G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Transakcja wiązana, czyli komercyjny związek książki z filmem

Autor: Ilona Rodzeń, dodano: 19-07-2011, 15:12

Co gwarantuje sukces książki? A) skandalizujący temat; B) film / serial / gra komputerowa na podstawie tejże książki; C) skandalizujący / tragiczny autor; D) szeroko pojęta „dobra prasa” i promocja. Poprawna odpowiedź: każda. A najlepiej wszystkie razem - tak przynajmniej wynika z obserwacji aktualnej sytuacji na rynku literatury. Bo wszystko, a szczególnie film, wydaje się lepiej promować książki, niż ich literacka wartość. Albo na odwrót: świetna książka ratuje słabą ekranizację. A jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Wydaje się, że już dawno temu do lamusa odeszły czasy, kiedy wielkie ekranizacje były uhonorowaniem wielkich książek – jak w przypadku „Ojca chrzestnego”. Wyreżyserowany w 1972 roku przez Francisa Forda Coppolę film zarobił 134 miliony dolarów – czyli ponad 22 razy więcej, niż wynosił jego budżet. Mario Puzo napisał później scenariusze do kolejnych dwóch części, których z góry przesądzony sukces przebił pierwszą część. Zarówno książka, jak i film, na stałe weszły do klasyki literatury i filmu, a tytułowy ojciec chrzestny do dziś funkcjonuje jako symbol w popkulturze. Sposobów na promocję literatury jest wiele, ale jej powiązania z kinematografią pozostają najsilniejsze. Można jednak odnieść wrażenie, że w XXI wieku książki ekranizuje się najczęściej dla gwarantowanego zysku: z jednej strony na dobrej książce można w ten sposób nieźle zarobić, albo można ją tak wypromować.

Nową erę wielkich filmowych adaptacji literatury rozpoczął niewątpliwie „Władca Pierścieni”. 17 Oscarów i niecałe 3 miliardy dolarów zarobionych przez wszystkie trzy części razem przerosły wszelkie oczekiwania. Trzeba jednak przyznać, że nakręcona z epickim rozmachem trylogia Petera Jacksona wzbudziła zainteresowanie literackim oryginałem, przez co miliony ludzi na całym świecie sięgnęły po owe tysiące stron przygód Froda i jego drużyny. Można tylko domniemywać, że podobny los czeka w najbliższej przyszłości „Hobbita”. Bądźmy szczerzy: gdyby nie film, „Władca Pierścieni” ze względu na swoją kompleksową i zawiłą fabułę oraz objętość pozostałby pozycją obowiązkową tylko dla prawdziwych miłośników gatunku. A dzięki filmowi stał się tzw. must-read dla mas. Co z tego, że niektórzy kompletnie nie rozumieją książki? Nie szkodzi, ważne, że można pochwalić się jej lekturą.

Trend rozpoczęty przez „Władcę Pierścieni” z powodzeniem kontynuuje, będąc zarazem przykładem dla innych, „Harry Potter”. Szaleństwo towarzyszące premierze ekranizacji drugiej części siódmego (a zarazem ostatniego) tomu przygód nie tak małego już czarodzieja wydaje się być takie samo, o ile nawet nie większe, niż to, które towarzyszyło wydaniu ostatniej książki. I choć akurat w tym przypadku książka niejako wymusiła film, to można się zastanowić: po co? Czy film jest potrzebny? Co, poza zarobionymi milionami i beznadziejnym – przynajmniej w pierwszych częściach - dubbingiem, daje nam nowego, czego byśmy wcześniej nie przeczytali? Dodatkowo sama Joanne Rowling nawet po deklaracji, że więcej książek o Harry’m nie napisze, umiejętnie podsyca potteromanię i utrzymuje zainteresowanie sagą, choćby poprzez stworzenie witryny Pottermore jako platformy do – no właśnie, czego? Nic nie nakręciłoby zainteresowania lepiej, niż tajemnica, którą po jakimś czasie rozwiała sama autorka. Teraz już wiemy, że w ramach Pottermore będzie można podzielić się swoimi doświadczeniami i pomysłami dotyczącymi książek o Harry’m.

