Kilkanaście lat temu, w jednym ze swoich tekstów, Zygmunt Kałużyński zwrócił uwagę na – powtarzające się z zadziwiającą regularnością w historii kina – profetyzujące postawy krytyki i apologetów co i rusz powstających nurtów, wieszczące koniec klasycznego westernu. Ten tymczasem – zaspokoiwszy potrzeby narodowe, konsolidując społeczeństwo amerykańskie w zgodzie z ekranową, tworzoną na bieżąco mitologią – trwał w najlepsze przez kolejne dziesięciolecia. Bezprecedensowe (w skali światowej) oddziaływanie specyficznej ikonografii szło w parze z powtarzalnością narracyjnych schematów, które publiczność ukochała ponad wszystko.

Chociaż poważny cios w postaci kontrkultury końca lat 60-tych, na zawsze zmienił postać gatunku (oraz jego ugruntowaną pozycję), to należy pamiętać, że nawet głośne antywesterny Roberta Altmana i Arthura Penna, demitologizujące Amerykę i odbrązawiające herosów prerii, ścierały się żywo z pełnym tęsknoty spojrzeniem za dawnym Far Westem, czego dowodem stały się filmy Sama Peckinpaha, mimo ogromu przemocy przesycone liryką i jaskrawą nostalgią. Klasyczny western został pogrzebany, jednak ostatnie lata pokazały, że leżał w płytkiej ziemi, zaś „Prawdziwe męstwo” jest tego najbardziej oczywistym dowodem.
Wielbicielom kina braci Coen, już sama decyzja o przeniesieniu na duży ekran (po raz drugi) powieści Charlesa Portisa mogła wydawać się zaskakująca. Decyzja niezależnych, postmodernistycznych twórców, biorących na warsztat najbardziej amerykański z wszystkich filmowych gatunków, miała prawo stwarzać wrażenie posunięcia niemal prostackiego (z uwagi na filmowe obycie, owocujące skłonnością do przestylizowań, tworzeniem teatru absurdu uwikłanego w intertekstualny sztafaż – jak tu nie zająć się westernem?) i wywołującego konsternację. I, prawdę mówiąc, wywołuje – jednak z zupełnie innego powodu. Zamiast rozmontowywać i urabiać materiał wyjściowy na modłę swych wcześniejszych dokonań, bracia Coen niespodziewanie stworzyli „najczystszy” gatunkowo film w całej swojej karierze.
Fabuła obrazu przedstawia zdarzenie z życia 14-letniej dziewczyny, Mattie Ross (debiutująca na dużym ekranie, rewelacyjna Hailee Steinfeld). Poinformowana o zabójstwie ojca, przybywa wraz z opiekunem do Fort Smith w Arkansas, by dopatrzyć spraw związanych z transportem ciała i przyszłym pogrzebem. Wychowana w duchu chrześcijaństwa (wypowiedzi Mattie nasuwają skojarzenia z tradycją mormońską) i zdobyczy cywilizacji (wygadana i wykształcona dziewczyna jako remedium na wszelkie problemy uważa odwołanie się do instancji prawnych), nastolatka peroruje na temat zbrodni i kary, po czym postanawia zostać w mieście, celem zorganizowania obławy za zbiegłym mordercą, pracownikiem rodzinnej farmy, Tomem Chaney’em (Josh Brolin). Zatrudnia poleconego przez szeryfa federalnego stróża prawa, Roostera Cogburna (Jeff Bridges), podstarzałego wilka prerii, niezrównanego rewolwerowca, który szybciej niż po colta sięga tylko po butelkę whisky. Do owego osobliwego duetu dołącza również – w dość burzliwej atmosferze – nazbyt chętnie legitymujący się swą odznaką Strażnik Teksasu, LaBoeuf (Matt Damon), ścigający Chaney’a za inne zabójstwo. Rozpoczyna się pościg.
