G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Urocza nieznajoma

Autor: Jakub Bocian, dodano: 15-12-2010, 23:22

Lubię takie koncerty. Takie na które idziesz i albo nie spodziewasz się niczego albo – tak jest jeszcze lepiej i tak było też w tym wypadku – spodziewasz się zupełnie czegoś innego, niż dostajesz. Bo kiedy trafiła do mnie wejściówka na wrocławski występ Rykardy Parasol, pomyślałem sobie: „O, dziewczyna z gitarą. Fajnie, będzie miło, klimatycznie i spokojnie”. Tymczasem Rykarda nie dość, że swoją energią i muzycznym „pałerem” zmiotła wszystkich z sali klubu Firlej, to jeszcze daleko jest jej do „miłej dziewczyny z gitarą”.

Tak, jak nietrudno się domyślić, o Rykardzie Parasol usłyszałem po raz pierwszy, kiedy poproszono mnie, żebym zrobił relację z jej koncertu we wrocławskim Firleju 8 grudnia. Postanowiłem więc iść na żywioł i z jej twórczością zapoznać się dopiero na żywo. I, mimo że „Ryśka” jest dla mnie całkowitym odkryciem, podczas jej występu czułem się, jakbym doskonale tę muzykę znał. Nie, nie ma w tym żadnej transcendencji, pamięci genetycznej ani takich tam. Po prostu piosenkarka garściami czerpie z tradycji amerykańskich bardów, „poetów wyklętych” spod znaku Patti Smith (którą momentami przypomina nawet wokalnie), PJ Harvey, Boba Dylana, Jima Morrisona (od którego chyba „pożyczyła” sobie charakterystyczne wykrzyknienia) oraz ichniego folkloru (a nie folku, jak niektórzy ją szufladkują). W sumie zgodziłbym się też z porównaniem Rykardy Parasol do Australijczyka Nicka Cave'a, szczególnie z jego bardziej garażowego okresu, ale mimo wszystko – bliżej jej chyba do wspomnianej czwórki.

Tylko nie pomyślcie sobie teraz, że już-już padam przed „Ryśką” na kolana i odkrywam w niej nową PJ, albo, nie daj Boże, reinkarnację Jima Morrisona. Bez przesady. Bo tamci wybili się tym, że jako jedni z pierwszych zaproponowali pewne zachowania, pewne przełamanie konwencji i wymieszanie gatunków. Rykarda Parasol bardzo dobrze odnajduje się na przetartych przez nich ścieżkach i korzysta z ich dorobku. Jest do tego utalentowaną wokalistką o imponującej skali głosu, zwierzęciem scenicznym o sporej charyzmie i wyjątkowej ekspresji (wystarczy wspomnieć jej grę mimiką i emocje, jakie w czasie koncertu pojawiały się na twarzy artystki) oraz świetną autorką tekstów. Mało w tym wszystkim jednak jakiejś, najdrobniejszej choć, odkrywczości, bo Parasol bardziej miesza składniki, jakie znajduje u innych, niż wymyśla coś nowego.

To jednak tylko drobny zarzut (bo przecież nie każdy musi być nową Patti Smith, albo Dylanem), który sprawia, że nie roztaczam tu poddańczego wręcz uwielbienia do Rykardy Parasol. Bo poza tym, nie mam jej po wrocławskim koncercie nic do zarzucenia. Tak naprawdę w czasach uładzonych i „przefotoszopowanych” podróbek artystów z dawnych lat, jakimi są te wszystkie Arctic Monkeysy, Killersy i inne Króle Leonów, odwoływanie się do tradycji z odpowiednim szacunkiem jest jak najbardziej w cenie. Tak długo, jak Rykarda Parasol będzie się trzymać z dala od dużych wytwórni płytowych i telewizji muzycznych, będzie wartościowym zjawiskiem na muzycznej scenie.

Bo sam niedługi koncert artystki porwał mnie całkowicie, a energia, jaką Rykarda emanuje podczas występów, wgniotła mnie w podłogę Firleja. Wydaje się zresztą, że w pełni Rykardę Parasol docenić można właśnie na żywo, mimo to zjawiskowa nieznajoma z San Francisco tak mnie ujęła, że obie jej płyty – Our Hearts First Meet i For Blood and Wine – już czekają na przesłuchanie. „Ryśka” zaś znalazła się na mojej liście artystów, których karierę należy uważnie śledzić.

 

Oficjalna strona Rykardy Parasol

Oficjalna strona wydawcy

Zdjęcie pochodzi z myspace.com/rykardaparasol

Tagi: relacja koncert Rykarda Parasol ODA Firlej folklor



Skomentuj

Ala14-01-2011, 23:33

fajny koncert :-)


Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/wszystko_gra/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator