Bardzo drażnią mnie książki, z których okładek wrzeszczą hasła, przyrównujące autora do największych tuz światowej literatury. Doświadczenie uczy, że niezwykle rzadko tego typu bałwochwalstwo przekłada się na rzeczywistość. I podobnie jest w przypadku "Historii mojego upadku" napisanej przez debiutanta - Grzegorza Krzymianowskiego. Porównania do Houellebecqa czy Bernharda, na które pozwolił sobie wydawca, są niczym strzał kulą w płot, całkowicie chybione. Co gorsza narażają młodego pisarza na śmieszność, czyniąc z jego powieści jedynie marną podróbkę wielkich dzieł.

Każdy bowiem kto zna twórczość Hueuellbecqa i sięgnie po powieść Krzymianowskiego, szybko zda sobie sprawę, jak wiele pisarz czerpie z twórczości autora „Cząstek elementarnych”, jednocześnie dostrzegając jak mało pisarz daje od siebie. Podobnie jest ze wspomnianym Bernhardem, w którego powieściach równie istotną rolę co u Krzymianowskiego odgrywa ojciec bohatera. Niestety, na tym wszelkie podobieństwa między debiutantem a jego nieco bardziej znanym kolegą po fachu się kończą. Literacko książki dzieli bowiem przepaść.
Nie to jest jednak najbardziej niepokojące. Nikt od debiutanta nie wymaga zdobywania Himalai rzemiosła literackiego. Tak samo nikt nie może skrytykować go za silnie inspirowanie się największymi współczesnymi pisarzami. Skoro się uczyć to od najlepszych. Obawy może już jednak budzić fakt, że Krzymianowski sam sprawia wrażenia osoby, która dała się uwieść hasłom ukutym w dziale promocji wydawnictwa. W programie telewizyjnym pytany przez Agnieszkę Wolny-Hamkało o swoje inspiracje, przyznał się do czerpania z Houellebecqa, czy Rotha i to niczym złym na pewno nie jest, ale już przekonanie o wyższości swojego warsztatu językowego nad tym jaki prezentuje Francuz, może budzić pewne obawy o kondycje ego młodego prozaika
Zostawmy jednak autora i przejdźmy do książki. Książki nader irytującej, którą już podczas lektury pierwszych kilkudziesięciu stron, mamy nieodpartą wręcz pokusę wyrzucić jak najdalej się da. Taka była przynajmniej moja reakcja, gdy natrafiłem na monolog życiowego frustrata, zakochanego w sobie mężczyzny z syndromem Piotrusia Pana, określającego siebie mianem „Napoleona braku ambicji” i zrzucającego winę za własne niepowodzenia na wszystkich dookoła, który nawet przez jeden moment krytycznie nie patrzy na własną osobę. Ten nad wyraz irytujący bohater wykazuje roszczeniowe pretensje do wszystkich wokół, poczynając od rodziny, służby zdrowia, współpracowników, księży, środowisk akademickich, a na ciężarnych kobietach kończąc. Taki obraz kształtuje się czytelnikowi na początku lektury. Potem jest tylko nieznacznie lepiej. Ale nie można oczywiście czynić zarzutu z faktu, iż bohater działa nam na nerwy. Jasne, Emmy Rouault też mnie drażniła, a jednak lektura powieści Flauberta sprawiała ogromną przyjemność. Jednak ci dwaj panowie to dwa zupełnie inne światy literackie, o klasie pisarskiej już nie wspominając. .
Sporo narzekam na Krzymianowskiego, a tym czasem nie można jedynie „Historii mojego upadku” krytykować. Autor jest dopiero na początku swojej literackiej przygody i choć nie zaliczył debiutu spektakularnego, porywającego tysiące czytelników, to przynajmniej pokazał, że warto na niego stawiać. Choć znakomity plastyczny język, który u pisarza dostrzegł szereg krytyków, mnie osobiście nie powalił, powiedziałbym w tym wypadku jedynie o warsztatowej solidności, to jestem jednak daleki od przekreślania tego pisarza. Z zainteresowaniem czekam na jego kolejną książkę.
Grzegorz Krzymianowski, Historia mojego upadku, Prószynski i S-ka, Warszawa 2010
Tagi: Grzegorz Krzymianowski Historia mojego upadku Waldek Mazur powieść Prószyński i S-ka