G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

What a wonderful world

Autor: Monika Kamińska, dodano: 08-03-2010, 18:43

Bilety na jego spektakle rozchodzą się w mgnieniu oka. Nieważne, o czym jest dane przedstawienie. Liczy się tylko to, że zrobił je Krzysztof Warlikowski. Stąd też nie dziwi udostępnianie szerszej publiczności zapisów DVD jego spektakli, chociażby „Burzy” na podstawie Szekspira, która wpadła mi ostatnio w ręce. Wpadła i narobiła sporo kłopotów. Ciężko za pomocą słów wyrazić to, co zobaczyłam, ale myślę, że następujące porównanie powinno wiele wyjaśnić: Otóż „Burza” jest takim osiągnięciem w dorobku Warlikowskiego, jak zdobycie srebra na olimpiadzie: nie jest to najwyższe odznaczenie, ale dla wielu i tak pozostanie na zawsze w strefie marzeń.

Fabuła jest niezwykle prosta. 12 lat przed wydarzeniami zaprezentowanymi na scenie, Prospero, król Mediolanu, został wygnany ze swoich włości przez brata. Wraz z młodziutką córeczką Mirandą znalazł schronienie na wyspie, zamieszkałej przez magiczne stworzenia, które z czasem stały się jego poddanymi. My poznajemy go w momencie gdy z powodu burzy, u stóp wspomnianej wyspy rozbija się statek. Jego pasażerami są dawni wrogowie Prospera, którzy przyczynili się do odebrania mu korony. Mediolańczyk postanawia wykorzystać tę okoliczność i odzyskać utracone królestwo.

„Burza”, jeden z lepiej znanych dramatów Szekspira, może być odczytywany na dwa sposoby. Może być komedią ze wspaniałym happy endem, opowieścią o nowym, wspaniałym świecie, a właściwie jego początku, albo historią o zmęczonym człowieku. Bo kim naprawdę jest Prospero? Czy to, że udaje mu się wrócić na tron, przynosi szczęście? Czy ktokolwiek, poza naiwnym Gonzalem, odczuwa, w wyniku zaistniałych na wyspie zdarzeń, choć odrobinę radości? Na pewno nie u Warlikowskiego. Przez wiele lat uważano „Burzę” za cudowną baśń, a nawet przypowieść o przebaczeniu. Krzysztof Warlikowski stara się spojrzeć na nią zupełnie inaczej.

Po pierwsze, rezygnuje z typowego, utrwalonego w naszej kulturze wizerunku szekspirowskich postaci. Prospero chodzi w starym i rozciągniętym swetrze, Miranda w przydeptanych trampkach, Ariel w dresie. W postać młodej księżniczki Mediolanu wcieliła się Małgorzata Krzysztofik-Hajewska. Dzięki niej bohaterka przestaje być baśniową księżniczką, czekającą w zamknięciu na wielką miłość, a staje się pełnokrwistą istotą. Jako że długi czas żyła z dala od ludzi, jest zdziczała, obce jej są niektóre obyczaje, nie potrafi nawet odpowiednio ułożyć swoich włosów, które cały czas uparcie opadają jej na twarz. W jej ruchach nie ma nic pięknego, aż dziw bierze, że taka istota mogła uwieść księcia Neapolu.

Kolejnym ciekawie wykreowanym bohaterem jest Ariel, w którego postać wcieliła się Magdalena Cielecka. Ariel Warlikowskiego to kobieta (choć niektórzy twierdzą, że jego płeć trudno określić) i dlatego motyw jego poddaństwa względem Prospera nabiera innego wymiaru. To nie tylko motyw uzależnienia jednej istoty od drugiej, ale również zniewolenia kobiety przez mężczyznę. Ariel pragnie stać się całkowicie niezależny, domaga się tego od swojego pana. Jednak chce też zadowolić Prospera, wykonywać jego rozkazy najlepiej jak potrafi. Czy to tylko kwestia umowy zawartej pomiędzy nimi​? Można w to wątpić, skoro w pewnym momencie duch zwraca się do swojego pana z pytaniem: Kochasz mnie? Chwila ciszy, po której Prospero bełkocze parę niezrozumiałych słów jest najbardziej wymowną odpowiedzią.

