G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Wiszące kamienie

Autor: Jarosław Klebaniuk, dodano: 05-09-2010, 23:44

Znalezienie złotego środka pomiędzy treścią a formą nigdy nie jest łatwe, tym bardziej, że środek rzadko bywa złoty. Adaptowanie obszernej powieści do celów scenicznych może zakończyć się albo wielogodzinnym maratonem (jak w litewskiej inscenizacji „Idioty” Dostojewskiego podczas festiwalu „Dialog” w 2009 roku), albo wybiórczym pokazaniem niektórych wątków (jak w „Lalce” wystawianej przez TPl przy ulicy Zapolskiej). Artystyczny sens przedsięwzięcia w obu przypadkach ujawnia się w sposobie, w jaki ma scenie dokonano transgresji w stosunku do źródłowej prozy. W przedstawieniu stworzonym przez Krzysztofa Garbaczewskiego transgresja ta była znaczna, a wykorzystane środki – bardzo odległe od tych, które mogły w oczywisty sposób wynikać z lektury oryginału.

Dostojewski z pewnością nie przewidział kamery, która za pośrednictwem laptopa będzie na bieżąco rzucać aktorów i rekwizyty na ekran. Tym bardziej minikamera ze słuchawki filmująca usta kobiety rozmawiającej przez telefon nie była częścią wizji przyszłości Fiodora Michajłowicza. Przez telefon? A co to jest telefon – zapewne by zapytał. Nie napisał też ani Szestowa, grającego na gitarze elektrycznej i niczym Frank Zappa deklamującego zbuntowany song; nie kazałby też śpiewać do mikrofonu Stawroginowi ani Kiriłłowowi (co to jest mikrofon?). Natomiast kwartet smyczkowy grający na żywo (bo i po to sięgnął reżyser) zapewne by go ucieszył i nie wymagałby uruchamiania twórczej wyobraźni. Zupełnie więc inaczej, niż byłoby w przypadku czytania monologu z netbooka, za to podobnie jak w przypadku teatru cieni odgrywanego za ekranem, gdy ten nie służył komputerowej projekcji. Pewnych słów pisarz w książce z pewnością nie użył i nie mam tu na myśli wyłącznie porównania „kamień wielki jak samolot”. Po prostu w tamtych czasach szanowanemu literatowi nie uchodziło używanie na piśmie pewnych potocznych soczystości.

Scenografia, operowanie światłem, muzyka i wykorzystanie olbrzymiej (czasem aż zanadto) przestrzeni sceny na Świebodzkim – to niewątpliwie dobre strony przedstawienia. Także duża dynamika i zmienność dziania się, charakterystyczne dla pierwszej z dwóch części, można uznać za walor. Widz był co chwila zaskakiwany zmieniającym się tempem i głośnością, pojawianiem się nowych postaci, przechodzeniem od dialogowania do mocnego gitarowo-smyczkowego uderzenia i nowoczesnego śpiewu. Mógł wystraszyć się nagłych strzałów z pistoletów, zastanowić się nad sensem noszenia kamienia z tyłu sceny, odczytać symbolicznie (poprzez oblanie ofiary wodą) odegraną scenę morderstwa, poczuć dreszcz podczas miłosnego aktu dwóch aktorek, wreszcie zdziwić się, dlaczego o niektórych scenach się opowiada (Dostojewskim) zamiast je odegrać, choć potrzebni do tego aktorzy byli przecież na scenie. Mógł mieć przy tym wrażenie pewnego chaosu. Z pewnością nie było to klasyczne czytanie klasyki. Nie wszystkim widzom taki eksperymentalny teatr odpowiada. Po przerwie na widowni pojawiły się liczne wolne miejsca.

– Liczba kamieni nie zgadza się z liczbą zgonów. Kamienie w siatkach zawisły trzy, a umarłych naliczyłem czworo. Któreś z nich widać nie zasłużyło na kamień. Tylko które? – powiedziałem do Eli podczas antraktu.

Druga część była znacznie spokojniejsza, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę sceniczny ruch i natężenie muzyczno-mikrofonowego hałasu. Na scenie było mniej aktorów i więcej działo się w dialogach niż w scenach zbiorowych. Na zakończenie trwającego niemal trzy godziny spektaklu Stawrogin wygłosił(a) długi monolog. Grająca głównego bohatera Katarzyna Warnke opowiedziała o tym, jak uwiodła i doprowadziła do samobójstwa 11-letnią dziewczynkę. Choć w tym mini-monodramie wypadła lepiej niż we wcześniejszych relacjach z kobietami i kolegami, to i tak można spytać, dlaczego cyniczny bohater Dostojewskiego był tak poruszony wspomnieniami, którym – choć były mu drogie – wielokrotnie z dystansem się oddawał. Nie o grę aktorską można się tu spierać, ale o rozwiązanie reżyserskie, które ją narzuciło. Zresztą samo obsadzenie kobiety, w dodatku drobnej, długowłosej blondynki w roli silnego, zepsutego mężczyzny uznać należy za kontrowersyjne. W zestawieniu z bardzo ekspansywnymi aktorami grającymi męskie role wypadła raczej nijako. Tam natomiast, gdzie chłód psychopatycznego mężczyzny w powieści kontrastował z egzaltacją kochanki, znajdujemy emocjonalną wymianę dwóch kobiet, a nie asymetryczne rozstanie osób różnych płci. Być może była ta scena – nawet w takiej obsadzie – do zagrania w klimacie książki, ale okazało się to karkołomne i w rezultacie nie wyszło. A może na tym właśnie polegać miała reżyserska transgresja?

