Dostało się Sylwii Chutnik za nową książkę od Dariusza Nowackiego na łamach „Wyborczej” i od Bernadetty Darskiej na łamach „Opcji”. Ode mnie się nie dostanie, bo chociaż „Dzidzia” jest książką, która niewiele z prawdziwą literaturą ma wspólnego i choć jest to głównie publicystyczny, nasycony emocjami felieton autorski o polskich bolączkach opakowany w formę nazbyt poszarpanej dygresjami opowieści przedstawiającej dramat niepełnosprawnego dziecka i jego matki, jest „Dzidzia” jednak tekstem, który powinno się znać. Monika Richardson ma rację – po lekturze może się zrobić niedobrze. I ma być niedobrze, bo o wyzwolenie w nas uczucia niesmaku także autorce chodzi.

Tyle tylko, że zniesmaczymy się przede wszystkim samymi sobą. Ileż to pomstowań słychać w polskich domach, kiedy w telewizji poruszany jest problem niechcianych, niepełnosprawnych dzieci? Ileż złorzeczeń na wyrodne matki, które dziećmi takimi opiekować się nie chcą? Jak wiele razy usłyszeć można, że życie poczęte to życie święte, że nawet kadłubek bez rąk i nóg może sobie w życiu poradzić, pracę znaleźć, wśród ludzi żyć, z protezami to nawet tancerzem zostać, a po kilku operacjach plastycznych prezenterem w jakiejś awangardowej telewizji, która ściągnie widzów potworkiem na antenie? Kiedy dowiadujemy się, że ktoś (nie my) gdzieś (nie w naszym otoczeniu) otrzymuje życiowy krzyż chrystusowy w postaci kalekiego dziecka, którym trzeba będzie się do jego śmierci opiekować, współczujemy i… oddychamy z ulgą. Bo to przecież nieludzkie pozostać obojętnym na krzywdę potworka, ale i ponad siły wydaje się z tym potworkiem użeranie. Sylwia Chutnik w swojej dość prostej historyjce pokazuje, jak bardzo postać ułomnego, innego od reszty człowieka, wyzwala w ludziach okrucieństwo, negatywne odczucia i strach, pod którym ukrywa się tylko chęć zniszczenia, odrzucenia, wymienienia kadłubka na inny, lepszy model.
Danuta Mutter, prosta kobieta, w osobie Dzidzi otrzymuje karę za grzechy jej babki. Oto bowiem fakt narodzin niepełnosprawnego dziecka łączy się z wojennymi perypetiami w czasie powstania warszawskiego, podczas których na śmierć wydane zostały dwie niewinne kobiety. Dzidzia wyzwala w matce ambiwalentne uczucia – z jednej strony to atawistyczna miłość i przywiązanie do tego kawałka ciałka, choć przecież zasmarkanego, zaślinionego, męczącego i po prostu strasznego. Z drugiej strony ogromna niechęć do życia z tak wielkim ciężarem, jakim dosłownie i w przenośni jest Karolinka. Danuta podejmuje zresztą próby pozbycia się swego dziecka. Powieściowa Dzidzia wzbudza co prawda zainteresowanie prężnie działających pań z opieki społecznej, które odbierają Danucie prawo do dalszej opieki nad córką, ale potem pojawia się problem, co z kadłubkiem zrobić, gdzie upchnąć ten żywy koszmarek, jaką rolę mu przydzielić, może ikoną uczynić? Rozstanie matki z córką ma w książce doniosłe znaczenie. Dla Danuty oddzielenie od Dzidzi to zerwanie z przeszłością, nieznośną przypominajką „popatrz, coście zrobili”. I kiedy zrozpaczona matka udaje się do Warszawy, by urzędowo załatwić powrót córki do domu, pozostanie jej jedynie wygłoszenie dramatycznego monologu, niezbyt trafnie stylizowanego na romantyczną Wielką Improwizację. To, o czym mówi Danuta, będzie nie tylko głosem pokrzywdzonych Matek Polek, które przeżywają swoje osobiste tragedie u boku okaleczonych w sensie dosłownym i metaforycznym dzieci. Wielka Improwizacja Chutnik to dowód publicystycznego tonu tej książki, do którego tak niechętnie podchodzą recenzenci, zakładając, iż autorka na kartach „Dzidzi” załatwia przede wszystkim swoje sprawy.
Ważne są jednak nie losy Danuty, lecz jej dziecka. Oszpecone ciało kryje w sobie jednak coś niesamowitego. Karykaturalna Dzidzia to postać niezwykła. Wnętrze jej napęczniałego brzucha jest oświetlone, a kalejdoskopowe oko widzi więcej niż się wszystkim wokół wydaje. Dzidzia to nie jest przedmiot, Dzidzia to człowiek. Nawet jeśli jej człowieczeństwo zostaje zakwestionowane. Bo w gruncie rzeczy każdy z nas neguje inność prezentowaną przez Dzidzię, każdy odczuwa lęk i wstręt; każdy widzi, że takie coś to tylko wegetuje i choćby nie wiem, jak silnie podkreślał swój humanizm, empatię i szacunek dla takiej formy życia, wcześniej czy później sam pomógłby wrzucić Dzidzię na tory, wprost pod koła nadjeżdżającego pociągu.
Chutnik poruszyła w najnowszej książce kilka palących, wciąż nierozwiązanych problemów społecznych, ale stworzyła przede wszystkim symboliczny wizerunek outsidera, samotnika, napiętnowanego i ciemiężonego. „Dzidzia” to pozornie powieść o trudach macierzyństwa i o przewrotności historii. „Dzidzia” to książka, która wymiata spod dywanów w naszych domach to, co od dawna tam ukryte i na co nie mamy ochoty patrzeć.
Wstrząsająca powieść o wstrząsających sprawach. Gdyby nie dygresyjność, która czyni ją dość niespójną, byłaby „Dzidzia” dokonaniem naprawdę bardzo dobrym. Z całym swoim schematyzmem, czarno-białymi postaciami i krytyką tego, co już wielokrotnie i na kilka różnych sposobów zostało skrytykowane.
Sylwia Chutnik, Dzidzia, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2010.
Jarosław Czechowicz ur. 1978, absolwent filologii polskiej UJ oraz Podyplomowego Studium Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ; niezależny recenzent; publikacje m.in. w "Portrecie", "artPAPIERZE" oraz w portalach "Internetowe Imperium Książki", "biblioNETka", "G-punkt", "Independent.pl". Prowadzi bloga literackiego „krytycznym okiem”.
Tagi: Sylwia Chutnik Dzidzia Świat Książki powieść,