Niekiedy myślę, że wy Europejczycy jesteście tacy brutalni i tacy głupi. Nasz problem jest waszym problemem i problemem wszystkich, jest problemem ludzkości. Ale wy chcecie cieszyć się waszym pięknym światem i o nic się nie troszczyć (…) chcecie zyskać na czasie, zachować jak najdłużej wasze życie w obecnej postaci. Niemcy? Nigdy więcej. A trzymajcie sobie, Niemcy, wasz przeklęty, piękny kraj dla siebie.

Trudno pozostać obojętnym wobec tak oskarżycielskiego tonu. A to nie jedyne gorzkie słowa, które padają w tej książce względem nas - Europejczyków, trzeba dodać – białych Europejczyków. Klaus Brinkbäumer, przytaczając w napisanej przez siebie „Afrykańskiej Odysei” rozmowy z emigrantami z Czarnego Lądu, wystawia naszą europejską dumę i cierpliwość na próbę. Wielu z nas jej zapewne nie przejdzie, a zwycięzcami pozostaną ci, którzy w bolesnych słowach znajdą ziarnko prawdy.
Książka Brinkbäumera jest zapisem podróży do Afryki, którą autor odbył wraz z Johnem Ampanem – afrykańskim emigrantem, jednym z tych, którzy dotarli do „europejskiego raju”. Po czternastu latach Ampan wraca na Czarny Ląd, by jeszcze raz przeżyć gehennę tułaczki i przez to pomóc zrozumieć swym europejskim przyjaciołom, na czym tak naprawdę polega dezercja z Afryki. Razem z autorem „Afrykańskiej Odysei” tworzą niecodzienny duet – dla każdego z nich ta wyprawa ma zupełnie inny wymiar. John wraca do domu, jednak to nie jest sentymentalna podróż. To bardziej wędrówka po śladach dawnych nadziei i porażek, upokorzeń i wstydu. Sześć tysięcy przebytych kilometrów to próba powrotu do korzeni – których, koniec końców, Ampan nie może odnaleźć. Dla Brinkbäumera z kolei wyprawa staje się próbą zrozumienia Afryki i mentalności jej mieszkańców. Niemiecki reporter stwarza dla czytelnika obraz pełen kontrastów: z jednej strony ukazuje cierpienie ludzi ocierających się o głodową śmierć i determinację emigrantów, a z drugiej - pazerną i skorumpowaną Afrykę. Brinkbäumer sam przyznaje, że w niektórych momentach chciwi i natarczywi Afrykanie wzbudzali w nim zniecierpliwienie:
Jeśli tylko kierowca nie zdąży wrzucić czwórki, z zarośli, spod drzew (…) wyłania się biedota. Krzyczą w kierunku samochodów: „Trąd, trąd, biały człowieku, potrzebujemy pieniędzy, musisz nam pomóc, jesteśmy chorzy, nasze dzieci umierają, master, master, pomocy”. Skubią mnie za rękaw; krzycząc plują na mnie, ciągną z tyłu za koszulę. Chcą pieniędzy za wywiady, pieniędzy za zdjęcia, i chociaż nie zadajemy pytań i nie robimy zdjęć, (…) chcą w końcu pieniędzy za samo to, że wysiedliśmy.
Pozostają więc pytania: jak czuć empatię w stosunku do kogoś, kto postrzega ciebie jak chodzącą maszynkę do robienia pieniędzy? Jak współczuć tym, którzy żądają pomocy, krzyczą: „nam się ona należy, bo wy jesteście biali, a my czarni”. Jak w końcu pomóc ludziom, których skorumpowane władze i dyktatorskie rządy chcą tylko wykorzystać?
My Afrykanie jesteśmy ludźmi zachłannymi i nieznającymi umiaru, nie wykształciliśmy w sobie podstawowych cech koniecznych do osiągnięcia postępu. Afryka nie zna takich słów jak „solidarność” i „punktualność” – przyznaje Ampan. I bez tej zmiany świadomości krok do przodu nie będzie możliwy – Afryka musi to zrozumieć.
Brinkbäumer stara się to wszystko udowodnić, jednak jego głos w tej dyskusji jest zbyt ciężki, zbyt patetyczny. Są przecież tematy, które nie znoszą podniosłej formy, bo same w sobie mają anagogiczny sens. Mówiąc o śmierci, nie potrzebujmy wzniosłych metafor i pompatycznych równoważników zdań. Co więcej, autor wielokrotnie powołuje się w swej książce na dzieła Kapuścińskiego, jednak jego szczegółowość i skupienie na detalu nie ma w sobie nic z lekkości i płynności „Hebanu” Kapuścińskiego. Drażniły mnie nużąco podobne do siebie opisy zapachów, miejsc i - co najbardziej irytujące – szczegółów ubioru poszczególnych rozmówców. W pewnym momencie miałam już dość prążkowanych koszul i okularów bez oprawek, kolorowych luźnych koszul, rozpiętych koszul i zegarków na przegubach obu dłoni. Zabieg ten jest wielokrotnie wykorzystywany przez reportażystów, jest bez wątpienia ciekawy – ale u Brinkbäumera przybiera formę maniery, przez którą pisarz bardziej jawi mi się jako krytyk mody, niż reportażysta.
Sama jednak forma tekstu jest ciekawa: książka składa się z sześciu części, każda z nich z kolei łączy w sobie relację z wyprawy; wspomnienia poszczególnych emigrantów, dyktowany przez Johna Ampana „afrykański dla początkujących” czyli przewodnik po kulturze Afrykanów oraz kilka innych, mniej znaczących działów. Interesujące rozwiązanie, choć bez wątpienia wymagające od czytelnika większego skupienia podczas lektury – poszczególne części bowiem nie są ułożone w logicznej kolejności, Brinkbäumer po prostu przeplata relację poszczególnymi podrozdziałami, tak, że w pewnym momencie gubimy główny jej tok.
Książka Brinkbaumera – choć nie odkrywcza – była potrzebna. Niby wszyscy znamy trudną sytuację Afryki, niby rozumiemy jej udrękę, a jednak dopiero po lekturze dostrzegamy, jak bardzo wąskie są nasze szerokie horyzonty. Statystyki przedstawione w książce, rozmowy z emigrantami i te wszystkie emocje, które z nimi przeżywamy, dają naprawdę dużo do myślenia. Przynajmniej powinny.
Klaus Brinkbäumer, Afrykańska Odyseja, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.
Tagi: Afrykańska Odyseja Klaus Brinkbaumer wydawnictwo Czarne reportaż Afryka