W ramach projekcji pozakonkursowych na tegorocznym XII Festiwalu KAN od środy codziennie można było zapoznać się z produkcjami z wysp Kanaryjskich, a w sobotę znaczną publiczność przyciągnął pokaz kina hiszpańskiego, które jak co roku jest silnie reprezentowane na wrocławskim festiwalu.

Sekcja poświęcona filmom z Półwyspu Iberyjskiego zbierała najciekawsze produkcje, które nie zakwalifikowały się do konkursu finałowego. W ciągu dwugodzinnej projekcji można było zobaczyć aż 10 filmów krótkometrażowych: od paradokumentu, przez animację do horroru.
Pokaz rozpoczął się Tuttu-Frutti Ice-Cream w reżyserii Katalończyka Miquela Marii Freixas. Obraz stylizowany na dziennikarski dokument-wywiad miał pokazać przygotowania do referendum, w którym to naród kataloński miał odpowiedzieć „tak” lub „nie” dla pozostania w granicach Królestwa Hiszpanii. Przewrotny sposób wyboru ankietowanych, spośród głównie imigrantów bądź ludzi młodych, monochromatyczne ujęcia, na których w kolorze pozostają jedynie barwy flag katalońskich i hiszpańskich, i ostatecznie oczekiwany dzień, zbyt deszczowy i ponury by ludzie ruszyli oddać swe głosy, stał się interpretacją reżyserską wydarzeń, paradokumentem.
The inert city Javiera Villamor Villarino to jedna noc z życia hiszpańskiej pary włóczęgów i polskiego emigranta. Film udowodnił, że mimo bariery językowej porozumienie międzykulturowe jest możliwe, szczególnie jeśli ląduje się na nieprzyjaznym bruku. Anorexia, choć tytułem miała utrzymać się w poważnej tonacji potraktowała problem z przymrużeniem oka. Króciutka etiuda, w której tytułowa Anorexia to przyczajony za twoimi plecami demon rodem z kiczowatych horrorów, wzbudziła raczej śmiech widowni niż przerażenie. W konwencji modnego obecnie tzw. hiszpańskiego kina grozy utrzymany był film Luisa Caballero Dentro del bosque (W lesie). Akcja filmu rozgrywała się w złowrogim lesie, który połykał zbliżających się do niego ludzi. Później przedstawiał już tylko gonitwę za kolejną ofiarę, księżyc w pełni i fragment ciała potwora.
Na tle pozostałych produkcji wyróżniały się trzy. Piękna animacja Daisy Cutter, która tytuł zaczerpnęła od nazwy bomby zrzucanej w Wietnamie. Centralną częścią siedmiominutowego filmu jest scena bombardowania i śmierć młodej dziewczyny- jakże barokowa z mnóstwem kwiatów, świateł i unoszącymi się do nieba duszami. Przykuwał uwagę również Estocolmo (Sztokholm) Juana Francisco Viruegi. Przede wszystkim na sali dało się słyszeć pytanie- skąd tytuł? Na pewno było to inne kino, w chłodnej tonacji i pełne fortepianowej muzyki. Pokazywało skomplikowaną sytuację rodzinną, w której muzyczny Mistrz-Ojciec wykorzystuje seksualnie swoją córką, a gdy pozwala jej odejść od siebie znalazłszy sobie nową uczennicę, pozostaje pustka i bezradność w okazywaniu uczuć innym. Smutny i skandynawski klimat. Dużą niespodzianką był film Beatriz Sanchis Mi otra mitad (Moja druga połówka). Opowiadał o parze namagnetyzowanych przeciwstawnie nastolatków, którzy poddani próbie eksperymentów i następnie cudownie uleczeni przez szaloną panią doktor, zakochują się w sobie i robią wszystko by być razem, nie zdając sobie sprawy, że skutkiem ubocznym leczenia jest efekt „odpychania”. Oryginalny, zabawny scenariusz i klimat jakby rodem z słynnej Amelii, z pewnością przypadł do gustu większej części publiczności.
W prawdzie cykl poświęcony kinu kanaryjskiemu- Las Palmas 2016: Canarian Cinema Review nie przyciągnął tłumów, ale warto zwrócić uwagę na kilka tytułów. Chodzi przede wszystkim o filmy Roberto Péreza Toledo: Vuelco i Nuestro propio cielo. To prawdziwie europejskie kino- wolne, subtelne, tematycznie bliskie człowiekowi i jego codzienności. Należy jeszcze powiedzieć o Dime que yo Mateo Gila, znanego z reżyserii tak znanych filmów jak Otwórz oczy, Vanilla Sky czy W stronę morza. Była to kilkunastominutowa gra między przypadkowymi bohaterami (stają się oni nimi nieoczekiwanie). Na oczach widza toczył się słowno-emocjonalny, miłosny spór, klasycznie zakończony happy-endem. Jakie to hiszpańskie! Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi projekcja Ante tus ojos (Przed twoimi oczami) Aarona J. Melián. To kameralna opowieść o parze młodych ludzi, którzy zastanawiają się czy to prawda, że kiedy ktoś umiera, przed oczami stają mu najlepsze momenty jego życia. Cały film konstruowany jest niejako przez samych bohaterów, którzy przywołując wspomnienia, wybierają te, które chcieliby zobaczyć.
Wśród prezentowanych produkcji każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nie było nudy, bo zarówno tematyka jak i gatunki były różnorodne, a niektóre filmy prowokowały w nas śmiech, ale i zostawiały miejsce na refleksje. Był to cykl interesującego kina, obrazy mało znanych, choć obiecujących reżyserów.
Tagi: festiwal KAN kino hiszpańskie kino kanaryjskie Mateo Gil