Pop nie musi być zły. A ilu artystów popowych, tyle rodzajów muzyki popularnej.
Dziewiątego października kolejny raz przyjechał do Polski zespół z Manchesteru. I nie chodzi tu o 11 osobową drużynę piłkarską, lecz o dwóch muzyków, grających pod szyldem Hurts. To trzecia wizyta artystów w naszym kraju. Wcześniej – w ramach trasy koncertowej po Polsce – odwiedzili Kraków, Warszawę i Gdańsk, potem byli gwiazdą Open’er Festival, a teraz pojawili się w Poznaniu.

Orszak żałobny Suzi z Manchesteru
Za koncert odpowiadała agencja Go Ahead (m.in. współorganizator festiwalu w Jarocinie). Jeśli to ona wybrała na miejsce jedną z hal Międzynarodowych Targów Poznańskich, należą jej się wielkie brawa, bo przestrzeń oddawała industrialny, surowy klimat, w jakim zaaranżowano koncert. Na oprawę składały się czarno-białe wizualizacje, które przedstawiały okna typowe dla starych, pofabrycznych budynków i podobne do tych ze sklepienia hali. Wśród instrumentów zwracało na siebie uwagę pianino – przypominało wieko od trumny, na którym złożono białe róże. Jak zwykle muzycy ubrali się odświętnie i na czarno. Tradycyjnie też, na scenie pojawiły się tancerki. Na początku, dziewczyny niczym żałobnice w korowodzie pogrzebowym okryte były płachtami czarnego materiału, twarze przysłonięte miały kapturami, a w rękach trzymały czarne flagi. Gdy Theo i Adam weszli na scenę atmosfera stała się jeszcze bardziej pompatyczna. Głównie za sprawą wrogich, posępnych wyrazów twarzy, posągowych sylwetek i ciemnych, eleganckich strojów, które stanowią już znak rozpoznawczy ich występów (według niektórych muzycy z Hurts uosabiają moce piekielne!). Mroczny nastrój nie skończył się wraz z pierwszą piosenką, choć kondukt „Hurts Theatre” przybrał nieco inny kształt. Przy drugim utworze – Wonderful Life – opowiadającym historię niejakiej Suzi (często podczas wykonywania tej piosenki na scenie pojawia się trumna ze zdjęciem zmarłej dziewczyny lub sama fotografia) tancerki zrzuciły z siebie płachty zbędnego (już) materiału i tanecznym, ale bardzo mechanicznym krokiem wkroczyły na scenę w obcisłych, kusych, koronkowych strojach. Z kolei w połowie koncertu podczas instrumentalnego wykonania piosenki The Water, wykonały na scenie taniec w czarnych sukniach baletowych.
Pokolenie post-depeszowców?
Hurts oprócz tego, że występowali w USA, Rosji, Japonii, Australii, bardzo często goszczą w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Twierdzą, że tutejsi ludzie są bardziej otwarci na mroczną muzykę pop. Całkiem możliwe, bo Hurts jak na posiadaczy jednego tylko albumu, mają w Polsce wielu fanów, a ich płyta doczekała się u nas platyny. Co stoi za tak dużym sukcesem w krajach post-komunistycznych? Stylistyka zespołu, która wpisuje się w brzmienia lat 80, gdy wszystko z Zachodu (w tym i muzyka) wydawało się atrakcyjniejsze od tego, co napływało zza wschodniej granicy? Czy właśnie sentyment do tamtych czasów skłonił do przyjścia na koncert trzydziesto, a nawet czterdziestolatków, którzy de facto stanowili sporą część publiczności? A może to duma i pycha wpisana w naszą kulturę sprawia, że muzyka grupy dotyka wrażliwych w nas punktów? W końcu muzykę poważną uważa się za poruszającą i emocjonalną, a piosenki Hurts w przeważającej części to mroczne, momentami patetyczne utwory – chociażby utwór Illuminated, w którym wokalowi Theo akompaniuje głos śpiewaka operowego czy kompozycje, których linię melodyczną wzbogacono o instrumenty smyczkowe. Sceniczny image zespołu także czyni muzykę Hurts wzniosłą i ceremonialną. A może, po prostu, sukces zespołu tkwi w aktualnych muzyczno-modowych trendach? W pewnym zwrocie w kierunku muzyki popowej również tych artystów, którzy do tej pory uznawani byli za szeroką rozumianą alternatywę (najświeższy przykład: płyta Cool Kids of Death „Plan Ewakuacji”, która jest dużo bardziej przystępna, melodyjna i przebojowa niż wcześniejsze „garażowe” albumy).
