Po ponad 50 latach od premiery na ekranach polskich kin, w ramch cyklu Kino RP, ponownie pojawił się „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza. Cyfrowo odnowione kopie trafiły do multipleksów, gdzie film twórcy „Faraona” możestoczyć walkę o względy kolejnego pokolenia widzów. Na szczęście, oprócz ostrego jak brzytwa obrazu, „Pociąg” nadal ma do zaoferowania te same walory co przed laty. Upływający czas, z filmem Kawalerowicza, obszedł się bowiem nader łaskawie.

Pasażerowie pociągu relacji Warszawa – Hel to prawdziwy wachlarz ludzkich osobowości. W jednym wagonie spotkali się zmierzający na pielgrzymkę księża, adwokat podróżujący z żoną trzpiotką, czy cierpiący na bezsenność były więzień obozu w Oberwaldzie. Są też udający się na wakacje młodzieńcy, sympatyczna i życzliwa konduktorka, wreszcie – dwójka głównych bohaterów. On, Jerzy (Leon Niemczyk), skryty i małomówny, pragnący jedynie spokoju i chwili samotności. Ona, Marta (Lucyna Winnicka), blondwłosa piękność, która bilet kupiła od mężczyzny przypadkowo spotkanego na kolejowym dworcu. Przypadek sprawia, że oboje, wbrew swojej woli, trafiają do jednego przedziału, będąc zmuszonymi do tolerowania swojej obecności przez całą, długą podróż.
Obustronna niechęć znika jednak wraz z upływem czasu. Zaczynają się pierwsze rozmowy, od wymiany półsłówek, do stopniowego odkrywania prawdy o sobie. Proces wzajemnego poznawania się jest jednak długi i burzliwy. Za nią, jak cień podąża były kochanek (Zbyszek Cybulski), wciąż żebrzący o jej miłość. On, trapiony problemami o których nie chce rozmawiać, omyłkowo wzięty zostaje za mordercę. Wpleciony w fabułę wątek kryminalny, choć wprowadza rozprężenie do tego festiwalu min i gestów, jakim jest „Pociąg”, to jest katalizatorem kluczowego dla filmu momentu – uświadomienia sobie Marty, że zależy jej na dopiero co poznanym mężczyźnie.
Mikrokosmos osobowości jaki tworzą pasażerowie pociągu staje się tłem dla przesłania o walce ludzi z własną samotnością. Ciągłe pragnienie kontaktu, zainteresowania drugiej osoby, wyraża się w „Pociągu” chociażby poprzez wymianę poglądów między współpasażerami. Kluczowa dla takiego rozumienia poszczególnych scen jest grana przez Teresę Szmigielówną, żona adwokata, pragnąca ciągłego zainteresowania i starająca się zarzucić sidła na Jerzego. Kawalerowicz banalnym zdarzeniom nadał wymiaru uniwersalnego i właśnie w tym tkwi siła filmu, a także i recepta na jego ciągłą aktualność.
Umieszczenie akcji w pociągu jest jedynie punktem wyjścia dla refleksji nad ludzką naturą, którą, co Kawalerowicz udowadnia, rządzi przypadek. Staje się „Pociąg” kameralnym studium psychologicznym, gdzie portretowani bohaterowie nieustannie dźwigają świadomość braku „czegoś”. Symptomatyczne jest tu zdanie wypowiedziane przez Jerzego, o śmieszności zawodu meteorologa – niczego przecież nie można przewidzieć, do którego sprowadza się jedno z przesłań filmu. Wejście do pociągu i rozpoczęcie podróży w nieznane. Nowe znajomości, niekiedy i nadzieje na coś więcej. W końcu stacja docelowa, gdzie znów bohaterowie nie wiedzą co ich czeka. Jednych słoneczne wakacje, na innych dawno nie widziana żona, może miłość, a może rozczarowanie z nią związane.
Choć „Pociąg” momentami zbacza z trasy, szczególnie w momencie gdy na pierwszy plan wysuwa się wątek kryminalny, to i tak do dziś pozostaje niedoścignionym wzorem i arcydziełem polskiej kinematografii. Wreszcie polski widz ma szansę zobaczyć film w komfortowych warunkach, nie zwracając uwagi na techniczne niedostatki, dając się za to pochłonąć tej historii pewnej znajomości. I gdy już pociąg zbliża się do końca podróży, zatrzymując się na stacji docelowej, to aż żal z niego wysiadać. Na szczęście – mamy możliwość powrotu.
Pociąg, reż. Jerzy Kawalerowicz, 1959
Tagi: Kino RP Pociąg Jerzy Kawalerowicz Zbyszek Cybulski kino polskie Leon Niemczyk