François Truffaut twierdził, że najlepsze adaptacje filmowe powstają w oparciu o złą literaturę. Z tym fatalistycznym poglądem niemiecki reżyser Volker Schlöndorff zmaga się przez większość swojej kariery z czysto czytelniczych motywacji. Lubię czytać dobrą literaturę. Książki, które filmuję, to zazwyczaj moja ulubiona lektura – mówi. I choć jego zmagania nie zawsze kończyły się sukcesem – o „Miłości Swanna” (1983) Alicja Helman pisała swego czasu, że jest zrobiona ciężką niemiecką ręką – to nie można mu odmówić poczesnego miejsca nie tylko w niemieckiej, ale i światowej kinematografii. Co tegoroczna „Nagroda za Całokształt Twórczości” Festiwalu Plus Cameraimage potwierdza po raz kolejny.

Zaczęło się zupełnym zaskoczeniem. Debiutancki film pełnometrażowy Schlöndorffa „Niepokoje wychowanka Törlessa” (1966) przybył na festiwal w Cannes z ówczesnego RFN – którego kinematografia, mówiąc delikatnie, wysokich lotów wówczas nie była – i od razu zdobył tamtejszą Nagrodę Krytyki FIPRESCI, choć uszedł uwagi jury nagrody głównej. „Niepokoje...” są adaptacją wczesnej, na poły autobiograficznej powieści Roberta Musila, którego „Człowiek bez właściwości” nadal czeka na swojego filmowego adaptatora. Zaskoczenie wywołał nie tylko debiut eleganckim stylistycznie i koherentnym studium dojrzewania w kulturze germańskiej, ale też fakt powstania takiego filmu w ojczyźnie heimatfilmu – gatunku dominującego wówczas w obszarze niemieckojęzycznym, w niezwykle niesmaczny i tandetny sposób opiewającego piękno alpejskiej przyrody i wiejskie życie w tej scenerii. Schlöndorff miał się okazać jednym z reżyserów, którzy oddali „strzały z litości” w stronę tej niesmacznej i zrodzonej z wyparcia wydarzeń wojennych formuły. Antyfaszystowskie poglądy reżysera są zresztą w debiucie wyraźne, a na równie głęboką analizę źródeł faszyzmu i społecznych korzeni jego przemocy przyszło widzom chyba czekać aż do czasu „Białej wstążki” (2009).
Schlöndorff na różne sposoby brał udział w ataku na tradycję heimatfilmu. Współpracował przy tzw. filmach kolektywnych (Kolektivfilmen) wyraźnie lewicujących pamfletach społecznych, realizowanych , jak wskazuje nazwa, przez kilku reżyserów jednocześnie. Tak powstały katastroficzne „Niemcy jesienią” (1977), które współtworzył inny niemiecki gigant tego okresu Reiner Werner Fassbinder, „Kandydat” (1978) i poruszająca problem spirali zbrojeń nuklearnych „Wojna i pokój” (1983). Równie odległe od formuły heimatfilmu i prawie tak drapieżne były „Michael Kolhaas” (1969) i „Nagłe bogactwo biednych ludzi z Komach” (1971).
Potrzebę politycznej wypowiedzi i chęć adaptacji literatury połączył Schlöndorff w „Utraconej czci Katarzyny Blum” (1975) opartej na powieści niemieckiego noblisty Heinricha Bölla. Historia bohaterki niesłusznie podejrzewanej przez władze o kontakty z organizacją terrorystyczną, a przez bulwarową prasę nie tylko podejrzewaną, ale właściwie skazaną, pokazuje jak skutecznym medium krytyki społecznej może być film.
Na wyżyny kunsztu, jakim niewątpliwie jest „twórcza zdrada”, Schlöndorff miał się wspiąć trzy lata później kręcąc soje opus magnum – „Blaszany bębenek”. Przy kilku wcześniejszych próbach adaptacji tej powieści Günter Grass obłożył ją embargiem, które zniósł dopiero dla Schlöndorffa. Dorosłe dziecko – Oskar staje się naszym przewodnikiem i narratorem, podobnie jak widz zawieszony poza historycznym czasem, obserwuje proces narodzin i wzrastania nazizmu na szerokim, jakby umagicznionym i jednocześnie porażająco naturalistycznym tle. Polskiemu widzowi nie umknie oczywiście opis delikatnej i ostatecznie tragicznej symbiozy dwóch narodów oraz fakt, że bębenek jest biało-czerwony.
„Miłością Swanna” (1983), filmem na motywach I tomu „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, Schlöndorff próbował zapewne udowodnić, że tak naprawdę nie ma literatury zupełnie opierającej się adaptacji. Jednak rezultat jego wysiłków, podobnie jak mierzącej się z tym samym dziełem prawie 20 lat wcześniej awangardowej reżyserki amerykańskiej Mary Ellen Brute, pozwala w to wątpić. „Miłość Swanna” powszechnie uznano za nieudaną, Francuzi postawili na niej kreskę jeszcze zanim powstała i mieli rację. Wierność literze powieści okazała się niewystarczająca, skoro nie udało się znaleźć filmowego ekwiwalentu jej ducha. Zastanawia tylko, czy Schlöndorff zmierzywszy się z być może niemożliwym wyzwaniem zakrzyknął jak Swann I pomyśleć, że spartoliłem kilka lat życia, czy może uznał, jak nieliczni przychylni „Miłości Swanna”, że jest jakaś wartość w artystycznej porażce, jeśli cel był tak ambitny.
Porażka nie zniechęciła zresztą reżysera do prób adaptacji arcydzieł literatury. Powstała w USA telewizyjna adaptacja „Śmierci komiwojażera” (1985) zadowoliła samego Artura Millera, udane też są „Homo Faber” (1991) i Król olch” (1996). W 2006 roku twórca powrócił do opisywania historii Gdańska, w poświęconym historii tamtejszej Solidarności filmie „Strajk”.
Nazwisko Schlöndorffa ginie często z oczu widzów przygniecione ciężarem gigantów literatury, których dzieła próbuje on przenieść na ekran. Paradoksalnie, im lepiej reżyser wywiązuje się z tego zadania, tym łatwiej go pominąć, oglądając raczej ekranizację Muslina czy Grassa niż film Schlöndorffa. Tym bardziej cieszy wyróżnienie go na Łódzkim festiwalu (choć twórcy nagród nie brakuje), a także zorganizowana z tej okazji ogólnopolska retrospektywa jego twórczości. Szkoda może jedynie, że zabraknie na niej części filmów kolektywnych i brawurowego „Palmetto” (1998). Pocieszyć za to możemy się autobiografią reżysera pt. „Światło cień i ruch. Moje życie, moje filmy.”
Wrocławska edycja retrospektywy Volkera Schlöndorffa odbędzie się w sali NOT kina „Warszawa” od 8 do 14 stycznia. Więcej informacji o prezentowanych filmach na stronach Odra-Film.
Fot: Mariusz Kubik
Tagi: Volker Schlöndorff Günter Grass adaptacja kino Warszawa retrospektywa Cameraimage Cannes Alicja Helman faszyzm kino niemieckie Heimatfilm Marcel Proust Odra-Film przegląd