G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Trupi ubaw

Autor: Mariusz Skrzypek, dodano: 03-03-2010, 19:31

Jak życiem się upijać, pisać nie muszę. Wiecie, to truizm opowiadać o zapachu codziennej zabawy. Umrzeć też możecie bez większych problemów. Just do it. Ale jak bawić się po trupiemu? Jak sprawić, żeby zwłoki poczuły dreszcz rozkoszy? Spytajcie Mary Roach.

Mary Roach

Twórczyni wielu czytadeł na granicy dobrego smaku i przyjemności, nauki i bełkotu, napisała także dziełko „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków”. Przez 295 stron próbuje nas przekonać, że wbrew pozorom byczo jest być warzywkiem. Taki trup, toż to centrum rekreacji i zabawy! Aquapark dla gnojaków i larw, trochę biznesu podziemnego, potajemnego nawozu dla spisków rządowych. Nie żyć i umierać! Tylko umierać w spokoju i w jednym kawałku, inaczej truchełko może nie spełnić oczekiwań, kładzionych na nim przez autorkę. Chociaż od niechcenia członek oderwany od korpusu też się może przydać. Oszczędzi się na pracy odcinacza zawodowego. Stryjek będzie mógł bez problemu zamienić siekierkę na kijek, bo ofiara rozerwie się sama wcześniej. I to za darmo lub w promocji. Właśnie tak. Biznes trupi to kawał dobrej zabawy. Jak będziecie mieli szczęście, to może ktoś zabalsamuje waszą głowę, a kawałek moszny świętym uczyni. Albo doznacie absolutu komunistycznego i spożyje was kolektyw bakterii i robaczków, ale zawsze wrócicie do mamuśki natury, tak jak was stworzyła. Tak sądzę.

Bo Mary Roach sądzi różnie. I to jest jej największy problem. Pisarka jest diabelnie zabawna. Książka, nie oszukujmy się, o delikatnej materii, jaką są zwłoki skrzy się od humoru i mniej lub bardziej wybrednych żartów. Autorka nie raz przytacza radosne anegdoty i nie dwa śmieszne historie, które wydarzyły się podczas zbierania materiałów do „Sztywniaka”. Zwiedziła kilka krajów, ba, kontynentów nawet, różnorodne uniwersytety, kliniki, zakłady pogrzebowe, szpitale, agencje rządowe, muzea i przybytki zabawy intelektualnej, wszystko po to, aby zbadać, jak można zagospodarować nieboszczyka. Zebrała obszerny materiał literacki i naukowy na temat patologii, medycyny sądowej, technik utylizacji i balsamowania, historii trupów i możliwości uśmiercania. Dzięki temu dowiemy się podczas lektury, że na trupiej głowie można ćwiczyć operacje plastyczne. Że niektóre instytuty pozwalają gnić ciałom w różnych warunkach, aby dane te wykorzystać podczas rozwiązywania kryminalnych zagadek. Że trupem można śmiało nawozić ziemię i hodować na niej pyszne poziomki. Że dzięki zwłokom, lepiej projektujemy samochody, a żołnierze i ich zaopatrzeniowcy oraz inżynierowie mogą konstruować bardziej śmiercionośną broń. Że kiedyś ciężko było stwierdzić zgon, nawet po pogrzebie. Trupy są też świetnymi opowiadaczami, zwłaszcza na miejscu katastrof. I wszystko pięknie i śmiesznie podane. Roach, wykonałaś zaiste porządną pracę. Tylko co za tym idzie?

Dysonans i sprzeczności. Książka z piorunującym poczuciem humoru nie wystaje poza ramy żartu. Czytając kolejne rozdziały, mimo iż są błyskotliwe, zabawne i poparte ciężką pracą, odnoszę wrażenie, że czytam ot felietonik-zapchajdziurę w cotygodniowej rubryce. Roach złapała się w pułapkę własnego stylu. Przez ciągłe dygresje, prywatne wtręty, głupiutkie wręcz żarciki, książkę wpół naukową czyta się jak rubrykę towarzyską. Z kolei przez ilość danych, nazw, opowieści z meandrów historii książkę odbieramy jak encyklopedię umarlaków. Roach śmiertelnie przemieszały się style. Tam, gdzie mogłaby choć na chwilę zrobić się poważna, opowiada o hot dogach, tam, gdzie aż się ciśnie żart na usta, Roach rozprawia nad moralnością przybijania trupów do krzyża (notabene - hipokryzji pisarce też nie sposób odpuścić). Wciąż podkreśla swoje bardzo liberalne podejście do zwłok, brak jej granic wytrzymałości, jeżeli idzie o tematykę truposzków. Ale gdy pojawia się wątek z krzyżami, już jad sączy i już nagle swoje granice moralności znajduje. Jeżeli ktoś pozwoliłby pokroić się na sałatkę, kompost czy gumę do majtek, dlaczego oburza się na religijne eksperymenty? Ale to tylko uwaga na marginesie.

Ważniejsze jest to, że Roach napisała zabawną katastrofę. Czyta się „Sztwyniaka” z zapartym tchem, ale to lektura pusta. Gwarantuję wam, że będziecie mogli na prywatkach błysnąć konceptem na jesionkę i truchełko, ale nic poza tym. Roach miota się i próbuje, jednak nie potrafi obejść przeszkód własnego stylu. Stworzyła efektowną książeczkę o materii nieznanej ogółowi. Zaryzykowała przy tym bardzo dużo, pisząc ją z iskrą i polotem. Końcem pozostaje jednak kompost. Jak w przedostatnim rozdziale jej książki. Czasem rozdrobnimy się tylko na nawóz, drobinki, które wchłonie ziemia. Z tą książką będzie podobnie.

Mary Roach, Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków, wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

 

Tagi: Mary Roach Sztywniak wydawnictwo Znak literatura polularnonaukowa



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator