O tym, kto w zespole jest niepiśmienny, gdzie znajduje się szczyt kultury oraz dlaczego zespołom rockowym jest niełatwo we Wrocławiu - opowiadają: basista Boro (Grzegorz Sawa - Borysławski) i perkusista Garbo (Tomasz Garbera).

Majka Zabokrzycka: Na myspace.com jest napisane, że jesteście kapelą 'neo indie hindu post pop punkową'. Co przez to rozumiecie?
Boro: Nie potrafimy określić, jaki dokładnie gatunek muzyczny uprawiamy. To taka mikstura wszystkiego, co nam przyszło do głowy. Jest trochę punku, trochę dance’u, trochę indie rocka.
Lech Moliński: Czujecie jakąś potrzebę żeby się szufladkować? Muzycy strasznie tego unikają. A tutaj sami narzuciliście sobie cały szereg szufladek.
Garbo: To raczej zabawa słowem. Nie chcieliśmy ograniczać się do indie rocka. Nie komponujemy w taki sposób by zmieścić się w jakiś ramach. Te utwory wychodzą same z siebie. Każdy z nas jest w jakiś sposób ukierunkowany muzycznie. Ze spotkania czterech osób wychodzi mikstura gatunków, o których piszemy.
LM: No właśnie, jak tworzycie swoją muzykę? Czy to jest efekt wspólnej pracy, czy jest ścisły podział obowiązków?
Garbo: Pierwsze utwory napisał nasz szef.
MZ: Szef? Macie tak silnie zhierarchizowaną strukturę? Kim Wy w niej jesteście?
Boro: Tak. Mamy szefa. A my jesteśmy pionkami [śmiech]
Garbo: Dawid jest liderem, bo to on wpadł na pomysł założenia tego zespołu. On nas znalazł i zaprosił do tego byśmy razem sobie pograli. Dawid na początku napisał nam pieśni. Była i muzyka i tekst. Ale tych pieśni było kilka i potrzeba było ich więcej. Spotkaliśmy się we czwórkę i z tego wspólnego grania powstawał materiał na płytę. Muzykę do późniejszych utworów układaliśmy już wspólnie. Co do tekstów - ja na przykład w ogóle nie umiem pisać. Boro tylko czyta.
MZ: Jak się podpisujesz?
Garbo: Nie podpisuję się. Mam taką pieczątkę. Więc teksty pisze tylko Dawid.
LM: Czy ta muzyka, którą gracie oraz to, co będziemy mogli usłyszeć na Waszej płycie jest zbieżne z założeniem Dawida? Czy może pierwotny pomysł Waszego szefa ewoluował i odeszliście od tego, co on chciał widzieć pod szyldem Neony?
Garbo: Dlatego gramy w takim składzie, że to, co on sobie założył jest gdzieś w naszych sercach ukryte i śni nam się po nocach. On to wyczuł i dlatego jest szefem.
Boro: Uzupełniamy jego pomysły. Nie jest stricte ustalone, jak nasza muzyka ma brzmieć. Działamy razem.
LM: Promujemy wasz koncert nazywając Was pierwszą wrocławską kapelą indie rockową. Jak Wam się podoba ta etykietka? Jesteście źli na nas?
Boro: Wiemy, że tak będzie się o nas mówić. Jakbyście nas nazwali punkową kapelą też byłoby fajnie. Inni ludzie przyszliby na koncert.
Garbo: Nie jesteśmy źli. Zawsze to lepsze określenie niż na przykład „Banda złodziei”.
MZ: To znaczy, że macie w sobie punkowe dusze i za Waszą muzyką stoi ideologia?
Boro: Zupełnie nie. Ja strasznie nie lubię, jak muzyka łączy się z polityką albo religią. Nam chodzi o czystą przyjemność z grania.
Garbo: Nasze teksty traktują o tym, że jest w sumie fajnie. Że można pójść wieczorem kupić sobie browara w knajpie, a nie o kupowaniu żyletek i podcinaniu sobie żył.
LM: Musi też paść pytanie o wrocławską scenę muzyczną, czy coś takiego istnieje? Jak Wy się w tym odnajdujecie?
Boro: Scena wrocławska istnieje, ale jest bardzo w podziemiu. Spowodowane jest to warunkami, jakie oferują zespołom knajpy. W tym tkwi przyczyna rozpadu zespołów, tego, że one istnieją rok, dwa. Po prostu nie ma w Polsce, we Wrocławiu warunków na granie muzyki rockowej.
LM: Zespoły indie rockowe też mają pod górkę? Szeroko rozumianego indie jest w radiu teraz bardzo dużo.
Garbo: Na początku każdy ma pod górkę. Trzeba trafić na odpowiednich ludzi, którzy mają kontakty. I wtedy jest z górki.
MZ: Wy przecież nie jesteście nowicjuszami na wrocławskim rynku muzycznym. Każdy z Was wywodzi się z jakiejś kapeli: Lili Marlene, Coffee Break, Dust Blow... Czy nie jest Wam dzięki temu łatwiej?
Garbo: Nie wiem, czy jest nam łatwiej. Życie pokaże, bo teraz we czwórkę zaczynamy od nowa. Jak nagramy płytę, może uda się ją wydać i zobaczymy co będzie wtedy. Na razie chcemy zagrać kilka koncertów. Okazuje się, że nie jest z tym na początku tak łatwo. Mimo że są jakieś fundamenty, każdy z nas ma doświadczenie, to zespół jest nowym tworem.
LM: Czyli jak długo już istniejecie?
Garbo: Półtora roku, ale dopiero teraz zaczynamy na poważnie. Mamy gotowy materiał.
LM: Wcześniej chowaliście się po garażach?
Boro: Raczej na czwartym piętrze [śmiech]
Garbo: Staraliśmy się bardzo schować żeby nikt tego nie słyszał. Za to teraz jak eksplodujemy, będzie fajnie.
MZ: Na myspace.com napisaliście też, że inspirujecie się 'dwójką z shiftem, owocami wiśni i wakacjami w Pobierowie'. Co to znaczy?
Garbo: Jest to zlepek różnych kwestii. Rozwikłam symbol wiśni. Jest to tak zwana wiśniówka, która często towarzyszy nam w spacerach i przemyśleniach. Do Pobierowa wyjeżdżamy co roku w wakacje. To ma również ścisły związek z wiśnią.
LM: Będziecie grać po wręczeniu nagrody Szczyt Kultury. Jaki jest dla Was szczyt kultury?
Garbo: Szczyt kultury jest wtedy, kiedy wszyscy są pijani, a my z Borem gramy w szachy. [śmiech] Było tak ostatnio, jak ćwiczyliśmy w studio.
LM: Wy też jesteście wtedy pijani?
Garbo: Nieee… Ja jak jestem pijany, to wychodzi ze mnie świnia.
Boro: Ja zwykle idę się upić, jak przegrywam w szachy. Zwykle przegrywam… Co się zaś tyczy szczytu - chciałbym być na takim szczycie kultury kiedyś ze swoim zespołem. Dla mnie szczytem kultury byłoby to gdybym ja ze swoją muzyką doszedł gdzieś na szczyt.
PS. (po wyłączeniu dyktafonu):
Garbo: Wyślijcie nam wywiad do autoryzacji.
MZ: I jak go przeczytasz?
Garbo: Chłopaki mi przeczytają. Ja będę słuchał.
Tagi: wywiad Neony koncert Włodkowica 21 indie rock Szczyt Kultury
T19-01-2010, 18:59
Yes, In Deed
saszetka18-01-2010, 14:14
zapowiada się kapitalna zabawa