Ł. R.: Wydawcy wykorzystują u artystów ich chęć zaistnienia. Każdy tworzy, by zaistnieć, nie oszukujmy się. Są wyjątkowe jednostki, które mówią: mi nie zależy, do szuflady tworzę. Ale jednak każdy chciałby, aby jego sztuka płynęła dalej i wydawca jest tą wielką szansą. Początkujący autor potrafi bardzo wiele oddać za swój pierwszy kontrakt. Sam byłem w tej pozycji, kiedy lat temu sześć czy siedem wydawałem pierwszą płytę. Rozesłaliśmy bardzo dużo demówek. Muzyka, którą tworzę, jest, jaka jest. Wiadomo, nie łatwo ją wydać w dzisiejszych czasach. Ale pojawił się wydawca, który bardzo się tym graniem zafascynował i dostaliśmy umowę. Miałem to szczęście, że studiowałem prawo, więc trochę rozumiałem z tego, co mi dano do podpisania, i rzeczywiście się uchroniłem. Umowa była tragiczna. Chciałbym więc bardzo mocno uczulić ludzi. Dzisiaj dużo łatwiej wydać płytę, nie jest to duży koszt. Wydawcom opłaca się zaryzykować, wziąć 20 artystów, wydać im płytę niedużym kosztem. Jeden zawsze wystrzeli. Kiedyś tak nie było. Chodziło się po studiach tylko wtedy, jeżeli prezentowało się pewien określony poziom, a wydanie płyty było droższe. Trzeba umieć powściągnąć emocje, które towarzyszą pierwszym kontraktom. Często wydawcy przedkładają umowy, które obejmują nie tylko wydanie 3-4 płyt, ale decydują też o tym, że wszelkie dalsze utwory, jakie artysta stworzy, nawet poza tymi płytami, będą stanowiły własność wydawcy. Takie umowy dawano mi również do podpisania.
P. C.: Prawo autorskie powinno chronić przede wszystkim interesy artystów-twórców oraz interesy odbiorców, natomiast my cały czas rozmawiamy o pośrednikach. Mówimy o kimś, kogo tak naprawdę w obecnej koncepcji prawa autorskiego w ogóle nie ma. Przecież z jednej strony mamy artystę, a z drugiej strony odbiorcę. Problem stanowi to, że artysta nie jest skutecznie chroniony przed wytwórnią; wyraźnie brakuje przepisów, które określałyby jakieś niedozwolone klauzule w umowach wydawców z twórcami. Dlaczego nie można takich uregulowań wprowadzić, skoro pojawiają się np. w umowach konsumenckich? Najgorsze jest to, że rozwój prawa autorskiego nadal jest sterowany przez pośredników. Artyści mają na niego niewielki wpływ, a głos odbiorców jest ignorowany. Przecież wydłużanie w nieskończoność okresu ochrony praw autorskich nie służy ani artystom, ani ich dzieciom, ani nawet wnukom. Chroni się tutaj tylko i wyłącznie interesy pośredników, którym te prawa przysługują. Na Jamajce, gdzie prawa autorskie wprowadzono w 1991 r., było sporo muzyków, z których żaden nie miał praw do swojej muzyki. Nadejście prawa autorskiego jedynie utrwaliło ten stan. Teraz kupujemy albumy legendarnego muzyka, który nagrywał w latach 70., a on nie dostaje z tego ani grosza. To nie jest tak, że ty kupujesz płytę, a pieniądze trafiają do artysty. Dostaje je jakaś wytwórnia. A ona ma prosty argument: gdyby nie my, to ten facet tłukłby teraz maniok na plaży albo popalał trawę.
K. Z.: Na podstawie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, jak wygląda standardowa umowa. Bo wydawcy czy producenci, dając autorowi umowę do podpisania, mówią: a to taka „standardowa umowa”. I wtedy pojawia się problem. Ja się pytam: proszę pana, proszę pani, czy buty kupuje sobie pani również w „standardowym modelu”? Nie, każdy dostosowuje określony produkt do własnych potrzeb. Tak samo trzeba dostosowywać umowy autorskie. Nie ma żadnych „standardowych umów”! Jeden ze znanych grafików wrocławskich, gdy podpisywał kontrakt ze wydawcą największego chyba dziennika w Polsce, dostał do ręki „standardową umowę”. Gdyby tej umowy na jego żądanie nie zmodyfikowano, dziś wydawca mógłby posługiwać się jego utworami w bardzo dowolny sposób.
Ł. R.: Możliwości negocjacyjne zmienia pozycja rynkowa. Doświadczyłem takiej sytuacji. Na początku 2-3 razy przekazałem całe prawa do swoich płyt, co jest niefajne, bo później nie można nic z tym zrobić. Życie wprowadza swoje scenariusze i często później jest tak, że do pewnych rzeczy nie można dojść, dogadać się. Ja zawsze staram dogadać się, ale nie każdy tak może i nie zawsze to wychodzi. Dlatego warto mieć świadomość, że najlepszą umową jest dzisiaj umowa licencyjna, a nie kompleksowe przekazywanie praw. Można umawiać się na licencję, czyli czasowe zezwolenie, nadanie konkretnych uprawnień wydawcy, np. do sprzedawania, do korzystania, do wprowadzania na dany rynek na określony czas. Całkowite przeniesienie praw jest po prostu dla artysty szkodliwe.
G. K.: Skąd w ogóle wzięły się prawa autorskie? Jakie było ich pierwotne uzasadnienie?
D. P.: Ludzie generalnie nie mają świadomości, jaka była geneza tych praw. Tymczasem można zaobserwować ciągłość tego zjawiska na przestrzeni kilku wieków, aż do czasów dzisiejszych. To jest pewien absurd, który w dobie Internetu musimy zlikwidować. Już samo określenie „prawo autorskie" jest mylące. To pojęcie wzięło się z prawa brytyjskiego – od formuły „copyright”, czyli prawa do kopii. Nawet zwolennicy restrykcyjnego prawa autorskiego powołują się na statut Anny z 1710 r. To był moment, kiedy drukarze, księgarze, osoby, które korzystały z pras drukarskich do wydawania dzieł, nakłaniali parlament brytyjski do ustanowienia wyrazistych regulacji. Między innymi wprowadzono wówczas pojęcie zbywalności majątkowej części prawa autorskiego. To był jeden z największych sukcesów wydawców czy wtedy jeszcze drukarzy. Oni opierali się na sprytnym założeniu, że artyści będą od nich wiecznie uzależnieni. Zawsze będą potrzebni wydawcy. Artysta nie miał środków ekonomicznych do tego, żeby móc swoje dzieło rozpowszechniać. To było jedno z założeń, które parlament brytyjski zaakceptował. Drugim założeniem, też bardzo słusznym, była myśl, że jeżeli wydawcy zdobędą monopol na dzieła, czyli jeżeli od danego autora uzyskają prawa do dzieł i będą na zasadzie monopolu je wydawać, to owe dzieła pozostaną w stanie nienaruszalnym. To znaczy – kopia, którą oni będą wykonywać, będzie zawsze zgodna z oryginałem. Miało to zapewnić szeroką dystrybucję autorowi i jednocześnie chronić nienaruszalność kopii. Kontrola kopii stanowiła wówczas istotny problem, bo zdarzało się, że ludzie otrzymywali np. książki bez rozdziałów, ze zmienioną treścią, mnożyły się plagiaty itd. Ale zwróćcie teraz uwagę na nasze czasy. W dobie Internetu te dwa założenia tracą zupełnie rację bytu, bo dystrybucja staje się bezpłatna. Jeżeli udostępnię z komputera jakieś dzieło, powiedzmy, że swoje, to tak naprawdę dystrybuuję je na cały świat. Każdy może je sobie ściągnąć. Ta dystrybucja jest bezpłatna. Jeżeli wykorzystam jeszcze do tego sieć peer-to-peer, to żadne ograniczenia dla mojego komputera, np. limity transferu, itp., nie przeszkodzą mi w tym, żeby każdy człowiek na ziemi mógł sobie moje dzieło pozyskać. Więc to pierwsze założenie zostało obalone. Upadła także teza o nienaruszalności dzieła, czyli przekonanie, że jedynie monopol wydawcy zapewni nienaruszalność kopii. Ściągając w Internecie plik wykonuję jego idealną kopię – to naturalna zasada działania Internetu. To wykonanie jakichś modyfikacji w zakresie kopii wymaga nakładu pracy. To jest możliwe, ale tak naprawdę nikomu to nie jest potrzebne. Jeżeli autorowi rzeczywiście zależy na tym, aby dzieło pozostawało oryginalne, czyli takie, jakim on je stworzył, to Internet wcale w tę nienaruszalność dzieła nie ingeruje.
P. C.: Czy to obrazek, czy to muzyka, każdy, kto ma dostęp do tego pliku, może robić z nim dowolne rzeczy. Cała kultura w tej chwili opiera się na przetwarzaniu, czyli na remiksie. Mamy już zupełnie inne czasy, przeminął kult oryginału. Mnóstwo artystów traktuje kulturę jako jeden wielki skarbiec motywów, inspiracji, fragmentów do przetwarzania.
D. P.: Warto dodać, że artyści nigdy nie tworzyli z niczego. Zawsze czerpali z określonego dziedzictwa kulturowego. To nie jest tak, że ktoś kiedyś był niewiarygodnie innowacyjny, a to, co stworzył, było zupełnie oryginalne i nie opierało się na bazie tego, co już wcześniej istniało. Dlatego funkcjonowanie domeny publicznej jest szalenie istotne.
P. C.: Domeny publicznej u nas nie ma. Umieszczając w sieci swój utwór, na który daję licencję domeny publicznej, robię sobie żarty, bo oczywiście nie mogę się zrzec osobistych praw do tego utworu, choćbym bardzo chciał. To według mnie jest nonsens..
D.P.: Ale możesz to wtedy opatrzyć jakimiś liberalnymi prawami typu creative commons.
M. C.: Zresztą, nawet jeśli się zrzeknę, to nie będzie to miało żadnej mocy prawnej, skoro te prawa są niezbywalne.
K. Z.: Podstawowy problem, jaki wciąż staramy się rozwikłać, to pytanie, jak w sposób legalny, ale też łatwo dostępny można korzystać z cudzych utworów. To sprawa ceny, dostępności, ale i zabezpieczenia praw autorskich danego twórcy. Wydaje mi się, że to jest problem palący. Teraz siedzimy w restauracji. Tu akurat musi być i pewnie jest zawarta umowa dotycząca praw autorskich, zgodnie z którą, teoretycznie, wykonawca właśnie emitowanego utworu, albo jego twórca, powinien dostać 10 groszy za to, że my tego utworu możemy wysłuchać. Według restauratorów takie opłaty są za drogie. Tymczasem po profity z tego utworu wyciąga nie jedna, ale dwie rączki – ZAiKS i STOART, a jeżeli pojawiłoby się w tym miejscu jeszcze audio-wideo, czyli telebim, to mielibyśmy trzecią rączkę. Jest 15 organizacji zbiorowego zarządzania, które z różnych względów mają prawo do wyciągania owej rączki po parę złotych. Te mechanizmy powinny być uproszczone. Zasady powinny być jasne: jedno miejsce pobierania opłat i tylko według jakiegoś ustalonego klucza: jeśli mam taki lokal, płacę tyle, kropka. I więcej nie powinno zajmować restauratora, bo on ma dobrze parzyć kawę i przygotować jedzenie, a nie zastanawiać się, skąd wysupłać pieniądze, bo ktoś następny zgłasza do niego roszczenie z powodu puszczanej w barze muzyki.
Uczestnicy Śniadnia Mistrzów:
Piotr Czerniawski – poeta i krytyk literacki, redaktor działu poetyckiego "Rity Baum". Współpracuje również z wortalem poetyckim Nieszuflada.pl. Od 15 grudnia 2007 jest wiceprezesem Stowarzyszenia Wikimedia Polska.
Dominik Piekarczyk - członek Klubu Terapii Obywatelskiej, nieformalnej grupy zachęcającej do przemyślenia na nowo m.in. tematu praw autorskich. Współpracownik organizacji QuestionCopyright. Propagator idei Wolnej Kultury oraz otwartego oprogramowania - drugą z tych idei wciela na co dzień w prowadzonej przez siebie firmie informatycznej.
Łukasz Rostkowski (L.U.C.) - polski raper, producent i reżyser związany z Wrocławiem. Założyciel, wokalista i współproducent projektu muzycznego Kanał Audytywny. Obecnie zajmuje się wydawaniem solowych projektów, z których ostatni to "Planet L.U.C." z 2008 roku.
Krzysztof Zuber - kierował teatrami Uniwersytetu Wrocławskiego – TUBB I i TUBB II oraz organizował międzynarodowe festiwale teatralne. Obecnie adwokat specjalizujący się w prawie ochrony własności intelektualnej. Wykładowca z zakresu prawa autorskiego i prawa prasowego.
Grzegorz Kosiorowski (moderator) - absolwent prawa i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Obecnie jest aplikantem radcowskim i doktorantem na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. Dziennikarz Portalu Kulturalnego G-punkt.pl.
Zdjęcia: Ada Gruszka.
« Poprzednia | Strona: 2 z 2
Tagi: Śniadanie Mistrzów Rita Baum Mleczarnia L.U.C. Dominik Piekarczyk Krzysztof Zuber Piotr Czerniawski Grzegorz Kosiorowski