Godne uwagi są też sceny z udziałem „wielkiej trójcy” – Trinkula (Stanisława Celińska), Stephana (Jacek Poniedziałek) i Kalibana (Renate Jett). Z początku są one przyjemnie groteskowe, wydaje się, że stanowią moment oddechu dla widza w ponurej rzeczywistości, w którą wprowadził go spektakl. Ale za chwile Warlikowski zagra publiczności na nosie. Stephano, który zdawał się być niegroźnym łotrzykiem, pijaczkiem, zaczyna pastwić się nad bezbronnym Kalibanem, staje się jego oprawcą. To wizja władzy, będącej w zasięgu ręki, uczyniła z niego despotę.

Interesująca jest też scenografia. Scena została podzielona na dwa poziomy. Podłoga tego dolnego wyłożona została lustrami, w których niewyraźnie odbijają się czyny poszczególnych postaci. Są powtarzane, pieczętowane, można jakby przyjrzeć się im dokładniej, spróbować zrozumieć ich prawdziwą motywację.

Co się w „Burzy” nie udało? Jest za bardzo nowoczesna, w sposób wręcz nachalny. Morderstwo ma się np. dokonać w niej za pomocą długopisów, a jeden z bohaterów relaksuje się słuchając muzyki z laptopa. Oba symbole nieodłącznie korelują z pojęciem biurokracji, ale w sposób tak jednoznaczny, że aż nudny i rozczarowujący. Warlikowskiego zdecydowanie stać na coś więcej, na mniej wytarte metafory. Nie przekonuje scena zaślubin Mirandy i Ferdynanda. Zastąpienie w niej rzymskich bogiń łowiczankami nie jest do końca uzasadnione. „Burza” zawiera zbyt mało polskich akcentów, by pojawienie się tak silnej konotacji z naszą kulturą, współgrało z całością.

Te drobne uwagi nie są w stanie zmienić faktu, że oglądanie spektaklu nawet w wersji DVD, to cudowne przeżycie, prawie metafizyczne. Nie mają racji wszyscy ci, którzy w spektaklach Warlikowskiego widzą tylko nagie ciała albo nawiązania do teorii gender. One tam są niezaprzeczalnie, ale są też rzeczy znacznie prostsze, codzienne. Warlikowski przedstawia rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Kto chce wierzyć, że Prospero był na tyle szlachetny, żeby niczym święty wybaczyć swoim oprawcom i że sam ten fakt przyniósł mu ulgę, niech wierzy. Tylko niech później nie pyta, dlaczego w życiu jest inaczej. Spektakle Warlikowskiego są gorzkie, pełne wyrzutów, przepełnione bólem, ale za to są prawdziwe.

O jednej z piosenek Dylana („Like a rolling stone”) napisano książkę, która zawiera ponad sto stron. O „Burzy” można by napisać znacznie więcej. Jest jak matrioszka albo ... pomarańcza. Na początku zachwycamy się jej kształtem i stwierdzamy, że jej skórkę można zetrzeć i dodać do ciasta, by polepszyć jego smak. Gdy jednak dokładnie się przyjrzymy owocowi, okazuje się, że prawdziwą wartość stanowi jego wnętrze, zbudowane z wielu pysznych płatków, które niosą prawdziwą rozkosz naszym zmysłom.

Tagi: burza krzysztof warlikowski monika kamińska magdalena cielecka jacek poniedziałek



Skomentuj
reklama
http://www.roe.pl/

Utwór Tygodnia

Ramona Falls - Russia


Newsletter

partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu