G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Sieniewicza słowa na wolności

Autor: Jarosław Czechowicz, dodano: 20-03-2010, 20:36

Najnowsza książka Mariusza Sieniewicza dużo bardziej niż poprzednia „Rebelia” zaciera gatunkowe granice i nie pozwala się jednoznacznie sklasyfikować. Myślę, że to taka opowieść o stwarzaniu a rebours, o budowaniu i niszczeniu jednocześnie, o kreowaniu nowych form egzystencji i o tej egzystencji schyłku. Przestrzeń, jaką tworzy autor w „Mieście Szklanych Słoni” jest przestrzenią umowną, a wszystko, co się w niej rozegra, kryć będzie w sobie niepokojący cień, budowany przez ambiwalentne w swej wymowie treści, ukryte w słowach dobieranych niespiesznie, chwilami mozolnie, nieprzewidująco.

Miasto Szklanych Słoni

Niespiesznie rozgrywa się akcja opowieści, ale tak naprawdę trudno jest mówić o akcji sensu stricto. W tej książce przechodzimy od jednej onirycznej wizji do drugiej - w świecie, który tak naprawdę nie ma nic wspólnego ze snem i chwilami jego doświadczanie jest tak samo bolesne dla czytelnika jak dla bohaterów książki.

Przenosimy się do prawie baśniowego miasta. Każdy dzień, każdy tydzień i miesiąc rozpoczynają te same słowa: za siedmioma lasami, za siedmioma jeziorami było sobie Miasto Szklanych Słoni. Jego mieszkańcy toczą pozornie zwyczajne życie, w którym zaczynają dziać się rzeczy mało realne. Miasto słynie z produkcji emblematów szczęścia, ale ci, którzy w nim żyją nie są szczęśliwi. Nie jest także szczęśliwy Jan Kwiecisty, autor specyficznego dziennika, lekarz specjalizujący się w leczeniu wad wzroku i człowiek, który wydaje się widzieć więcej i inaczej niż inni. Pisanie jest dla Jana formą autoterapii i jedyną możliwością ucieczki przed unicestwieniem. Mój dziennik to moja opowieść. Moja opowieść pracuje na moją śmierć. Tu nie o zwycięską oryginalność toczy się walka. Tu chodzi o obronę przed nieistnieniem. To, w jaki sposób Jan wykorzystuje w swych zapisach słowa i niemal bolesne napięcia tworzone między znaczeniami tych słów, wywołuje w czytelniku wrażenie hipnotycznej wędrówki po świecie prywatnych rojeń, ale nie o zrozumienie bohaterowi chodzi. W jego przeżywaniu świata mamy do czynienia bardziej ze specyficznym bojem o własną tożsamość, której tak naprawdę nie możemy być pewni ani na pierwszej ani ostatniej stronie tej książki. Tożsamość ta paradoksalnie staje się bardziej wyraźna dzięki coraz to nowym zmyśleniom, jakich autorem jest Jan. Okazuje się bowiem, że przestrzeń, w jakiej żyje, jest rzeczywistością fikcji. Tak, i bynajmniej nie jest to absurdalna konkluzja. W końcu świat, w jakim żyją mieszkańcy Miasta Szklanych Słoni jest rzeczywistością, która ożywa dzięki fikcyjności. Rzeczywistością, która kłamie i zmyśla. Ofiarowując szczęście odległemu światu pod postacią szklanych słoni, zmyślamy siebie, innych i miasto według własnych pomysłów. To zapewne utrudni lekturę, ale nie sądzę, by autorowi chodziło o stworzenie opowieści, z którą można się identyfikować.

Z niczym się na kartach tej historii nie identyfikujemy, bo nie ma w niej niczego pewnego, na czym można byłoby oprzeć swoje sądy o bohaterach i świecie, tak sprytnie i tak przewrotnie wykreowanym. Sieniewicz tworzy swoistą antyutopię, utopię nieszczęśliwą, w której ludzie żyją wyobrażeniami o sobie oraz innych i gdzie wkrada się coraz wyraźniej melancholia, smutek i gęsta atmosfera niedopowiedzeń.

Z drugiej strony jednak jest to przecież proza słów na wolności. To opowieść o stwarzaniu i powstawaniu, choć naznaczona już od początku piętnem upadku. Tworzenie jako forma uwalniania się od tego, od czego uwolnić się nie da? To się nazywa wolność… Tak wygląda spazm widzialności… Forma, zwłaszcza forma człowiecza, jest po to, by ją nieustannie odkształcać… Odkształcać, naruszać i zmieniać.. Gęsta od znaczeń, metaforyki i symboli proza Sieniewicza to świadectwo odkształcania, naruszania i zmieniania przede wszystkim własnego pojmowania roli twórcy. I w takim rozumieniu książka ta jest intertekstualną grą z czytelnikiem.

Istotna jest koncepcja kontrastu w męskim i kobiecym spojrzeniu na świat. Jan znajduje się w orbicie wpływu kobiety i jej idei. Pierwszą jest jego Była, od której nie może się uwolnić. Drugą - Tęczowa Wieloródka z całą gamą uczuć i emocji, jakie w sobie niesie. Kobiety nagle znikają z Miasta Szklanych Słoni. To dzięki nim męskość bohaterów nabiera nowych znaczeń i tylko one pozwalają mężczyznom naprawdę wyrazić siebie.

Nie sposób nie zachęcać do przeżycia intelektualnej przygody, jaką będzie obcowanie z nową powieścią Mariusza Sieniewicza. Ta książka dotyka problemów twórczości i środków wyrazu własnych, ograniczonych w słowa sądów o wielorodnej (sic!) i migotliwie barwnej rzeczywistości. To książka, w której rzeczywistość jest fikcją i odwrotnie. To książka, w której rozgrywa się dramat egzystencjalnego zapominania oparty na procesie przypominania, nazywania, określania. To niepokojąca książka i dowód wielkiej wrażliwości oraz niepowtarzalnej wyobraźni kreacyjnej, która wyróżnia Sieniewicza na tle wszystkich innych „wizyjnych” twórców polskiej literatury współczesnej.

 Mariusz Sieniewicz, Miasto Szklanych Słoni, wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

 Jarosław Czechowicz ur. 1978, absolwent filologii polskiej UJ oraz Podyplomowego Studium Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ; niezależny recenzent; publikacje m.in. w "Portrecie", "artPAPIERZE" oraz w portalach "Internetowe Imperium Książki", "biblioNETka", "G-punkt", "Independent.pl". Prowadzi bloga literackiego "krytycznym okiem".

 

Tagi: Mariusz Sieniewicz Miasto Szklanych Słoni Wydawnictwo Znak recenzja



Skomentuj
reklama
Miasto Szklanych Słoni


Newsletter

ogrody zimowe wyglądają przepięknie.
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu