Na temat „Sali samobójców” napisano w ostatnich dniach megabajty tekstu. Cieszy, że polski film zainteresował różnego rodzaju media, a spectrum artykułów wciąż ulega poszerzeniu. Pewnie duża w tym zasługa faktu, iż „Sala samobójców” zdecydowanie wyróżnia się na tle większości rodzimej produkcji.

Debiutujący tym filmem w pełnometrażowej fabule Jan Komasa w branży dał się poznać etiudą „Fajnie, że jesteś”, dostrzeżoną na festiwalu w Cannes (trzecia nagroda w sekcji Cinefondation), a następnie zabłysnął jako współtwórca nowelowej „Ody do radości”. Między realizacją kolejnych teledysków i filmów reklamowych Komasa znalazł czas na dokument „Spływ”, opowiadający o wychowankach łódzkiego Monaru. Wszystkie te doświadczenia zaprocentowały przy pracy nad „Salą samobójców”, na płaszczyźnie formalnej śmiało i z wdziękiem podążającej za trendami panującymi we współczesnym kinie światowym. Fakt ten zaskakuje o tyle, że zaprezentowany w sieci zwiastun budził obawy, każąc oczekiwać polskiej wersji „Zmierzchu”, którym zresztą reżyser rzeczywiście inspirował się w warstwie wizualnej. Pewien kod obrazu związany z przebojową serią dla nastolatków możemy odnaleźć w „Sali samobójców”, ale kicz i szczenięca wrażliwość zostały przez Komasę przełamane, przynajmniej w większości przypadków.
Przestrzenią, w której porusza się młody reżyser jest elitarne wielkomiejskie liceum, gdzie uczy się Dominik (Jakub Gierszał). Chłopak ma wysoko postawionych rodziców – ojciec pracuje w ministerstwie, matka pnie się po kolejnych szczeblach drabiny kariery w branży odzieżowej. Główny bohater całe swoje życie spędza pod kloszem, z dala od trosk i problemów. Nawet do szkoły wozi go szofer. Dominik opływa w dostatki, ale brak mu bliskości i rodzinnego ciepła. Zatomizowany nastolatek szuka w filmie Komasy swojej własnej tożsamości, między innymi na płaszczyźnie seksualnej. Homoerotyczny epizod ze studniówki zdeterminuje, jak się okaże, jego los.
Właśnie motyw pocałunku dwóch chłopców, do którego dochodzi w ramach popisu przed rówieśnikami, staje się katalizatorem zdarzeń. Wątek zakończony kompromitującym Dominika wytryskiem w trakcie treningu judo zwraca uwagę na pozorność otwartości dzisiejszych nastolatków. Zabawa w geja na studniówce mieści się jak najbardziej w katalogu zachowań dozwolonych, ale już niekontrolowany przejaw homoseksualizmu spotyka się z ostracyzmem rówieśników bohatera. Udawane wyzwolenie, w którym tak naprawdę chodzi jedynie o ubieranie różnych masek. „Świat wypadł z formy” - takim cytatem z „Hamleta” zaczyna Komasa przedstawianie widzom bohatera i śmiało można stwierdzić, że właśnie konsekwencje tego wykolejenia są głównym tematem „Sali samobójców”. Wiele osób piszących o tym filmie chce w nim widzieć przestrogę przed rzeczywistością wirtualną, w którą, w efekcie napiętnowania przez grupę rówieśniczą, ucieka Dominik. Zupełnie błędnie, bo zanurzenie w sieci jest faktycznie znakiem czasów, jednak na plan pierwszy wysuwa się uniwersalny problem bohatera wchodzącego w dorosłość. Dominik nieporadnie porusza się w temacie kształtowania własnej tożsamości, bo funkcjonuje poza prawdziwą rzeczywistością, a rodzice przekazują mu jedynie skrawki wzorców, ograniczające się do wpojenia zestawu oficjalnych zachowań. Ciekawe jest, że bohater (brawurowo i bez najmniejszej fałszywej nuty zagrany przez Gierszała) żył w swoistej przestrzeni wirtualnej, zanim poznał różowowłosą Sylwię (pretensjonalna i groteskowo przerysowana Roma Gąsiorowska) i wkroczył do tytułowej sali. W świecie, w którym brakuje szczerej rozmowy, ludzie zakładają maski, dopasowywane do konkretnej okazji, nadwrażliwcom trudno odnaleźć siebie.
Komasa zgrabnie wynajduje konsekwencje postępującej atomizacji społeczeństwa, podpatrując zjawisko hikikomori, dzisiejszą subkulturę emo, czerpiąc z dokumentalnej obserwacji nastolatków pokolenia internetu. W połączeniu z reżyserską sprawnością i przywiązaniem do stałego zespołu (operator Radosław Ładczuk, montażysta Bartosz Pietras, aktor Piotr Głowacki), dało to nad wyraz satysfakcjonujący efekt filmowy. Niestety, nie udało się ustrzec błędów i niedociągnięć, począwszy od absurdalnych rozwiązań scenariuszowych, przez słabe postaci kobiece (z wyłączeniem Agaty Kuleszy w roli matki) czy nieodpowiednie wyważenie proporcji między animacją a częścią aktorską. W momencie kiedy Dominik załamuje się, zamyka w pokoju i zaczyna pogrążać w sieciowej społeczności, podobnie pęka cały film. Paralela między losami głównego bohatera i opowieści o nim trwa do końca. Reżyser zastawił na siebie sidła w postaci odwołania do „Hamleta”. Udało mu się wymknąć z własnej pułapki, a tekstu, zgranego oraz przepracowanego na wszystkie możliwe strony, użyć w sposób nieoczywisty i świeży.
Jan Komasa udowadnia, że można w Polsce debiutować przed trzydziestką i nie skończyć z przetrąconym kręgosłupem. Objawił nam się reżyserski talent czystej wody. Krystaliczność tafli mąci naszpikowany nielogicznościami i uproszczeniami scenariusz i kilku niedociągnięć innej materii. Jednak Komasa, mimo potoku zarzutów względem „Sali samobójców”, zdołał przekonać, że zasługuje na życzliwość i wnikliwą obserwację rozwoju jego kariery.
"Sala samobójców" (Polska 2011), reż. Jan Komasa, dystr. ITI Cinema
Tagi: Jan Komasa Jakub Gierszał Roma Gąsiorowska film polski Lech Moliński