Można by uznać, że tego typu zwrot dotyczy też Theo i Adama. Po pierwsze obaj artyści mają za sobą bardziej niszowy projekt – współtworzyli electro-punkowy zespół Daggers (wcześniej Bureau), ale nie zyskał on dużego rozgłosu. Po drugie, muzycy nie ukrywają, że chcą być zespołem popowym, który tworzyłby melodyjne i przystępne piosenki. I nie byłoby w tym nic problematycznego gdyby nie to, że słowo „pop” wypowiadane dzisiaj (zwłaszcza w pewnych kręgach) wciąż jeży włosy na niektórych głowach. Jak gdyby pop był równoznaczny z „tandetny, pospolity czy przeciętny”. A tak się składa, że muzykę popularną (jako gatunek, a nie jako cechę) tworzą też profesjonaliści (zdaje się, że muzyka niezależna jest nawet bardziej amatorska), też artyści i że również za tą muzyką kryją się: pewien pomysł, ideologia, odautorski przekaz. Co więcej wielu artystów wcześniej uznawanych za awangardowych bądź niszowych w efekcie odnosi komercyjny sukces. Czy stając się mainstreamowi ich muzyka traci na wartości? Z pewnością ubywa jej pewnej otoczki, która sprawia, że to co niszowe wydaje się inne, ciekawe, wyzwolone. Ale wokal, styl muzyczny, image często zostają podobne.
Jaka jest więc muzyka Hurts? Czy to prosty przekaz skoncentrowany na spełnianiu oczekiwań słuchacza i uprzyjemnianiu mu wolnego czasu oraz banalne teksty o miłości, czy głębszy komunikat, wzbogacony o treść odautorską? Lub inaczej, na ile pop w wykonaniu Hurts jest masowy, mainstreamowy, a na ile niszowy, alternatywny i bardziej wymagający w odbiorze? Można by powiedzieć: „pół na pół”.
Popkultura nie – jednolita
Stylistyka Hurts to jeden z tych pogranicznych gatunków muzycznych, które choć określane mianem pop, mają w sobie trochę kiczu, trochę banału i trochę z ekstrawaganckiej dziwaczności. Są popularne, ale niekoniecznie uniwersalne czy bliskie jakiemuś wzorcowi. Tak jak w przypadku IAMX, Florence + The Machine, a nawet Lady Gagi. Z jednej strony ich muzyka jest przystępna, łatwo wpadająca w ucho, z drugiej, towarzyszą jej dziwaczne wizerunki i specyficzna, kuriozalna oprawa wizualna klipów czy koncertów. Jednym spodoba się ekscentryczna postać Lady Gagi, ale nie będą mogli ścierpieć jej dość lekkich (chyba) i niezbyt złożonych piosenek. Innym przypadnie do gustu muzyka Chrisa Cornera, lecz nie jego przerysowany makijaż i ekstrawagancki, transseksualny ubiór.
Podobnie Hurts można wyłącznie słuchać, jeśli ich utwory wpisują się w nasze osobiste gusta lub jeśli tęsknimy za estetyką muzyczną lat 80, depeszowcami, dekadą w której brylowali Pet Shop Boys, Ultravox, New Order, OMD, a-ha, Falco, Alphaville, Visage albo można Hurts słuchać i jednocześnie rozpływać się w tworzonych przez Theo i Adama obrazach, w ich wizerunku, aranżacji występów i stylistyce wideoklipów. Równie dobrze można zachwycać się imagem zespołu, a niekoniecznie jego muzyką. Wreszcie, można określić zespół mianem tandetnego boysbandu, którego estetyka pozbawiona jest głębi, a teksty bazują na trywialnych historyjkach. Tylko czy nie jest to stereotypowe myślenie o popkulturze jako czymś sztucznym, elementarnym i homogenicznym? Bo pop nie musi być zły. A ilu artystów popowych, tyle rodzajów muzyki popularnej.
P.S. Ilu fanów muzyki, tyle też opinii.
Tagi: Marta Cwujdzińska Hurts koncert