Ciekawym ewenementem jest także bestsellerowa trylogia „Millenium” szwedzkiego dziennikarza i pisarza Stiega Larssona. Otóż pierwszą jej część, książkę „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, będziemy mogli zobaczyć na dużym ekranie nie w jednej, ale aż dwóch niezależnych ekranizacjach. Pierwsza z nich, wyprodukowana w 2009 roku we współpracy skandynawsko-niemieckiej, już najbliższej zimy doczeka się remake’u w reżyserii nie kogo innego, jak samego Davida Finchera z bondowskim Danielem Craigiem w roli głównej. I podobnie jak w przypadku Pottera, to książka napędza film, który nie wnosi do opowieści niczego poza komponentem rozrywkowym. Inna sprawa, że sława Larssona przyciągnęła uwagę do innych skandynawskich pisarzy tworzących kryminały, takich jak Camilla Läckberg czy Jo Nesbø, a także na powrót przypomniała światu o Henningu Mankellu.

Najczęściej ekranizowanym autorem wydaje się być Stephen King. Kto nie zna opartych na świetnych powieściach filmów: kultowego „Lśnienia”, trzymającego w napięciu „Miasteczka Salem”, przejmującego „Skazani na Shawshank” czy rewelacyjnej „Zielonej mili”? Ten ostatni film nominowany był do Oscara w czterech kategoriach, a zarobił łącznie ponad 136 milionów dolarów. W sumie książki i opowiadania Kinga sprzedały się do tej pory w ponad 350 milionach egzemplarzy (a liczba ta cały czas rośnie), a na ich podstawie powstało (szacunkowo) ponad 60 różnej długości filmów, w tym 34 kinowe, oraz 10 seriali telewizyjnych. Na tym na pewno nie koniec.

Hollywood schodzi na psy i stawia na ilość, a nie na jakość – twierdzi wielu ekspertów wieszczących koniec ambitnego kina. Zdaniem niektórych miejsce porządnego kina zajmować zaczynają świetnie przygotowane i wyprodukowane seriale. Przykłady można mnożyć. Jeszcze kilka miesięcy temu o istnieniu serii „Pieśń Lodu i Ognia”, której autor, George R. R. Martin, pierwszą część wydał już w 1996 roku, wiedzieli tylko miłośnicy literatury fantasy. Poszczególne tomy jeszcze na początku tego roku można było kupić w księgarniach taniej książki na mniej niż pół ceny. Dziś całe ich nakłady schodzą na pniu w najpopularniejszych sieciach księgarń i zajmują pierwsze miejsca wśród bestsellerów. Powód? Zrealizowany przez HBO na podstawie pierwszej części cyklu serial „Gra o tron”. Jego sukcesowi nie zagroził nawet fakt, że dla osób nie znających oryginału jest, delikatnie mówiąc, skomplikowany. Nie zmienia to jednak faktu, że sukces komercyjny serialu napędził maszynę sprzedaży książki do niewyobrażalnego stopnia i nie mam tu na myśli tylko Polski. W ten prosty sposób rzesza osób, które solidarnie będą czekały latami na kolejne części „Pieśni…” (piąty tom po sześciu latach oczekiwania właśnie ukazał się po angielsku) powiększyła się o miliony. Pozostaje im tylko oglądanie kolejnych serii telewizyjnego show – HBO zapowiada następną już na przyszłą wiosnę.

Pozostając w temacie seriali nie sposób nie wspomnieć o mnożących się jak grzyby po deszczu produkcjach – nazwijmy je – wampirycznych. I tak z pozostawiających wiele do życzenia literackich pierwowzorów powstały m.in. rewelacyjna „Czysta krew”, mdłe „Pamiętniki wampirów” oraz totalnie przereklamowany „Zmierzch” (który serialem, na całe szczęście, nie jest, ale zapoczątkował pewien trend). W przypadku tego pierwszego udało się z po prostu słabej książki zrobić świetny serial. I choć jest to rozrywka niższych lotów, to jeśli ludzie mają wybór między wyjątkowo popularnym w Polsce nieczytaniem, a czytaniem takich zaprawionych krwią harlequinów, to niech mimo wszystko czytają. Cokolwiek. A jeśli serial ich do tego zachęca – niech i tak będzie.

