G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Tak, Ameryka to głupi kraj

Autor: Katarzyna Łazarska, dodano: 20-11-2010, 14:20

Utrwalanie się stereotypów jest zjawiskiem, którego nie można uznać za pozytywne. Nasi rodzice i wychowawcy od zawsze próbują wpoić nam, że książki nie należy oceniać po okładce, a człowieka po kolorze skóry, czy też narodowości. Mimo to ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani informacjami, że Polacy piją, Szkoci są skąpi, Niemcy uporządkowani, Włosi głośni, a Amerykanie po prostu głupi. I jeśli jest jeszcze na świecie ktoś, kto nie jest przekonany co do prawdziwości tego ostatniego stwierdzenia, powinien natychmiast sięgnąć po „Zapiski z Wielkiego kraju” Billa Brysona, aby się o tym przekonać.

Zapiski z wielkiego kraju

Autorem książki jest Amerykanin, który po 20 letnim pobycie w Wielkiej Brytanii, przepełniony szczęściem powrócił do swojej ojczyzny. Zetknięcie z rzeczywistością, która w czasie jego nieobecności przeszła prawdziwą rewolucję kulturalną, społeczną i obyczajową, wyrwało go z sielankowej egzystencji, jaką napawał się mieszkając w Anglii. Od nowa musi poznawać system podatkowy, po raz kolejny przyglądać się działaniu sprzętów elektronicznych (jak niszczarka do odpadków w zlewie, czy niesamowicie odporny na jego polecenia domowy komputer), a przede wszystkim przyzwyczajać się do ludzi prowadzących zupełnie inny tryb życia.

„Zapiski z Wielkiego Kraju” są zbiorem przezabawnych felietonów opisujących amerykańską rzeczywistość okiem sfrustrowanego, ale za to niesamowicie inteligentnego człowieka. Bill Bryson w poszczególnych krótkich, acz niesłychanie celnych rozdziałach dowcipnie puentuje prawdy i zachowania, które stały się dla jego rodaków czymś oczywistym. Drobiazgowo opisuje codzienne życie w Stanach, sprawnym okiem wychwytując dziwactwa, które przez Amerykanów już dawno przestały być traktowane jako nienormalne. Kpi z nich nie obrażając jednak nikogo, ani niczego, podchodząc do każdej sytuacji z taką samą dawką ironii, z jaką pisze o samym sobie.

Autor doskonale zdaje sobie sprawę, że Stany Zjednoczone są na świecie postrzegane nie tylko jako potęga gospodarcza i kulturalna, ale także i przede wszystkim jako kraj ludzi mało inteligentnych, żeby nie powiedzieć nawet dość głupich. Felietonista często do tego stereotypu nawiązuje, nie starając mu się nawet w najmniejszym stopniu zaprzeczać. Wydaje się nawet podsycać ogień zasypując czytelników coraz to bardziej niewiarygodnymi anegdotami. Jednak gdy dokładnie przyjrzymy się sytuacjom i wydarzeniom, o których pisze Bryson, znajdziemy tam niemało rozwiązań, na które możemy się natknąć we współczesnej Polsce. No dobrze, możemy sobie wmawiać, że my, Polacy, nie jesteśmy aż tak mało inteligentni żeby trafiać na pogotowie z poważnymi ranami zadanymi przez własny sufit lub, co gorsza, slipki, ale za to i w naszym kraju znajdziemy przedziwne, niezrozumiałe święta, niewyjaśnione przepisy i zaskakujące okna pojawiające się na ekranach komputerów.

Bill Bryson zachwyca czytelnika niesamowitym poczuciem humoru i samokrytyką, której nie szczędzi zarówno sobie, jak i obywatelom swojej ojczyzny. Uwodzi czułością i wrażliwością, z jaka wypowiada się o swojej żonie i dzieciach, a także przekonuje inteligencją z jaką podchodzi do prezentowanych problemów.

Nie jest to książka, do której trzeba należy usiąść w wygodnym fotelu i herbatą w ręku tak, by móc rozkoszować się historią i stylem autora przez długie godziny. Nie jest to opowieść, od której nie można się oderwać. Żeby do niej wrócić nie trzeba pamiętać, co zdarzyło się w poprzednim rozdziale, ani jak nazywają się główni bohaterowie. Nie istotne, czy pochłonie się tę czterystustronicową książkę w dwa dni, będzie się rozkoszowało jednym felietonem dziennie, miesięcznie, czy nawet rocznie. Nie jest też ważne, czy zacznie się ją czytać od początku, końca, czy środka. Zawsze będzie śmieszyć i zastanawiać tak samo. Jest to książka zupełnie niezobowiązująca zarówno do myślenia, jak i do dalszego czytania. Moje doświadczenie z nią jednak podpowiada, że nawet bez przymusu i mimo braku czasu, po paru dniach się do niej wraca. Otwiera się na jeszcze nieczytanym rozdziale i z radością przewraca się kolejne strony z wielką chęcią poznania kolejnych absurdów jednej z największych potęg gospodarczych świata.

Mając w pamięci, że książki nie należy oceniać po okładce i tak dalej, dzięki „Zapiskom z Wielkiego Kraju” upewniłam się, że stereotypy czasem potwierdzają się także w pisanych źródłach. Jednak po pochłonięciu serii felietonów Billa Brysona, na głupotę Amerykanów nie zerkam już ze złością, czy też irytacją. Przejmując sposób widzenia autora, patrzę na zachowania jego rodaków z wyjątkową pobłażliwością, ironią, a nawet ze zrozumieniem. Bo przecież zawsze miło jest przeczytać, że gdzieś tam żyją ludzie dziwniejsi od nas.

Bill Bryson, Zapiski z wielkiego kraju, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010

Tagi: Bill Bryson Zapiski z wielkiego kraju Zysk i S-ka felietony recenzja Katarzyna Łazarska



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/miasto_inspiruje_i_przeszkadza/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator