po premierze dość chłodno przyjęty przez schulzowych purystów, okazał się być nie tylko filmowym odbiciem prozy drohobyczaninia, ale także arcydziełem na własnych prawach, spoglądającym przez czas na nieistniejący już świat ze świadomością zbliżającej się zagłady. Trudno się więc doprawdy nie zgodzić z decyzją umieszczenia go wśród dzieł godnych przypomnienia publiczności i dokonania, z wysokim pietyzmem, rekonstrukcji. Has, żywiąc się prozą Schulza, zbudował bowiem niesamowity wizualnie świat. Barwne miazmaty, gęsta surrealistyczna scenografia, złote mgły, pochyłe domy, fosforyzujące cmentarze, ptaki i mundury, różowe dziewczęce ciała, zegary, które zdają się posiadać własne zmysły i tkaniny wiodące tajemnicze życie łączą się w celuloidowy witraż. W tej materii rekonstrukcja sprawdza się znakomicie. Teraz aura to aura, a iluminacja wygląda rzeczywiście jak iluminacja – na początku seansu widz zostaje wręcz oślepiony.
Zachwyceni więc będą ci, którzy chcą widzieć w filmie zaszyfrowaną wiadomość. W nowej wersji można dostrzec więcej szczegółów, więcej wskazówek. Jest tylko jeden mały problem: zarówno Schulz jak i Has dają nam nie tyle kod do złamania, co opowieść o łamiącym się kodzie, o rozpadającym się świecie, o chorym, a nawet hospitalizowanym czasie.
Motyw rozpadu i śmierci, a właściwie umierania, wypełnia świat „Sanatorium...”, który, zgodnie ze swoją naturą, gnije, kruszeje, parcieje, zapada się w sobie. Dramat szewirat ha-kelim przesuwa tu dłoń nad twarzami wszystkich śpiących bohaterów i dotyka przedmiotów, które na równych prawach – jak choćby markownik Józefa – wypełniają i tworzą hasowską czasoprzestrzeń. Oryginalne „życie” filmu wpisywało się tę formułę – powołany do istnienia niszczał z upływem czasu, blaknął i rwał się jak wspomnienia ze snu, rozbiegał się w historie poszczególnych kopii, kulił się w inercji. Ta współbieżność treści filmu i jego rzeczywistego „życia” zostają teraz, wraz z rekonstrukcją, utracone. Wykreowany przez Jana Nowickiego Józef poszukuje oryginalnej Księgi, której już przecież znaleźć nie może. Odnawianie „Sanatorium pod Klepsydrą” jawi się w tym świetle jako zwykła pedanteria, z równym sensem można by było domagać się remontu zmurszałej scenografii przybytku dr Gotarda i wmontowania jej niepostrzeżenie do filmu. Czy naprawdę sens ma spieranie się z czasem, który, wg Schulza, jest do cna zużyty, przedarty i dziurawy w wielu miejscach, przezroczysty jak sito?
W tym miejscu skończyć już wypada mi te umysłowe przesilenia i cokolwiek zdziwaczałe wybrzydzania. Ci, którzy do „Sanatorium...” zawitali niedawno pierwszy raz, zobaczą zapewne coś olśniewającego, trafią, dzięki wysiłkowi rekonstrukcji, do czasu spóźnionego o pewien interwał. Pozostali – dla nich ścieżki czasu zaplączą się i będą mogli porównać, czy odnowione „Sanatorium..” to sobowtór widziany przez okno, czy dziwaczny manekin, w którego tchnięto odrobinę tylko życia. Ze swej strony podejrzewam, że decyzja zależy od tego, jak klarowne i wyraźne dany widz ma sny.
Sanatorium pod Klepsydrą, reż. W. Has, 1973.
Tagi: Kino RP Sanatorium pod Klepsydrą Wojciech Jerzy Has kino polskie Jan Nowicki Bruno Schulz adaptacja
Esme11-02-2010, 23:46
Jest to faktycznie zdziwaczałe wybrzydzanie. Trudno uznać powyższe uzasadnienie za wystarczające, by pozwolić marnie sczeznąć jednemu z arcydzieł polskiego kina.