Trudno mi znaleźć słowa dla najnowszego filmu Barczyka. „Italiani” jest dziełem niejednoznacznym i spiętrzonym w sobie. W pamięci pozostały mi poszczególne kadry, które nijak nie chcą złożyć się na obraz całości. Istnieją obok siebie i na złość sobie. W mojej wyobraźni film przybiera kształt czarnego sadu, którego zieleń jest skąpana w cieniu i tylko gdzieniegdzie ponacinana jest promieniami słońca. Między drzewami wybrzmiewają echa Szekspira, ale jest jeszcze coś nieznanego i niepokojącego, co nadaje mu złowieszczy charakter. Nie mogę jednak oderwać od niego wzroku i moim jedynym pragnieniem jest wejrzeć do wnętrza sadu i dojrzeć jego owoce.

Przy okazji każdego nowego filmu Barczyka wracam pamięcią do jego pierwszych filmów. Znajduję bowiem w nich niezmiennie tę samą energię i witalność, która oczarowała mnie za pierwszym razem. „Patrzę na Ciebie Marysiu” i późniejsze „Przemiany” były prawdziwym odkryciem na mapie współczesnego polskiego kina. W polifonicznym strumieniu sztuczności i fałszu głos Barczyka brzmiał czysto i mocno. W przeciwieństwie do produkcji, które konkurowały z jego filmami Barczykowi nie trzeba było wybaczać błędów w poczet przyszłych osiągnięć. „Patrzę na Ciebie Marysiu” było debiutem żywym i pełnym wewnętrznej energii. Świadectwem autentycznego talentu, który nie potrzebował poklepywania po plecach i wsparcia ze strony krytyków.
W swoim debiucie Barczyk portretował trzydziestolatków pogrążonych w świecie, którego nie potrafią uznać za swój. Ich życie jest płytkie i skierowanie na zewnątrz, ku oczekiwaniom rodziców i świata. Próbują odnaleźć się w narzuconych sobie rolach, ale nie potrafią zdusić w sobie wewnętrznej potrzeby czegoś autentycznego i własnego. To właśnie ona doprowadzi do kryzysu w życiu głównego bohatera. Michał jest lekarzem psychiatrii, pochodzi z lekarskiej rodziny. Ze swoją dziewczyną Marysią są razem siedem lat. Mimo to bohater nie myśli jeszcze o ślubie, w przeciwieństwie do Marysi. Z pozoru życie Michała jest na najlepszej drodze do spełnienia. W odróżnieniu od wielu swoich rówieśników ma stałą pracę z widokami na przyszłość. Z czasem na jego drodze będą pojawiać się coraz to nowe przeszkody, ale nie będą one w stanie naruszyć kształtu jaki nadał własnemu życiu. Michał wydaje się zdawać sobie z tego sprawę. W jego twarzy można wyczytać spokój i pewność. Próżno jednak szukać radości. Sprawia wrażenie kogoś kto stracił umiejętność odczuwania. Tylko delikatny błysk w oku świadczy o obecności głęboko ukrytych i związanych pragnień i lęków. Na zewnątrz dochodzi wyłącznie ich dalekie echo, które ginie przytłoczone obowiązkiem odgrywania codziennego życia. Dopiero pojawienie się w jego życiu Artura Zachodniego wywoła wstrząs, który ujawni przed nim samym skrywane emocje. Zachodni – gwiazdor filmowy – trafi na oddział psychiatryczny z niewytłumaczalnym przypadkiem ślepoty. Nie znajdując żadnych podstaw fizjologicznych lekarze skierowali go na obserwację psychiatryczną. Paradoksalnie pozbawiony wzroku Artur dostrzega dużo więcej niż Michał. Jako aktor doskonale zdaje sobie sprawę z teatralności życia i jako jedyny odmawia grania. Swoją postawą poddaje w wątpliwość sens wszystkiego, co robi Michał – począwszy od zasadności leczenia w ogóle, aż po związek z Marysią. W Michale zaczyna się proces powolnego wyswobadzania się z niewoli. W jego oczach wszystko, co go otacza, staje się obce i obrzydliwe – wiąże się bowiem z jego zniewolonym życiem.
