Już 8. kwietnia Wrocław odwiedzą Paweł Wysoczański i Mieczysław Bieniek. Dokumentalista i bohater jego filmu "W drodze" będą gośćmi Akademii Filmu Dokumentalnego "MovieWro". Z tej okazji prezentujemy rozmowę z młodym filmowcem i górnikiem, który po przejściu na emeryturę przedzierzgnął się w podróżnika.

Kamil Kościelski: Na początku może powiedzcie, jak doszło do Waszego spotkania?
Paweł Wysoczański: Mieciu był jednym z wielu górników, którzy przyszli na casting do filmu „Benek” Roberta Glińskiego, gdzie pracowałem jako asystent reżysera. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i dowiedziałem się, że w wolnym czasie dużo podróżuje. Zapytałem, więc gdzie konkretnie bywał i usłyszałem nazwy takich miejsc, jak: Papua Nowa Gwinea, Borneo, Japonia, Chiny, a także z niedowierzaniem patrzyłem, kiedy emerytowany górnik zaczął ciągiem wymieniać połowę krajów azjatyckich. W dodatku Mieciu zawsze zasypuje człowieka najprzeróżniejszymi anegdotkami związanymi ze swoim hobby. Słuchając wszystkich tych opowieści w pierwszym momencie pomyślałem, że mam genialny materiał na film o mitomanie. Z czasem nieoczekiwanie emerytowany górnik pokazał swój album ze zdjęciami, gdzie można było znaleźć potwierdzenie wszystkich zasłyszanych wcześniej historii. Człowiek ten był wprost wymarzonym bohaterem dla dokumentalisty. Mieciu w miarę szybko przystał na propozycję nakręcenia filmu o jednej ze swoich podróży. Szczęśliwie się złożyło, że następnym celem były Indie, gdzie miało dojść do spotkania z samym Dalajlamą.
W filmie sprawiasz wrażenie człowieka nerwowego i porywczego. Dodać trzeba, że przedsięwzięcie było trudne do zrealizowania, a ponadto Ciebie oraz Pawła dzieli pewna różnica wieku i doświadczenia. Chciałem zatem zapytać, jak układała się Wasza współpraca?
Mieczysław Bieniek: Na początku, przyznaję, obawiałem się, co niby będę robił z takim szczylem? (śmiech) Muszę jednak przyznać, że Paweł bardzo szybko się uczył i był w stanie wiele przetrzymać. Jest człowiekiem mającym niesamowite parcie do celu. Osobiście, mimo wszystko, wolę podróżować w pojedynkę, ponieważ samotność daje człowiekowi pewną równowagę psychiczną. Poza tym w każdej sytuacji jesteś zdany tylko na siebie, a w przypadku drugiej osoby rodzi się ogromna odpowiedzialność, bo musisz mieć w końcu na uwadze również swojego towarzysza podróży. Chciałbym jeszcze skomentować kwestię mojej porywczości, której wcale się nie wypieram. Trzeba w końcu zaznaczyć, że widz może nie wiedzieć o wszystkich okolicznościach związanych z nakręceniem jakiejś sceny. W filmie jest na przykład moment, kiedy strasznie wyklinam i daję upust swojej złości. Nie dopowiedziany zostaje fakt, że przed momentem padliśmy ofiarą kradzieży. Człowiek czasami się nie hamuje i zapomina o kamerze, albo w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że może być włączona.
P.W.: Współpraca okazała się trudna, ale w związku z tym ciekawa. Gdybyśmy byli do siebie podobni, prawdopodobnie nic ciekawego by z tego nie powstało. Natomiast w tej sytuacji w filmie automatycznie rodzą się różne konflikty. Obserwując życie rodzinne Miecia, zauważyłem, że potrafi być człowiekiem bardzo ciepłym i cierpliwym, ponieważ nie jest podatny na jakiekolwiek ryzyko. Natomiast podczas podróży siłą rzeczy rodzi się stres. Ciągle trzeba ścierać się z brakiem pieniędzy, uważać na ludzi, którzy chcą kogoś oszukać albo okraść. Samemu musisz sobie znaleźć jakiś środek transportu, nocleg, a także zadbać o coś do zjedzenia, co bywa bardzo kłopotliwe, jeżeli nie znasz języka. Porywczość nie wynika więc z faktu, że bohater jest nieokrzesany. Wszystko rodzi się z powodu wyobraźni, która pcha Miecia do Indii. W swoich podróżach musi być w końcu zdany tylko na własną osobę.
Czy był moment w trakcie podróży, w którym miałeś ochotę wycofać się z całego przedsięwzięcia?
M.B.: Ochota może i była (śmiech), ale wśród podróżników i górników jest zasada, która mówi, że niezależnie od okoliczności nie zostawia się swojego partnera. Należę do osób wybuchowych, ale nie mam natury jakiejś panienki-bibliotekarki, abym zaraz miał się rozpłakać albo obrazić.
Chciałbym zapytać o etykę dokumentalisty. Potraktowałeś bez pardonu swojego bohatera z poprzedniego filmu pt. „Punkt widzenia”, a „W drodze” pojawiają się momenty, gdzie wykorzystujesz trochę zaufanie osób, jakie występują w dokumencie np. kiedy okłamujesz rozmówców o tym, że kamera jest wyłączona.
P.W.: Podobne zarzuty uważam za niemądre. W moim odczuciu sytuacja, w której nie wyłączyłem kamery nie jest jakąkolwiek manipulacją. Gdyby ktoś pojechał na plan filmu fabularnego i zobaczył, jakimi sposobami reżyser próbuje wydobyć coś z aktora, prawdopodobnie nazwałby twórcę skurwysynem, co oczywiście nie byłoby do końca sprawiedliwe. Niewątpliwie nie należy również być radykalnym w stosowaniu podobnych metod i pozwolić na zupełne poniewieranie aktorem. Nie zapominajmy jednak, że robienie filmów jest czymś całkowicie nienaturalnym. Wystarczy wyobrazić sobie, jak wygląda kręcenie sceny erotycznej. Oprócz pary aktorów na planie obecnych jest kilkanaście osób. Podany przykład obrazuje, że kino jest sztuką iluzji i opiera się na umowności. Fakt że ktoś nie wyłączył kamery nie ma żadnego znaczenia jeżeli nie krzywdzimy bohatera. Sam fakt wpatrywania się przez dwie godziny w biały prostokąt jest czynnością wymagającą ogromnej naiwności. Dokumenty, podobnie jak filmy fabularne, również posługują się językiem iluzji, budując jednak zupełnie innego rodzaju złudzenie, które daje tylko pozór autentyczności i prawdy. Kino w tym przypadku mami widzów, że wszystko, co oglądają dzieje się naprawdę, ale w moim przekonaniu nie należy wierzyć w możliwość oddania rzeczywistości na ekranie. Obecność kamery zawsze bardzo mocno wpływa na zachowanie człowieka.
W dokumencie „W drodze” pojawiasz się kilka razy przed kamerą. Z czego wynika wspomniany zabieg?
P.W.: Jest podyktowany przede wszystkim tym, że chciałem zbudować intymną relację pomiędzy moją osobą, a bohaterem. Nie chciałem iść za radą producenta, który chciał mnie wysłać do Indii razem z operatorem i dźwiękowcem. Mieciu nie jest aktorem i przy osobach postronnych wszystko po prostu mogłoby wypaść sztucznie. Wiedziałem, że będąc sam na sam stworzę intymną atmosferę między nami.
Jak ten dokument wpłynął na Twoje życie?
M.B.: Dzięki temu filmowi poznałem fantastycznego człowieka. Jestem również teraz rozpoznawalny. Trudno powiedzieć, czy stałem się lepszy czy gorszy. W moim środowisku mimo wszystko uchodzę za dziwoląga, ponieważ dużo podróżuję, pływam na desce windsurfingowej i zajmuję się jeszcze innymi nietypowymi (jak na byłego górnika) rzeczami. Jednak można powiedzieć, że na osiedlu zaczynają mnie tolerować. Teraz cały czas się uczę. Dawniej przeczytanie książki uznawałem za katorgę, a od kiedy zacząłem podróżować, spędzam bardzo dużo czasu w bibliotece. Nauczyłem się korzystać z internetu. Jednak największym moim natchnieniem pozostają ludzie. Dla mnie każdy człowiek jest perełką na nieboskłonie. Zetknięcie się z drugą osobą daje mnóstwo radości, ponieważ zawsze można się nauczyć czegoś zupełnie nowego. Spotkanie z Dalajlamą było dla mnie wydarzeniem niesamowicie osobistym, dlatego też nie chciałem, aby w filmie pojawiła się scena mojej modlitwy u Dalajlamy.
Tagi: Paweł Wysoczański W drodze Mieczysław Bieniek film dokument MovieWro wywiad