Osoby czytające literacki pierwowzór Portisa, wskazują na wierność adaptacji braci Coen. Zadziwiające jest jednak to, jak bardzo (pomimo kilku istotnych różnic) najnowsza produkcja reżyserskiego duetu wierna jest słynnemu, kinowemu oryginałowi Henry’ego Hathaway’a z 1969 r. Tam jednak, scenariusz podporządkowany został ikonie amerykańskiego westernu, Johnowi Wayne’owi. Po głośnym „Alamo” (1960), wiek i kłopoty ze zdrowiem zaczęły odciskać na aktorze swe piętno. Wayne robił się coraz bardziej zmęczony, ociężały i chory. Postać Roostera Cogburna stanowiła zatem swoiste, filmowe alter ego gwiazdora, podsumowanie jego budowanego przez lata statusu twórcy i człowieka: kontrowersyjnego, upartego, czasem despotycznego – jednak zawsze i wszędzie bezkompromisowo oddającego hołd uniwersalnym amerykańskim wartościom. Figura starego szeryfa wybijała się u Hathaway’a na plan pierwszy, marginalizując inne postaci. Pod tym względem, film Ethana i Joela jest bardziej zbalansowany. Duża w tym zasługa zastosowanych środków realizacyjnych, do których bracia zdążyli już widzów przyzwyczaić. Wprowadzenie homodiegetycznego narratora (opowieść snuje przed nami, już post factum, starsza o 25 lat Mattie), uczyniło historię bardziej zwartą, wzmacniając również rolę bohaterki i podkreślając osobiste jej spojrzenie na obcy i brutalny świat. W obrazie nie zabrakło również, tak typowej dla twórczości rodzeństwa, roli przypadku w konstrukcji przedstawianych zdarzeń. Mimo tego, że związana z nim siła absurdu nie raz daje o sobie znać (jak w doskonałej scenie z pewnym „stomatologiem”), z ekranu w żadnym wypadku nie wylewa się ironia, a jedynie szczera prostoduszność. „Prawdziwe męstwo” czerpie garściami z tradycji gatunku, realizując jego założenia w sposób bardziej widoczny, niż np. głośne „Bezprawie” (2003) Kevina Costnera (swoją drogą, film doskonały). Kluczem do sukcesu okazują się same postaci. Bracia Coen nie uciekają się w zbytnią psychologizację, niczym James Mangold w remake’u „3:10 do Yumy” (2007), w formułowaniu charakterów uciekają się raczej do archetypów. Wszelkie niejasności, dotyczące osobowości i kryminalnej przeszłości Roostera Cogburna, podane są jakby mimochodem, stanowią komiczne uzupełnienie awanturniczej podróży, zaś widz ani przez chwilę nie wątpi, że ma do czynienia z postacią szlachetną – dla której przeciwwagą jest odrażający, okaleczony przywódca bandytów – Lucky Ned Pepper (Barry Pepper w wyrazistej, choć dość nietypowej roli).
Bracia Coen obdarowali kinomanów wspaniałym prezentem. Dokonując fuzji elementów najlepszych westernów i autorskiego, mistrzowskiego rzemiosła (przywiązanie do scenograficznego detalu, długie ujęcia, zręczne operowanie kontrastami – poza tym cała operatorska robota Rogera Deakinsa, stałego współpracownika braci), stworzyli obraz Dzikiego Zachodu, który doskonale trafił do świadomości widzów: miejsca brudnego, brutalnego, rządzonego przez porządek Natury, z przypisanymi mu ludźmi, szczerymi i bezpretensjonalnymi, prostackimi i dzikimi, jednak pełnymi również osobistego uroku i godności. Ten rodzaj wyobrażenia, który już w „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2007), był kultywowany przez twórców jako pamięć o dawnych, lepszych czasach, świetnie oddaje gorzkawy epilog, który nie zmienia w żaden sposób wymowy opowieści, ale niczym w „Człowieku Zachodu” (1958) Anthony’ego Manna czy „Rewolwerowcu” (1976) Dona Siegela, wplata do niej nostalgiczną nutę, rodzaj tęsknoty za minioną przeszłością.
„Prawdziwe męstwo” to nie tylko doskonały warsztat i inteligentna realizacja. To chyba pierwszy film braci Coen, który nie tylko doceniłem, ale obejrzałem z prawdziwą przyjemnością. Paradoksalnie, dopiero teraz rozumiem słowa Roberta J. Flaherty’ego, który źródła niesłabnącego fenomenu westernów upatrywał w mistycznym galopie konia, pędzącego przez otwartą równinę.
"Prawdziwe męstwo" (True Grit), reż. Ethan Coen, Joel Coen (USA 2010), dystr. UIP
Tagi: Ethan Coen Joel Coen Jeff Bridges Hailee Steinfeld Matt Damon Barry Pepper Roger Deakins western Mateusz Skomorowski