Barczyk podróżuje w głąb spętanego, ale i również niedojrzałego umysłu. Jakkolwiek prawdziwa jest szamotanina Michała z życiem, nie potrafi nadać jej innego kształtu niż groteskowy. Jego gesty są dziecinne i on sam jest również poniekąd dzieckiem, które buntuje się oskarżając wszystkich wokoło. Śmieszność jego zachowań bierze się z błędnego rozpoznania sytuacji. Nie potrzeba wielkich gestów, aby uczynić swoje życie własnym. Myli się również, co do swojego związku. Razem z Marysią nie oddalili się od siebie. Ona wciąż jest u jego boku, gotowa go bronić i wspierać. Michał jest przekonany, że Maria nie rozumie tego, co przeżywa, ale niekoniecznie zrozumienia potrzebuje najbardziej. Pod warstwą milczenia kryje się bowiem głęboka wrażliwość, zdolna uratować Michała. Kiedy bohater w końcu pęka, ukochana zostaje przy nim na przekór wszystkiemu. W jej spojrzeniu, wymierzonym prosto w oko kamery, ponad znużenie wybija się delikatność i oddanie, które splata się w jedno uczucie – miłość. Poprzedzone wybuchem Michała nadaje ostateczny charakter filmowi, który przeradza się w jej hymn.
„Patrzę na Ciebie Marysiu” nie ma ambicji do nakreślenia socjologicznego krajobrazu pokolenia trzydziestolatków. Barczyka interesują przede wszystkim emocje bohaterów. Z czasem staną się one głównym przedmiotem jego kina. Już w debiucie można wyczuć, że spojrzenie reżysera skupia się przede wszystkim na aktorach, którzy stają się środkiem do realizacji jego wizji. Aktor u Barczyka przeradza się w wewnętrzny ekran, na którym jego własne uczucia przenikają się z postacią, którą kreuje. Staje się ciałem, które reżyser nacina, aby wypuścić na wolność głęboko skrywane emocje. W jego zachowaniu nie ma okrucieństwa. Robi to z poszanowaniem dla ukochanej materii. Być może potrzeba zbliżenia się do aktorów popchnęła go w stronę Teatru Telewizji. Zanim jednak jego filmy naznaczyło osobiste piętno, zrealizował „Przemiany”.
Tym razem przenosimy się do ukrytego w chłodnej zieleni rodzinnego dworku trzech sióstr. Każda z nich przywozi ze sobą swoich mężów i partnerów, aby objawili się matce, ale też aby samemu znaleźć się pod badawczym spojrzeniem rodzicielki. Chłodna zieleń otaczająca dworek przywodzi na myśl prozę Iwaszkiewicza, zatopioną w materii pamięci, krążącą nieustannie wokół śmierci i erotyzmu. Bohaterki Barczyka są równie śmiertelne i cielesne, jest jednak coś, co je wiąże i nie pozwala oddychać. Otacza je niewidzialna powłoka, która uniemożliwia im bycie szczęśliwymi. Dworek tonie w chłodnym powietrzu i pamięci o niewypowiedzianych winach. Pod podłogą wiją się głębokie tunele przeorane przez cierpienie i ciszę. Dopiero pojawienie się Adriana Snauta wywoła poruszenie w tym martwym domu. Snaut w interpretacji Jacka Poniedziałka jest żywiołem, który ignoruje zawieszone w powietrzu słowa i gesty i przechodzi nad nimi do tego, co żywe i prawdziwe. Uderza w najczulsze punkty, ale jego zachowanie tłumaczy się pragnieniem prawdy. Jego szczerość posunięta jest tak dalece, że staje się dotkliwa dla wszystkich dookoła.
Nie znajduję we współczesnym polskim kinie równie śmiałego i szczerego filmu. Barczyk tka przed nami pajęczynę uczuć i marzeń, z których najważniejsze jest pragnienie miłości. Ustami bohaterów przemawia językiem wolnym od balastu banałów. Jego język jest autentyczny i niczym nieskrępowany. Często opowiada o zniewoleniu, ale w sposób od niego wolny. Słowa mają swój ciężar i znaczenie. Brzmią czysto i wywołują w słuchaczu głębokie dreszcze. Barczykowi udało się pokazać miłość z intensywnością i szczerością wcześniej niespotykaną. Uczucie między Snautem a Martą jest czyste i prawdziwe, nie pozbawione głębi fizycznego pożądania. Jest prawdziwe, bo bliskie ciału.
