Po rankingu tegorocznych wideoklipów czas na właściwą część muzycznego podsumowania roku, czyli subiektywną listę najlepszych albumów wydanych w roku 2011, stworzoną przez członków działu muzyka G-punktu, czyli Martę Cwujdzińską, Jakuba Kasperkiewicza, Pawła Klimczaka, Jacka Ociepę i Kubę Żary.

Marta Cwujdzińska
Album polski: Julia Marcell "June" (Mystic)

Kiedy pierwszy raz pisałam o Julii Marcell byłam jej świeżo upieczoną fanką i zachwycałam się wydaną przez nią płytą. Od tamtego momentu minęły ponad 2 miesiące, a ja nie sięgnęłam więcej po to wydawnictwo. I pewnie nie jest to dobrą recenzją albumu, ale w przypadku "June" to wyłącznie brak czasu i natłok wielu różnych zajęć sprawiły, że na chwilę zapomniałam o krążku. Teraz, gdy przyszło mi uczestniczyć w muzycznym podsumowaniu roku, mogę śmiało przetrzeć z kurzu okładkę i przyznać, że jest on jedną z najbardziej przełomowych i wybijających się polskich płyt 2011 roku. Co jest tego powodem? Mogłabym pisać o dźwięku skrzypiec, udramatyzowanej linii melodycznej, hipnotycznym wokalu, transowych pasażach, gwałtownych kontrastach, melodii "Since", "Gamelan", "I Wanna Get On Fire", "Crows" czy mojej ulubionej "Echo", ale to wciąż za mało by oddać emocje, jakie budzi we mnie ten krążek. W muzyce panny Marcell jest coś porywającego, odważnego i fascynującego, co (powołując się na "The Guardian") zalicza artystkę do grona "ludzi jutra". Dlatego powtórzę się i napiszę raz jeszcze, że "tak jak >>jutro nie umiera nigdy<<, tak samo trwa moje uwielbienie dla tej płyty".
Album zagraniczny: Washed Out "Within and Without" (Sub Pop)

Niestety z biegiem czasu moje uwielbienie dla tej płyty znacznie osłabło. A jeśli mam być zupełnie szczera, to początkowa euforia przekształciła się w totalne znudzenie. Być może jest to klasyczna przypadłość wydawnictw z gatunku shoegaze, lo-fi, dreampop, skoro podczas słuchania tego rodzaju muzyki zawsze towarzyszy mi popadanie w skrajne stany emocjonalne. A może jest to domeną samego stylu chillwave, w który album się wpisuje i który wprowadza w świat dźwięków sennych, lekkich, wyluzowanych i nieco "drętwych". Albo zwyczajnie ten krążek już mi się osłuchał. Natomiast warto wymienić "Within and Without" w podsumowaniu muzycznym 2011 roku z kilku powodów. Po pierwsze, to debiutancki (po paru epkach) album 28-letniego artysty. Po drugie, w momencie gdy rynek muzyczny zalewa muzyka na modłę Toro Y moi, Panda Bear, Neon Indian, Youth Lagoon, sam fakt wynurzenia się spod tej fali stanowi powód do dumy, tudzież redakcyjnej wzmianki. Po trzecie, mimo że muzyczne dokonania Ernesta wpisują się w chilloutowe, melancholijne klimaty, nie można zarzucić płycie, że jest depresyjna. Przytłumiony, ospały głos i delikatna linia melodyczna pogrążają bardziej w błogostanie aniżeli w chorobliwej apatii. Po czwarte, na płycie znajduje się utwór "You And I", który powstał przy udziale Caroline Polachek i który moim zdaniem jest jednym z piękniejszych kawałków, jakie kiedykolwiek powstały.
Jakub Kasperkiewicz
Album polski: Jacaszek "Glimmer" (Ghostly International)

Jako dyżurny g-punktowy szumiarz będę prowadził wątek ambientowy zarówno w kategorii polskiej jak i zagranicznej, ale rzecz jasna nie bez powodu - Jacaszek nagrał bowiem w tym roku piękny album. Mogę wręcz napisać, że prześliczny i w swoim pięknie wzruszający. Na samym początku usłyszałem umieszczony w Internecie za darmo "Dare-glare" i od razu się zakochałem, być może dlatego, że pod względem dynamiki bardzo mi przypomina niesamowity "Gravity Assist" Biosphere. Jacaszek jednak obudowuje to wszystko organicznymi brzmieniami akustycznych instrumentów, takich jak klarnet czy klawesyn (albo coś, co bardzo go przypomina). Jako tło niezawodnie służy elektroniczne szeleszczenie i szumy a'la Fennesz, prawdopodobnie uzyskane za pomocą syntezy granularnej. W harmoniach żywych instrumentów da się wyczuć coś na kształt polskiego czy też słowiańskiego ducha - tak samo jak w wypadku "Trenów". Jednak na nich emocjonalną dominantą był smutek, na "Glimmer" można natomiast odnaleźć duży ładunek romantyzmu (łącznie z jego gotyckim aspektem).
Album zagraniczny: Deaf Center "Owl Splinters" (Type)

