Ucieczka nie jest rzeczą godną podziwu. Panuje powszechne przeświadczenie, że tych, którzy odwracają się i unikają starć z innymi, obowiązków, czy też po prostu odpowiedzialności, powinno się piętnować i publicznie nazywać tchórzami. A co, jeśli taka ucieczka jest konieczna do osiągnięcia szczęścia i spokoju? Co, jeżeli jest ona przejawem niezwykłej odwagi i pomaga w zrozumieniu samego siebie? Przykład właśnie takiego postępowania możemy odnaleźć w powieści Guy’a Grieve „Zew Natury”.

Życie autora było zbiorem czynników, które powoli wymykały mu się spod kontroli. Znienawidzona praca za biurkiem, trzygodzinne dojazdy z domu do firmy, brak czasu na kontakty z żoną i dwójką malutkich dzieci, długi, które należało jak najszybciej spłacić. Wszystko to złożyło się na powód, dla którego mężczyzna nagle podjął decyzję o pozostawieniu znanego świata za sobą i wyjechaniu na Alaskę, by tam zbudować sobie chatkę w leśnej głuszy i przetrwać zimę. Niby każdy z nas wpada czasem na taki pomysł, jednak to pragnienie szybko mija, gdy uświadamiamy sobie, jak wiele musielibyśmy poświęcić, by je zrealizować. U Guy’a nie minęło. Po konsultacji z kochającą i niezwykle wyrozumiałą żoną, rzucił pracę i wsiadł do samolotu kierującego się do krainy srogich mrozów. Wrócić miał zamiar za rok.
Na „Zew Natury” patrzy się zdecydowanie przez pryzmat uczuć, jakie ta ksiązka w czytelniku wzbudza. Na początku byłam na głównego bohatera wściekła. Nie mogłam zrozumieć, jak dorosły, wydawałoby się, odpowiedzialny facet, może w ciągu kilku dni podając decyzję o całkowitej zmianie swojego życia. Zostawić żonę i dwójkę malutkich dzieci wiedząc, że za rok, jeżeli w ogóle przetrwa wyprawę, najmłodszy syn nie będzie go pamiętał. Biorąc pod uwagę, że ta historia wydarzyła się w rzeczywistości, postanowiłam głównego bohatera znienawidzić. Cieszyłam się jego niepowodzeniami, razem z rdzennymi mieszkańcami Alaski wyśmiewałam każdą pomyłkę, nieporozumienie, czy też zranienie. Kiedy Guy marzł, ja się śmiałam, kiedy upadał, odczuwałam satysfakcję. W duchu powtarzałam: „sam tego chciałeś, nie narzekaj”. Jednak powoli, z każdym rozdziałem coraz bardziej przekonywałam się do bohatera. Zaczęłam wybaczać pomyłki, współczułam podczas problemów, kibicowałam w starciach z niebezpieczeństwem. Tak, jak on przyzwyczajał się do swego towarzysza – psa Fuzzy’ego, tak ja zaczynałam rozumieć motywy i dostrzegać przemianę mężczyzny.
Powieść, napisana bardzo nieskomplikowanym językiem, pełna jest opisów pięknej, choć niedostępnej i okrutnej natury. Autor przedstawia Alaskę jako bardzo srogie miejsce, które jednak zachwyca, przyciąga i hipnotyzuje. Niewątpliwie jednym z jej największych walorów jest całkowity realizm. Guy Grieve w rzeczywistości przeżył wszystkie opisane w powieści wydarzenia, dlatego nie ma problemów z dokładnych ich opisaniem. Dzięki notatkom autora zamieszczonym na końcu ksiązki, dowiadujemy się wielu szczegółów dotyczących jego wyposażenia, ubioru i sposobu przygotowania posiłków. Tak, jakby zachwycony pięknem mroźnego krajobrazu, chciał zachęcić czytelników do podobnej podróży, ułatwiając im kompletowanie sprzętu. Jednak zapewnia, że nawet z jego wskazówkami, taka wyprawa nie będzie łatwa.
Początkowo autor pewien był, że osiągnie sukces. Mimo niewielkich wątpliwości wierzył, że nabyte umiejętności pozwolą mu przetrwać pośród niedźwiedzi grizzly i watah wilków. Jednak z czasem ta pewność stawała się coraz mniejsza. „Zew natury” to książka o dojrzewaniu, zrozumieniu samego siebie oraz o dorastaniu do odpowiedzialności i podejmowania właściwych decyzji. Ale jest to także opowieść o odwadze, walce o przetrwanie i wbrew wszystkiemu, o miłości. Nie chodzi tutaj tylko o tęsknotę za pozostawioną setki kilometrów za sobą rodziną, ale przede wszystkim o uczucie, jakim mężczyzna obdarzył towarzyszące mu psy. Pokochał je niczym najbliższych przyjaciół pokazując, że nawet zagorzały zwolennik kotów nie jest w stanie oprzeć się ich szczeremu urokowi.
Guy Grieve był w stanie zrobić to, o czym wielu z nas tylko marzy – porzucić całe dotychczasowe życie, odciąć się od świata, znaleźć wewnętrzny spokój. Choć jestem pewna, iż nie żałuje, nie byłabym w stanie postąpić podobnie. Dlatego cieszę się, że przeczytałam „Zew Natury”. Dzięki tej książce mogłam przeżyć przygodę, na jaką w rzeczywistości nie potrafiłabym sobie pozwolić. A co więcej, doceniłam piękno śniegu i mrozu, i, mimo że zawsze je lubiłam, teraz darzę je jeszcze cieplejszymi uczuciami.
Guy Grieve, Zew Natury, wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011.
Tagi: Guy Grieve Zew Natury wydawnictwo Dolnośląskie recenzja Katarzyna Łazarska