Na ringu pręży się zawodnik wagi ciężkiej w ostatecznej walce z najostrzejszym przeciwnikiem, Życiem. To ono zadaje mu cios… szybki i skuteczny. Debiutujący sędzia pojedynku, Marcin Wrona, podejmuje wyzwanie sportretowania boksera, któremu przerośnięta masa mięśniowa nie przeszkadza w poszukiwaniu meritum egzystencji. Jakim wynikiem kończy się ta ostateczna rozgrywka? Wejdźmy na trybuny, „Mojej krwi”.

Obraz zaczyna się przewrotnie – Wietnamka w sukni ślubnej śpiewa tkliwą piosenkę, ukradkiem pochlipując. Następuje nagły zwrot o 180 stopni. Brutalne uderzenia, zakrwawione, zmasakrowane twarze stanowią codzienność Igora (aktor totalny, Eryk Lubos). Oś narracyjna układa się w bokserski ring, wydarzenia nacierają niczym zamaszyste ciosy. Nieprzewidywalność wypadków odzwierciedla psychikę wojownika, działającego „na skróty”, bez półśrodków. Posunięcia zapaśnika odbiegają od schematów, które znamy z monotonnych dobowych rytmów. Zanim gruboskórny typ w pełni uświadomi sobie „nieodwołalność” lekarskiej diagnozy, oddaje się nieokrzesanej rozrywce. Odwiedza kluby go-go, miesza narkotyki i alkohol, przyprawia używki nieujarzmionym seksem. Neony nocnej rozpusty świecą jednak coraz mętniej, aż w końcu gasną. „Trzeba żyć” – dopinguje go trener, nomen omen, nieprzypadkowo w postać tę wciela się Marek Piotrowski, legendarny zawodowy mistrz świata w boksie, który karierę przerwał ze względów zdrowotnych.
Elementy, które na pozór wydają się być doklejone z innej bajki to „wyrafinowane gadżety”, mianowicie, gniewny pięściarz wozi się sportowym, stylowym autkiem, a jego przestrzenne mieszkanie do obskurnych nie należy. Rasowy drań, dla którego wartości mają wymiar materialny, a najbliższy przyjaciel to worek treningowy, doznaje swoistego „olśnienia” w obliczu kresu żywota. Druga część filmu ogniskuje się wokół powolnej i mglistej przemiany Igora. W tym grubiańskim typie budzi się coś na kształt refleksji. Medale i blizny na facjatach zmasakrowanych przeciwników to jedyna spuścizna dla przyszłych pokoleń. Dlatego mężczyzna postanawia zostawić znacznie trwalszy ślad. Bezceremonialnie oferuje małżeństwo i obywatelstwo Wietnamce, Yen Ha (po raz pierwszy na ekranie, Luu De Ly). Usługa za usługę – chce, żeby dziewczyna urodziła jego dziecko. Desperacja i szansa na „normalną” pracę pchają Yen Ha do drzwi boksera. Sceny płodzenia „potomka” budzą skojarzenia z gwałtem, jednak azjatycka młódka godzi się na upodlenie.
Istotna część obrazu skupia się na minimalnym oswojeniu widza z jaśniejszą stroną pięściarza. Z lekkim niedowierzaniem towarzyszymy Igorowi, kiedy zabiera dziewczynę na lody, czy do centrum rozrywki. Innym razem wybierają się wspólnie po ubranka dziecięce.
W końcu bokser gromadzi niemal całą nieodzowną wyprawkę dla niemowlęcia, Wietnamka rozpracowuje motywy działania protagonisty. W międzyczasie, Igor bawi się w misjonarza, stara się pomóc przyjacielowi, radzi mu: „Weź się w garść”. Zważywszy na przeszłe porachunki, Olo (równie ciemny typ, Wojciech Zieliński) nie poddaje się manipulacjom. Kilka lat wcześniej , nasz zły bohater przywłaszczył sobie narzeczoną Ola, Monię, nieopatrznie ją zapłodnił, a następnie kazał usunąć ciążę. Czyżby demony przeszłości dręczyły skażone sumienie ciemnego typa… W jasnych barwach natomiast, odbywa się „anielskie” wesele, na którym lśni biała limuzyna, jak i panowie w śnieżnych garniturach. Niech Cię, Drogi Widzu, nie zwiodą te iluzoryczne schematy. Na ringu akcja zmienia się błyskawicznie, jak w kalejdoskopie, „Moja krew” nieustannie uwierzytelnia tę dewizę.
Film Marcina Wrony wymyka się sztywnym interpretacjom, tym bardziej, przyciasnym gatunkom. Nie drażni zawrotne tempo akcji, ani dosadny męski jad. Reżyser nie dokleja wyszukanych manier do „lepszej wersji” Igora. Agresja bezustannie pulsuje w jego trzewiach, co przekłada się na wizerunek zewnętrzny, język, sposób bycia. Kolejny twórca udowadnia, że obrazy wzbogacają odbiorcę nie tylko wizualną warstwą, ale przede wszystkim, tematyczną bezkompromisowością.
Tagi: kino polskie Marcin Wrona Eryk Lubos Marek Piotrowski Ewelina Burda
Mich07-02-2010, 09:49
Nice.