Podobnych sytuacji promocyjno-komercyjnych nie unika także nasz rodzimy rynek, na którym kultowego Geralta z Rivii zastępuje nie mniej już kultowy Witcher, stając się tym samym jednym z najbardziej kasowych polskich produktów eksportowych. Inna sprawa, że na ten zasłużony sukces tabuny grafików pracowały latami. Witcher jest też dużo bardziej udaną odsłoną Wiedźmina, którego filmowe i serialowe przygody wielu fanów Sapkowskiego do dziś wspomina z bólem serca. To pokazuje, że czasem film zawodzi, chociaż na podstawie sagi o Wiedźminie można by nakręcić świetny film. Zawalanie ważnych ekranizacji najpopularniejszych książek na szczęście chyba nie jest u nas normą, na co wskazują choćby „Pręgi” Magdaleny Piekorz – film równie dobry, jak jego pierwowzór, „Gnój” Wojciecha Kuczoka. Nie można też zapomnieć o naszym najnowszym zamiłowaniu do ekranizowania romansów, takich jak serial „Dom nad rozlewiskiem”, oparty na książce Małgorzaty Kalicińskiej, czy kinowy hit „Nigdy w życiu”, nakręcony na podstawie powieści naczelnej polskiej pisarki romansowej, Katarzyny Grocholi. Film ten w 2004 roku zajął 4. miejsce pod względem ilości widzów, którzy zobaczyli go w kinie, a było ich ponad 1,6 mln.

Czasami odnoszę wrażenie, że kiedy jakaś dobra lub kasowa (bo te dwie cechy nie zawsze idą w parze) książka ukazuje się na rynku, to tajemnicze niepisane prawo nakazuje stworzyć na jej podstawie film. I tak, jak mamy wiele świetnych i wiele słabych książek, tak samo film filmowi nierówny. Pół biedy, kiedy jest dobry – można z czystym sumieniem wydać pieniądze na bilet do kina i naprawdę dobrze się później bawić. Ale kiedy ktoś fatalną adaptacją marnuje potencjał dobrej książki, jest mi przykro. Niestety, zazwyczaj jest to podyktowane prawami rynku i taśmową produkcją filmów pod masową publikę. A mnie idealistycznie marzy się, żeby każda adaptacja była godna oryginału lub go przewyższała. I to niekoniecznie ilością zarobionych pieniędzy.

Tagi: felieton Ilona Rodzeń Harry Potter Ojciec chrzestny Władca pierścieni Pieśń Lodu i Ognia Millenium Stephen King



Skomentuj

MRNsmTfpaEkrP08-12-2011, 16:52

IMFBMu , [url=http://lexjshmfoutb.com/]lexjshmfoutb[/url], [link=http://svsdxkixcazl.com/]svsdxkixcazl[/link], http://crummwcsweyd.com/


CJatQyTNEuerEje03-12-2011, 09:13

ums9s8 <a href="http://vtdwkqyeorpj.com/">vtdwkqyeorpj</a>


WsdjOOWO02-12-2011, 17:46

hxULOC , [url=http://cwldhxjkdhyz.com/]cwldhxjkdhyz[/url], [link=http://bpbesnpovqcf.com/]bpbesnpovqcf[/link], http://arkqckhsaymp.com/


ZoCurXnCaj01-12-2011, 13:36

ajuhox <a href="http://izkdudjxughb.com/">izkdudjxughb</a>


NkFDDXvTz01-12-2011, 03:22

I suppose that sounds and semlls just about right.


Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/kiedy_rzeczywistosc_daje_po_pysku_mowie_dziekuje/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator