Węgierski prozaik György Spiró nie boi się polskich mitów i bez mrugnięcia okiem strąca z cokołu wieszczów narodowych. W miejsce martyrologii serwuje czytelnikowi smutną prawdę o najbardziej niechlubnym epizodzie z życia Mickiewicza, Słowackiego i Wielkiej Emigracji. W „Mesjaszach” z pieczołowitością historyka zamyka dzieje koła towiańczyków. Fakty zamienia w fabułę, której szczypta plotkarstwa dodaje odpowiednio ostrego smaczku.

Na szczęście György Spiró niczego nie stara się przejaskrawić. Oddaje sprawiedliwość swoim bohaterom zawsze, ilekroć sami na to zasłużą. Widać wyraźnie, że pisarz odnalazł cudowną drogę środka, unikając zarówno napuszonego tonu, jaki charakterystyczny jest dla polskiej literatury mickiewiczowskiej, jak i nadmiernej dawki sensacji. Autora „Mesjaszy” interesują towiańczycy jako ludzie z krwi i kości, którzy dali się uwieść czarowi tajemniczego Litwina. Na ich poczynania stara się patrzeć przez pryzmat epoki, nie stroni jednak od oceny ich postępowania. Pragnie dowiedzieć się, co polską emigrację skłoniło do ślepego posłuszeństwa Towiańskiemu. Aby tego dokonać, musi nakreślić wyraźne portrety psychologiczne swoich bohaterów.
Udaje mu się to dzięki ogromnej pracy z materiałem źródłowym, która poprzedziła napisanie książki. Autor przez lata gromadził informacje na temat sekty towiańczyków, które w formie fabularnej po raz pierwszy opublikował w książce „Przybysz”. Miało to miejsce w roku 1990. Właśnie wtedy György Spiró natrafił na nowe, cenne materiały, które rzuciły jaśniejsze światło na życie członków Koła Sprawy Bożej. Ale książka była już napisana. Pisarz miał dwa wyjścia. Mógł w skrytości ducha rozpaczać nad niepełnym obrazem towiańczyków odmalowanym w „Przybyszu” lub opisać ich historię po raz drugi. Autorowi należy pogratulować odwagi i samozaparcia, bo wybrał ową drugą ewentualność. „Mesjasze” to właśnie „Przybysz” napisany na nowo piórem dojrzalszym i stylem bardziej klarownym, a przede wszystkim zawierający te informacje, których brakowało jego poprzedniej wersji.
György Spiró wykonał interesujący zabieg literacki i głównym bohaterem swojej książki uczynił nie którąś z największych sław należących do koła, ale jego zdawałoby się najmniej liczącego się członka. Jest nim Gerszon Ram – litewski Żyd, który przybył do Francji w ślad za Towiańskim. Co ciekawe, pojawia się on dopiero w okolicach sto pięćdziesiątej strony powieści. Wówczas autor z charakterystyczną dla siebie ironią śmieje się czytelnikowi prosto w twarz. Kto nie dotarł w lekturze do tego miejsca, niech ma do siebie pretensję, że o tym nie wie. – pisze z radością Spiró, dodając, że nieczęsto się zdarza, by wstęp stanowił jedną szóstą fabuły, podobnie jak nieczęsto główny bohater znika w ostatniej jednej trzeciej, by pojawić się dopiero na końcu książki.
Pisarz mógł sobie pozwolić na taką przedziwną literacką strategię głównie dlatego, że pola do manewru dostarczała mu blisko ośmiuset stronicowa rozpiętość książki. Dzięki temu György Spiró miał możliwość kilkakrotnego zbaczania z głównej linii fabularnej, jaką stanowiły dzieje Gerszona Rama, po to by pokazać koło towiańczyków z perspektywy jego pozostałych członków. Z fantazją wręcz ułańską autor próbuje wczuć się w sytuację zarówno żony Mickiewicza, jak i jego kochanki. Nie zapomina także o samym wieszczu, wciela się w Towiańskiego i Słowackiego. Wielowymiarowego obrazu postaci dopełniają cytowane fragmenty listów i dokumentów sporządzanych przez członków koła.
Jeśli ktoś sądzi, że to koniec warsztatowych eksperymentów węgierskiego pisarza, to bardzo się myli, bowiem narracji „Mesjaszy” również daleko do powszedniości. W ciąg wydarzeń Spiró gładko wplata nie tylko myśli swoich bohaterów, ale także własne odautorskie komentarze. I wbrew pozorom nie wychodzi z tego literacki bełkot, ale wywód całkiem sensowny, który w połączeniu z niebanalnym kształtowaniem fabuły tworzy kawałek solidnej literatury.
György Spiró, Mesjasze, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.
Tagi: György Spiró Mesjasze wydawnictwo W.A.B. recenzja powieść Adam Mickiewicz Paulina Dreslerska