Mógłbym tu napisać o nowym Oneohtrix Point Never, ale ile można. "Replica" i "Owl Splinters" zajęły w moim osobistym rankingu ex aequo pierwsze miejsce. Duet Deaf Center wydał swój nowy album w styczniu i od tamtej pory - bo usłyszałem go tuż po premierze - robi na mnie z odsłuchu na odsłuch tak naprawdę coraz większe wrażenie. Panowie kupili mnie przede wszystkim wiolonczelą. Smyczki są wykorzystywane w ambiencie w bardzo różny sposób - mogą odgrywać rolę "upiększacza" tudzież "wzruszacza", co w tym roku sprawnie zrobili A Winged Victory For The Sullen, ale potrafią też przywołać ciężki mrok rodem z rozległych, pokrytych zamarzniętą karłowatą roślinnością tundr. Te szorstkie, ciągnące się drony przyozdobione melancholijnym pianinem za każdym razem wywołują zastępy ciarek na moich plecach. Nie lubię się bać, jestem wręcz strachliwy, ale puszczanie sobie głośno w pustym, ciemnym mieszkaniu "Owl Splinters" było jednym z moich przyjemniejszych (choć na wskroś geekowskich) doświadczeń w tym roku. Oczywiście Tim Hecker nagrał bardziej nowatorski i "odkrywczy" album, ale nie zdołał on wzbudzić we mnie aż takich emocji.
Paweł Klimczak
Album polski: kiRk "Msza Święta w Brąswałdzie" (Inner Gun)

Powiem szczerze, że mój pierwszy kontakt z tym albumem nie należał do najłatwiejszych. Pewnego rodzaju siermiężność, która zdaje się być klątwą polskich "zespołów elektronicznych" lekko odciska piętno na najnowszym wydawnictwie grupy kiRk. Tę siermiężność dodatkowo podkreślają sample z filmów i hip-hopowe skrecze, ale ostatecznie wszystko spina się w całkiem zgrabny koncept, gdzie tytułowa msza (zdecydowanie bardziej czarna niż święta) to spójne połączenie elektroniki i jazzujących fragmentów, w bardzo gęstej, eksperymentalnej atmosferze. kiRk nie boi się ciężarów inspirowanych mroczniejszą stroną dubstepu, zresztą tego typu zabiegi wyśmienicie służą generowaniu grozy, która dominuje od pierwszych do ostatnich taktów "Mszy". To chyba słowo-klucz do niemal hipnotycznego przyciągania, jakie powoduje ten album. Wraca się do niego nie tylko po to, żeby posłuchać rewelacyjnej gry na trąbce (brawa dla Olgierda Dokalskiego), ale żeby poczuć klimat tytułowego Brąswałdu. Nie przypominam sobie, żeby któryś z polskich zespołów w ostatnim czasie położył taki nacisk na wytworzenie przez swoją muzykę specyficznej atmosfery, której podporządkowuje się pracę wszystkich elementów (w tym kontekście nawet sample i skrecze tak nie rażą). "Msza Święta w Brąswałdzie” to jedyna msza, na której naprawdę opłaca się być. Amen.
Album zagraniczny: Gang Gang Dance "Eye Contact" (4AD)

"Eye Contact" musiało poradzić sobie z wielkością "Saint Dymphna" - poprzednie wydawnictwo Gang Gang Dance w końcu umieściło nowojorskich popaprańców na pozycji, w której powinni się znaleźć już na poziomie "God's Money" - guru indie-rockowej awangardy. Czy nowy album GGD zmienia coś w doskonałej formule fuzji nawiedzonych piosenek z kwaśnymi jamami? Wydaje mi się, że "Eye Contact" ciąży bardziej w stronę melodii, nawet jeśli wyradzają się one w eksperymentalnych bólach ("Glass Jar" - chyba jeden z moich ulubionych utworów GGD, "Chinese High" i wiele, wiele innych). Nie brakuje hitu na miarę "First Communion" - na nowym albumie taką funkcję pełni czerpiący garściami ze stylistyki UK funky "Mind Killa". To, co zawsze jest niesamowite w Gang Gang Dance to fakt, że zespół o tak eksperymentalnym zacięciu potrafi z wyjamowanych warstw stworzyć spójne i chwytliwe kompozycje. Do "Eye Contact" wracam często i chętnie, a "Glass Jar" to jeden z tych utworów, które magią swojej progresji przyciągają na setki, jeśli nie tysiące, odsłuchań.
Jacek Ociepa
Album polski: Fisz Emade "Zwierzę bez nogi" (Agora)

Już po pierwszym przesłuchaniu można stwierdzić, że najnowszy album braci Waglewskich to sentymentalny hołd oddany hip-hopowej klasyce lat dziewięćdziesiątych. Album został nagrany przy współpracy z DJem Epromem oraz z koncertowym składem braterskiego duetu - Tworzywem. "Zwierzę bez nogi" to muzyczna podróż do czasów, kiedy hip-hop nie kojarzył się jeszcze z tłumem "tancerek" otaczających MC i ich ziomków siedzących w sportowym samochodzie. Brzmienie przywodzi na myśl takich klasyków, jak Beastie Boys czy Run DMC, a głowa sama się kołysze zgodnie z rytmem dyktowanym przez mocny beat i surowe gitarowe riffy. Płyta została nagrana na tzw. setkę, co dodatkowo podkreśla jej garażowo-oldschoolowy charakter. Każdy z muzyków pracujących przy albumie wniósł do niego coś od siebie. Teksty Fisza, mistrzowskie skrecze DJa Eproma, gitary Tworzywa oraz Emade w roli producenta stanowią o wyjątkowości płyty. "‘Jesteście gotowi? Mikrofon w dłoni. Pochylcie się jak zwierzę bez nogi. Bo ten co tu stoi, to mistrz starej szkoły."
Album zagraniczny: Metronomy "The English Riviera" (Because Music)

Angielska riwiera nigdy nie wydawała mi się miejscem szczególnie wartym odwiedzenia. Trzeci z kolei album angielskiej formacji zatytułowany "The English Riviera" właśnie, zmienił trochę moje podejście do deszczowego z założenia wybrzeża Anglii. Płyta rozpoczyna się niespełna minutowym intrem, na którym możemy usłyszeć nastrojowy skrzekot mew. Utwory idealnie wpasowują się w klimat letniego lenistwa na plaży w oczekiwaniu na kolejną imprezę w nadmorskim barze. Piosenki są ciepłe, melodyjne i popowe, jedynie falset wokalisty Josepha Mounta może czasem irytować. O ile poprzednia płyta była utrzymana w podobnym klimacie (mówi się nawet, że najnowszy album to kontynuacja "Nights Out" z 2008 roku) , na najnowszej produkcji słychać znaczny muzyczny postęp, który jest jeszcze większy w stosunku do ich debiutanckiego albumu, który szczerze mówiąc szału nigdy nie zrobił. Stada nadmorskich ptaków, sentymentalne partie smyczków oraz wokale perkusistki Anny Prior czynią z "The English Riviera" album godny polecenia nie tylko na czas letnio-plażowej zamułki.
Kuba Żary
Album polski: Łona i Webber "Cztery i pół" (Dobrzewiesz)

Mogło być niedobrze. "Cztery i pół" było płytą ekstremalnie oczekiwaną - od ostatniego longplaya Łony i Webbera minęły aż cztery lata, a wydanej rok po "Absurdzie i nonsensie" epce "Insert" udało się niemożliwe: jednocześnie rozbudziła apetyty i wzbudziła lekki niepokój. Gdyby nowy album był słaby, nawet tylko momentami nieudany, zawód byłby ogromny. Jednak już od pierwszych minut z "Cztery i pół" jasne jest, że oto Łona i Webber powrócili w najwyższej formie. Flow pierwszego brzmi świeżo i dynamicznie, drugi perfekcyjnie splata ze sobą sample i akustyczne ścieżki. Dekada na scenie nie tylko nie zaszkodziła szczecińskiemu duetowi, przeciwnie - muzycznie i tekstowo "Cztery i pół" trafia w punkt. Co do tego, czy najnowszy album to najbardziej udane dzieło w karierze Łony i Webbera, nie jestem jeszcze pewien, bez cienia wątpliwości jest to jednak najlepszy polski rap roku 2011.
Album zagraniczny: Gotye "Making Mirrors" (V2 Records)

To nie jest najbardziej odkrywcza płyta roku ani też najodważniejsza. Nie eksperymentuje, nie przesuwa granic znaczeniowych pojęcia "muzyka". Mimo to w zestawieniu płyt roku 2011 zabraknąć jej nie mogło. Głównie dlatego, że to pełne kompozycyjnych perełek, znakomicie wyprodukowane wydawnictwo. Pominięcie tej akurat płyty byłoby jednak również po prostu przekłamaniem. To właśnie z "Making Mirrors" pochodzi jeden z mocnych kandydatów do tytułu singla roku, "Somebody That I Used To Know". Depresyjny hymn złamanych serc, dość niespodziewanie podbił fale radiowe i facebookowe profile, a Gotye w końcu został zauważony i zdobył popularność, która należała mu się co najmniej od świetnego "Heart’s a Mess" z 2007 roku. "Making Mirrors" to ze wszech miar płyta popowa - niezmiernie melodyjna, przychylająca się niejako do tezy, że muzyka popularna to nie odrębny gatunek, a eklektyczna mieszanka czerpiąca z różnych, często bardzo odległych od siebie muzycznych nurtów, od dubu po funk. I o taki właśnie pop - w którym można się zakochać nie dopisując kolejnej pozycji do listy guilty pleasures - chyba zawsze nam chodziło.
Tagi: Marta Cwujdzińska Jakub Kasperkiewicz Paweł Klimczak Jacek Ociepa Kuba Żary szczyty kultury podsumowanie ranking 2011