„Przemiany” i „Patrzę na Ciebie Marysiu” w swojej fakturze utkane są z fikcji fabularnej. Nie sposób odmówić im „filmowości”. Aktorzy pozostają filmowi, tak samo jak sceneria, w której się poruszają. To ostatni przypadek w twórczości Barczyka, gdy było to równie oczywiste. Począwszy od jego następnego filmu proporcje między filmem, a teatrem będzie się zmieniać. „Przemiany” pozostają pięknym i odważnym filmem, ale jednocześnie jest w nich coś smutnego – pewna niewykorzystana szansa. Jeśli w którymkolwiek polskim filmie zasiane było ziarno, które z czasem miało wyciągnąć ku górze całą kinematografię to właśnie w nim.
Wpływy Teatru Telewizji widać już w „Nieruchomym poruszycielu”. To punkt zwrotny w twórczości Barczyka. Przestrzeń odrywa się od fikcji fabularnej i dryfuje w stronę teatru. Zmienia się język, którego używa Barczyk. Staje się przedziwną mieszanką teatru, telewizji i kina. Brakuje mu czystości i klarowności. Wciąż się formuje i przez to jest taki nieporadny i kaleki. Jest na poły umowny i prawdziwy. Barczyk tka z niego świat zapożyczony i pokawałkowany, w którym ciało traci swoją fakturę, a słowa ciężar. Tak było w przypadku „Nieruchomego poruszyciela”, i tak jest również w „Italiani”.
Na tle twórczości Barczyka jest to film wyjątkowy i tajemniczy. Tworzony przez wiele lat. Pierwsze zdjęcia powstały jeszcze przed nakręceniem „Nieruchomego poruszyciela”. Barczyk musiał wtedy porzucić nakręcony materiał. Wrócił do niego dopiero po czasie i jak sam mówi, pozwoliło mu to spojrzeć na niego w zupełnie inny sposób. Następnie jeszcze kilka razy wracał do Włoch, aby dokręcić brakujący materiał, tym razem bez aktorów. Ślady tego wszystkiego widać w filmie. Materiał, jaki pierwotnie nakręcono okazał się być bardzo plastyczny i wiernie reagujący na wszelkie zmiany. Italiani jest więc splotem różnych spojrzeń reżysera, wyrazem osobowości twórców, na taśmie nakładają się na siebie różnice w temperaturze i kierunku wiatru – tworząc tym samym wielowymiarową konstrukcję.
To wszystko jest wynikiem ingerencji z zewnątrz. Należy teraz zadać pytanie, co mówi samo „Italiani”? Otóż odpowiedź nie będzie taka prosta, bo Barczyk przemawia teraz wielogłosem, próżno szukać w jego filmie jednej dominującej nuty. Najbardziej rzuca się w oczy wątek szekspirowski. „Italiani” nie jest jednak współczesną adaptacją Hamleta, ale echem jego dawnych inscenizacji – w tym dwóch Barczyka i Warlikowskiego. Bruno jest świadomy tego, że jego sytuacja przyjęła kształt szekspirowski. Jego ojciec został zamordowany przez żonę i jej kochanka. Być może dlatego milczy, ponieważ wszystko, co można było powiedzieć w takiej sytuacji zostało już powiedziane? Jednak relacja bohatera ze światem, jego sprzeciw wobec przyjmowania obcych póz nie jest najistotniejsze. W dosłowny sposób zostaje to przemilczane. Barczyk największy nacisk kładzie na relacji między Brunem, a jego matką. Film spaja klamra: oboje wpatrują się w zachodzące słońce na brzegu morza. Co takiego ich łączy? Czego wyrazem jest ich więź? W przypadku „Italiani” możemy mnożyć pytania i co za tym idzie interpretacje. Taka jest natura tego filmu, który w istocie mało mówi sam, ale wiele głosem innych.
„Italiani” jest wyrazem procesu, który od dawna przebiega w twórczości Barczyka. Trudno powiedzieć, kiedy się zaczął, ani kiedy się skończy. „Italiani” to jego ostatni owoc. To film osobisty, służący przede wszystkim reżyserowi, ale jednocześnie dziwnie mu obcy. Jest trudny, dla wielu z pewnością odpychający. To film zagadka, której nie sposób rozwiązać, bo nigdy nie poczujemy błogiego uczucia pewności, co do rozwiązania. Takiego w rzeczywistości nie ma. Na przestrzeni lat zmieniał się język filmów Barczyka. Wciąż nie traci na drapieżności, ale coraz trudniej go zrozumieć. Wierzę że z tego poplątania może narodzić się coś potwornego i pięknego i że droga, którą kroczy Barczyk nie kończy się w sadzie, ale prowadzi dalej. Być może jednak potrzeba zawrócić, aby dotrzeć do celu.
Tagi: Łukasz Barczyk kino polskie Łukasz Gręda