Zdarzyły się też inne bardzo interesujące fragmenty. Słynna scena, w której Wierchowieński (Marcin Czarnik, bardzo energicznie grana rola) próbuje wyegzekwować samobójstwo od Kiriłłowa (Adam Szczyszczaj, także dobra rola) była jednym z nich. Oprócz wątku kryminalnego – próby uniknięcia odpowiedzialności za zabicie Szatowa (Rafała Kronenbergera), w scenie tej, podobnie zresztą jak w kilku innych, ujawnia się nieznośna moralistyka Dostojewskiego, który postawił w „Biesach” tezę o niemoralności ateistów, ukazywanych zresztą jako ludzie potrzebujący wiary w Boga i wręcz intensywnie jej poszukujący. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że ateiści są nie tylko nie mniej moralni, ale i nie mniej duchowo spełnieni, co osoby wierzące. Świadczyć o tym mogą m.in. wywiady Piotra Szumlewicza z wybitnymi ateistami, pomieszczone w książce „Niezbędnik ateisty”.

„Biesy” są jedną z późniejszych powieście rosyjskiego pisarza. Obok bardzo dobrze zarysowanych postaci, wprawnego oddania ich motywów i relacji interpersonalnych, a także oryginalnej i zapadającej w pamięć intrygi kryminalnej, niestety znajdujemy w tej książce także całe mnóstwo nachalnie serwowanych tez, wynikających z konserwatywnych i chrześcijańskich poglądów autora. Wiele z nich można było w teatralnej adaptacji pominąć. Jednak Kiriłłow w koronie cierniowej, przyjmujący pozy Chrystusa na krzyżu, nie może być tak do końca zbuntowanym ateistą. Podobnie o moralnej nędzy osób niewierzących świadczy według Dostojewskiego widzący swoje biesy Stawrogin, który zadeklarował wiarę w osobowego diabła – dogmat obcy nawet większości współczesnych chrześcijan. W pewnym sensie powieść Fiodora Michajłowicza jest po prostu słabym tekstem. Skupienie się na wątkach międzyludzkich i kryminalnych prawdopodobnie pozwoliłoby uniknąć przyjmowania za pisarzem perspektywy moralizatorskiej, nie tylko krytycznej wobec osób niewierzących, ale wręcz kwestionującej możliwość konsekwentnego utrzymania ateistycznej postawy.

Jeśli chodzi o warstwę fabularną, to lepszą recepcję inscenizacji z pewnością uzyskać mogą osoby dobrze pamiętające „Biesy” z książkowej lektury. W spektaklu brak klarownej i ciągłej narracji uczynił bowiem orientację w fabule bardzo trudną. Granie różnych postaci przez tych samych aktorów mogło zostać rozpoznane tylko przy bardzo dobrej znajomości dzieła literackiego, najlepiej wspomaganej dokładną znajomością obsady. W przeciwnym razie można było odnieść wrażenie, że umarłe postaci zmartwychwstają w kolejnych scenach, a skoro są podobnie grane, to tym bardziej nie są nikim innym. Na marginesie warto przestrzec mentorów młodych ludzi (a także ich samych w formie niementorowanej) żeby nie liczyli na zapoznanie się z treścią „Biesów” w Teatrze Polskim i ominięcie w ten sposób lektury drukowanego oryginału. Owszem, niektóre fragmenty, zwłaszcza w drugiej części są dosyć dokładnie cytowane, ale wyrobić sobie zdanie o całości dzieła na podstawie spektaklu – po prostu nie sposób.

Choć przedstawienie w reżyserii Garbaczewskiego z pewnością nie jest idealne, głównie z uwagi na swoją mało spójną strukturę i brak sukcesu w oddaniu atmosfery moralnego rozkładu, wzajemnej nieufności i agresji, obecnych w powieści Dostojewskiego, to opiera się na wielu udanych pomysłach – jest ciekawe scenograficznie i muzycznie. Można polemizować z wyborem tych a nie innych fragmentów tekstu, a także – w niektórych przypadkach – z prowadzeniem gry aktorskiej, ale osoby kochające teatr z pewnością znajdą w tym spektaklu coś dla siebie.

– Teatr jest jak pizza. Zawsze jest dobry – powiedziała do mnie Ela w drodze powrotnej do domu.

„Biesy” wg powieści Fiodora Dostojewskiego. Adaptacja, reżyseria i scenografia – Krzysztof Garbaczewski. Teatr Polski we Wrocławiu, Scena na Świebodzkim.

 

Tagi: jarosław klebaniuk teatr polski wrocław biesy krzysztof garbaczewski fiodor dostojewski



Skomentuj

Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator