Najnowsze pomysły państw UE na „walkę z piractwem” to kolejne projekty siłowe, oparte na zakazywaniu, ograniczaniu, limitowaniu. Rozwoju technologii i wzrastającej dostępności zasobów sieci nie da się jednak zahamować. Czy demokratyzacja kultury musi równać się ulotności i przypadkowości w jej odbiorze? Jakie jest miejsce twórcy w epoce kserokultury? Zapraszamy do lektury ostatniej części rozmowy.

Grzegorz Kosiorowski: Obserwujemy ostatnimi czasy bardzo dziwną sytuację. Z jednej strony, dzięki otwartym i szybkim łączom współczesna kultura jest wolna, nieskrępowana, to wszystko jest nam podane na tacy, ogólnodostępne. Ale z drugiej strony słyszy się o procesach karnych za piractwo, jak choćby ostatnio w Szwecji. Wyraźnie widać, że te pokazowe procesy to tylko demonstracja siły, próba utrzymania jakiegoś stanu zagrożenia, bo tak naprawdę karne ściganie piractwa (jeśli patrzeć na współczesną, miażdżącą skalę tego zjawiska) najbardziej chyba przypomina walkę z wiatrakami.
Piotr Czerniawski: Przyciskanie jest elementem ciągłej „zabawy”. Przyciśniemy w tym miejscu, to ktoś odskoczy w innym. Oczywiście, mechanizmy typu torrent można ominąć, znajdzie się inny system. Można wysyłać sobie pliki mailem, a tutaj obowiązuje tajemnica korespondencji. Trzeba się pogodzić z tym, że Internet jest, że ludzie mogą mieć dostęp do wszystkiego. I ewentualnie trzeba skupić się na tym, żeby ludzi wychowywać. Żeby chętnie płacili za muzykę i chodzili na koncerty. Są przecież tacy artyści, którzy wychowują swoich fanów. Ci fani zawsze płyty kupują. Więcej, są z tego dumni.
Wytwórnie są skazane na śmierć. Sprawę The Pirate Bay w Szwecji wygenerowały właśnie wytwórnie, które walczą o byt. Mogą one przedłużyć swoje funkcjonowanie o 10, 15 lat, ale w końcu padną. Bo nie mają możliwości ani pomysłów na przystosowanie się do obecnej sytuacji.
Dominik Piekarczyk: A co się stanie z prawami autorskimi do tych wszystkich utworów, do których wytwórnie mają teraz prawa i będą jeszcze miały przez dziesiątki lat?
P. C.: Przepisy, które chronią utwór przez 70 lat po śmierci artysty, to jest jakiś absurd. Te prawa powinny wygasać w chwili śmierci autora. Widzę tutaj dwa rozwiązania. Albo traktujemy prawo do utworu jako przedmiot, towar i wtedy nie będzie mowy o żadnym jego wygasaniu po jakimś czasie, albo uznajemy je za osobiste prawo artysty czy twórcy, które musi wygasnąć, kiedy twórca umiera, bo nie może być przedmiotem dziedziczenia. Jak wytłumaczyć odbiorcy korzystającemu z Internetu, że on powinien kupić dzieło kogoś, kto zmarł 70 lat temu? Może ktoś jeszcze wykaże temu odbiorcy: ten mały wnusio czy prawnusio artysty dostanie z tego złotówkę.
D. P.: Prawa autorskie powstały (niestety tylko wg zapewnień pośredników), żeby zapewnić autorom byt i motywować ich do tworzenia. To powinno im zapewnić nieskrępowane warunki do rozwoju i artystycznej pracy. Zastanówmy się więc, w jaki sposób autorowi, który nie żyje od kilkudziesięciu lat, prawa autorskie mogą pomóc w jego artystycznej pracy? Na początku planowano, żeby ta pośmiertna ochrona wynosiła 20 lat. Teraz jest to 70 lat. Nawet patenty na lekarstwa trwają tylko 20 lat.
Łukasz Rostkowski (L.U.C.).: Coca-Cola czy jakaś inna marka, to potężna firma stworzona przez dziadka, z której dzisiaj żyją jego wnuki. Dlaczego np. z firmy „Chopin” nie mogą utrzymywać się jego potomkowie? Aranżacje Chopina gra milion ludzi na całym świecie, wydaje się płyty, to jest towar.
Krzysztof Zuber: W komunizmie, według ustawy z 1954 r., okres ochronny dla praw autorskich wynosił 25 lat od śmierci autora. Ten okres został wydłużony do 50 lat w ustawie z 1994 r., bo taka wówczas była norma europejska. Teraz normą europejską jest co najmniej 70 lat od śmierci autora.
D. P.: Prawa autorskie są ciągle rozszerzane. Zawsze lobbowały za nimi wytwórnie, wydawnictwa, wcześniej drukarze, jakoś dziwnie nigdy nie byli to sami artyści. Druga sprawa, trzeba to podkreślić, te prawa autorskie niemal nigdy nie należą do autorów, ale są w rękach wytwórni. Łukasz, sam powiedz. Przed chwilą rozmawialiśmy o tym, że wytwórnie wykorzystują artystów.
Ł. R.: W dużej mierze się z tobą zgadzam. Ja tylko staram się patrzeć również z innej strony. Też wolałbym bezkarnie samplować artystów, którzy tworzyli wcześniej. Ale po pierwsze, artystyczny spadek twórcy jest jak uznana firma. Skoro ten Chopin stworzył ileś tam lat temu wielkie rzeczy, które dzisiaj rozchodzą się po świecie, to jego rodzina, czy nawet wytwórnia, która w niego zainwestowała, powinna coś z tego mieć. To jest fair.
Nie będę tutaj bronił wytwórni do upadłego. Ale też muszę powiedzieć, że często artyści jej potrzebują, żeby dobrze ogarniać swoje sprawy. Niektórzy z nich mocno lewitują w kosmosie. Nie potrafią się kłócić, nie lubią pewnych spraw wyrzucać swoim fanom. Chcą tylko, żeby był pokój i było dobrze na świecie. Artyści są trochę jak dzieci. Te wytwórnie, jeżeli sprawa jest dobrze ułożona, skutecznie dbają o interesy takich twórców.
D. P.: Bogu dzięki, że za czasów Chopina nie było wytwórni. Zastanawiam się, ile osób znałoby teraz Chopina czy Mozarta, gdyby te organizacje istniały. One dbają głównie o to, żeby kręcił się interes. Skutek zarządzania przez nie prawami autorskimi jest taki, że kiedy przychodzi do nich ktoś naprawdę nowatorski, z ambitnym projektem, to one nie spojrzą przez pryzmat: to jest niszowe, to jest piękne. One powiedzą: to się nie sprzeda, sorry. Nie było prawa autorskiego – był Bach, Beethoven, Chopin. Teraz mamy prawa autorskie - mamy Dodę, Britney Spears i inne tego typu postaci.
K. Z.: Tu nie chodzi o 50, 70 czy 100 lat. Chodzi o zasadę. Czy twórca po swojej śmierci ma prawdo do tego, żeby jego rodzina korzystała z jego utworów, z jego talentu, z tego, co on stworzył?
P. C.: Nie rozumiem tego mechanizmu. Dlaczego w sytuacji, gdy twój syn dziedziczy po tobie samochód, po 70 latach nie staje się on własnością wspólną? Te wszystkie wynaturzenia współczesnej kultury, które były tutaj wspomniane, są konsekwencją podchodzenia do muzyki jak do towaru. Pojęcie własności intelektualnej jest forsowane tylko po to, aby takie podejście uzasadnić. Wydłużanie okresu ochronnego spowoduje, że to prawo stanie się w zupełności towarem. Prawo autorskie to jest prawo autora, a nie prawo syna, wnuka, wytwórni... Autor umiera - prawo znika. Dywagacje, że jego wnuk będzie przez to miał mniej pieniędzy, wydają mi się bezsensowne. Długi okres praw ochronnych po śmierci autora stwarzają również takie zagrożenie, że spadkobierca nagle obrazi się na cały wiat i zamknie ludziom dostęp do dzieł swojego ojca czy dziadka.
D. P.: Myślę, że dzieła artystów powinny trafiać do domeny publicznej, stawać się dziedzictwem kulturowym, na którym następne pokolenia będą mogły budować swoją sztukę. Spójrzmy na przykład na Disneya, który na początku oparł swoją sztukę na baśniach braci Grimm. Królewna Śnieżka, inne podobne postaci, to były pomysły, które Disney zaczerpnął z domeny publicznej. Na tym zbudował swoją potęgę. Teraz, kiedy wytwórni tej wygasają prawa autorskie do Myszki Miki, mocno lobbują, wydają sześć milionów dolarów, aby te prawa wydłużyć. To wyjątkowa perfidia.
P. C.: Wyobraź sobie, że twój potomek czy spadkobierca, który będzie miał prawa majątkowe do twoich utworów, stwierdza, że twoi fani to złodzieje albo że są głupi, w związku z czym – nie dostaną muzyki LUC-a przez 70 lat. Koniec. I znikasz. Czy ty byś tego chciał? Wydaje mi się, że nie. Doprowadzam problem do absurdu, ale od czasu do czasu tak się zdarza. Spadkobierczyni księdza Twardowskiego „strzeliła focha” i jego dzieła nie są wznawiane, a ileż osób bardzo by chciało je nabyć.Są skazani na szukanie ich w antykwariatach.
D. P.: To trochę śmieszne, że w dobie Internetu funkcjonuje takie pojęcie jak „białe kruki” - dzieła, do których zawartości nie można dotrzeć.
Ł. R.: Sam miałem na tym polu dosyć nieprzyjemny przypadek. Jakiś czas temu bardzo chciałem zrobić swój projekt na tekstach Lema. Zwróciłem się do rodziny i ona mi odmówiła; dla nich byłem tylko i wyłącznie raperem.
P.C.: A sądzisz, że sam Lem też by ci odmówił? Ja myślę, że nie.
Ł. R.: No właśnie. Zgadzam się, tu jest pewien problem. Może bardziej chodzi o to, kto powinien na tym zarabiać. Bo sama dostępność dla publiki nie powinna być kwestionowana. Ale nie powinno być też tak, że każdy może sobie wziąć tę twórczość swobodnie na warsztat i na tym zarabiać, bez poszanowania praw tej rodziny. Internet to wszystko zmienia. Artysta umiera, a dostęp internetowy do jego twórczości staje się nieograniczony. Ale robienie z tego jakiegoś wydawnictwa czy filmu, to jednak jest inny problem.
D. P.: Czytałem badania pokazujące, jak często wydawane są dzieła, które ukazały się 50 lat temu, czyli te, które wkrótce wejdą do domeny publicznej. Nie pamiętam, czy to było 6% czy 0,6%, ale wskaźnik był skandalicznie niski. Producenci posiadają majątkowe prawa autorskie, ale tych dzieł nie wydają. Mamy więc dostęp tylko do 6% kultury sprzed 50 lat! Pozostałe dzieła nie są publikowane, a nie pozwala się nam tego ściągnąć z Internetu. Możemy szukać, ale zdaje się, że łamiemy w ten sposób prawo... Dlaczego producenci i wydawcy – czyli podmioty kierujące się przede wszystkim swoim zyskiem - mają decydować, co jest w kulturze dla nas wartościowe, a co nie?
K. Z.: To autor decyduje, a dopiero później producent.
G. K.: Bardzo skupiamy się w tej rozmowie na prawie i etyce. Ale piractwo internetowe ma też chyba swoje pozytywne strony. Zwróćmy choćby uwagę na szalony rozwój kultury, do którego doprowadził Internet. Na przykład niedawny raport „Gazety Wyborczej” na temat piractwa pokazał, że jednak w sporej części ludzie korzystają z sieci świadomie, szukając w niej tworów kultury, które są gdzie indziej nieosiągalne. Główny motyw ściągania z Internetu to oczywiście darmowość plików, ale zaraz po niej idzie brak alternatywnych źródeł...
P. C.: Teraz ściąga się z Internetu głównie seriale. To jest ok. 50% obrotów sieci. To cieszy się taką popularnością, bo polski odbiorca chce dany odcinek obejrzeć równocześnie z odbiorcą amerykańskim. I na to jest reakcja: ten odcinek znajduje się od razu w sieci, w ciągu jednego dnia przygotowane sa do niego napisy. Nie ma żadnej innej możliwości, aby widz obejrzał ten odcinek zaraz po jego wydaniu. Znowu pojawia się potrzeba, a wytwórnie nie robią absolutnie nic, aby ją spełnić. Opóźniają wszystko maksymalnie, a polska telewizja najpierw puszcza jeden sezon, potem się cofa o jeden sezon, potem puszcza znów ten sam i wreszcie odbiorca ma szansę zobaczyć ten odcinek, który odbiorca amerykański widział dawno temu. Tymczasem wszyscy inni ściągnęli już to sobie z sieci.
K. Z.: Jaka jest zatem alternatywa dla ściągania? Byłbym wspaniałym prawnikiem, gdybym to wiedział. Teoretycznie można pogodzić tendencje ochrony po śmierci autora z cywilizowanym dostępem do tego, co autor stworzył w taki sposób, żeby każdy miał swobodny dostęp, ale żeby też spadkobiercy Lema nie mogli dowolnie jego twórczości blokować. Złotego środka na razie wskazać nie potrafię, ale wydaje mi się, że jest taka możliwość.
D. P.: Może nawiążę do stwierdzenia, które tu padło, że ludzie mają konkretną potrzebę znalezienia jakiegoś utworu. Przypomnijmy sobie głośną sprawę The Pirate Bay i ostatnie przemowy oskarżycielskie na procesie. Przytoczę tutaj fragment artykułu: „Kiedy do zakończenia procesu administratorów The Pirate Bay pozostał już niespełna tylko tydzień, oskarżenie radziło sobie coraz gorzej. Szukając argumentów do swojej finalnej mowy oskarżycielskiej, prawniczka Monique Wadsted zwróciła się o pomoc do szwedzkich pisarzy poprzez grupę na Facebooku. Wyniki przeszły jej najśmielsze oczekiwania. W kontakcie ze środowiskiem autorów miała pośredniczyć przyjaciółka pani Wadsted, Carina Rydberg, która sama jest pisarką. W grupie serwisu społecznościowego napisała: "Moja przyjaciółka Monique Wadsted, która reprezentuje przemysł fonograficzny i rozrywkowy, potrzebuje komentarzy od twórców w tych kwestiach. Przygotowuje teraz finalną mowę i chciałaby zamknąć przekazem od szwedzkich autorów. To nie może być długie, dlatego mówimy tu o jednym zdaniu. (...) Jako że my, autorzy, jesteśmy dotknięci wymianą plików, uważam to za szansę, by coś zrobić. Monique bardzo chciałaby zobaczyć nas na sali sądowej. Tam sytuacja zdominowana jest przez piratów."
Wszystko byłoby pięknie, szwedzcy pisarze tłumnie stawiliby się w sądzie by rzucać pełne odrazy spojrzenia na piratów pozbawiających ich chleba, gdyby nie pewien paskudny szczegół. Szwedzki blogger projO opublikował wcześniejsze wypowiedzi pani Rydberg , które opublikowała w ramach tej samej grupy dyskusyjnej. Przyznała tam, że jest zarejestrowaną użytkowniczką w "The Pirate Bay". Argumentowała wówczas: ‘Zarejestrowałam się w The Pirate Bay, ponieważ chcę oglądać filmy, których nie można ani wypożyczyć, ani kupić w sieci. Chcę czytać książki, których już się nie wydaje, a które kosztują na e-bay-u 750 funtów. Dlatego chcę, aby The Pirate Bay pozostał z nami. Teraz próbuję pobrać "Dzień szarańczy" Johna Schlesingera. Wymaga to czasu i nawet nie wiem, czy otrzymam kopię nadającą się do oglądania, ale jednocześnie nie mam pojęcia jak inaczej w ogóle dostać ten cholerny film (...)”. Później publikacja bloggera doprowadziła autorkę do paniki. Szybko wyedytowała swoje wpisy na Facebooku, aby zatrzeć ślady. Ale zacieranie śladów w Internecie to raczej mało efektywna praca.
K. Z.: A propos tego procesu. W Polsce również lawinowo narasta ilość spraw dotyczących praw autorskich. W ubiegłym roku w mojej kancelarii miałem 200 spraw cywilnych i 50 karnych z tego zakresu. A wiem, że są kancelarie w Polsce, które mają jeszcze więcej takich przypadków. Te sprawy dotyczą przede wszystkim w obrony autorów, ale zdarzają się też dramatyczne sytuacje z młodymi ludźmi, którzy świadomie (lub nawet nieświadomie) ściągali z Internetu pliki muzyczne, filmowe. To są często tragedie tych młodych ludzi, bo nagle w ich życiorysie może pojawić się wpis o karalności. Człowiek kończy politechnikę. Okazuje się, że na ostatnim roku ściągnął nielegalnie programy do projektowania graficznego. To jest inny artykuł, ale to też są prawa autorskie; te programy ktoś przecież wymyślił. Skala spraw, jakie się toczą w Polsce z powodu naruszenia praw autorskich, jest coraz większa.
Gdyby przejrzeć orzecznictwo Sądu Najwyższego, to mniej więcej do 1990 r. tych procesów było stosunkowo mało. Później zaczęły pojawiać się lawinowo. Tak było z muzyką w restauracji czy w sklepach. W jednej z takich spraw dopiero 3 lata temu Sąd Najwyższy orzekł, że autorom za tę muzykę trzeba płacić. Powiedziałem wtedy w sądzie – może trochę demagogicznie – że jeżeli muzyka przynosi radość tym, którzy jej słuchają w sklepie czy w restauracji, to dlaczego autorowi nie ma przynosić radości z tantiem? Dlaczego w takich miejscach nie emitowane są stacje słowne? Takie jak TOK FM czy Radio Maryja? Ta muzyka jest w jakimś celu puszczana w sklepach czy restauracjach. Dlaczego autorzy nie mogą dostawać z tego tytułu wynagrodzenia?
Ł. R.: Twórcy są doceniani różnymi nagrodami, podnoszeni na piedestał, a wszystko to przekłada się na naprawdę żenujące zarobki. Inaczej by było, gdyby to wszystko jakoś uczciwiej funkcjonowało. W branży filmowej jest trochę inaczej, bo zachowała się jeszcze moda chodzenia do kina. Chociaż ściąganie z Internetu jest równie masowe jak ściąganie muzyki.
P. C.: Ale jeśli chodzi o książkę, to tutaj nowinki techniczne spotykają się z oporami, nawet wynalazki w stylu e-book reader słabo przechodzą. Mówi się, że e-booki będą doskonałym źródłem edukacji, bo w znaczący sposób obniżają koszty podręczników. Tymczasem wiadomo, że książka ma się w miarę dobrze i nic jej specjalnie nie zagraża. Kino jest rytuałem. Ludzie ściągają sobie filmy, ale i tak często idą na ten sam film do kina. Pozostaje tylko pytanie, czy CD, DVD czy jakiś inny nośnik - umrze czy nie umrze? Należy przekonać odbiorcę, żeby on temu artyście w jakiś sposób przekazał pieniądze. Nie osiągnie się tego traktując odbiorcę jako winnego wszelkich nieszczęść. Jeśli ludzie przestawiają się z nośnika CD na nośnik MP3, to dlaczego ta dystrybucja nie staje się powszechna? Nie jest maksymalnie ułatwiona, dostosowana do tego, ile ten odbiorca chce za tę muzykę zapłacić?
K. Z.: Tutaj wypada przypomnieć, kto tworzy przepisy. Nie autorzy czy artyści, nawet jeśli osiągnęli już wybitność. Nawet nie prawnicy, tylko politycy różnych opcji...
D. P.: Politycy są lobbowani przez wytwórnie i przez organizacje zbiorowego zarządzania.
K.Z.: Ale one nie mają wpływu na tworzenie przepisów.
D.P.: Jak to nie mają wpływu? Przecież lobbing jest legalny, a żaden artysta nie będzie samotnie, zamiast grać koncerty, siedział w Sejmie i wrzucał koperty do skrzynek.
Strona: 1 z 2 | Następna »
Tagi: Śniadanie Mistrzów Rita Baum Mleczarnia L.U.C. Dominik Piekarczyk Krzysztof Zuber Piotr Czerniawski Grzegorz Kosiorowski
IUigvxGtWX05-08-2011, 13:50
BhdqiV , [url=http://aicjuznyocdu.com/]aicjuznyocdu[/url], [link=http://sayvkdufyriu.com/]sayvkdufyriu[/link], http://xtkketpxjojw.com/
ldflDYpDdQyevYcoed05-08-2011, 09:56
eaeqpx <a href="http://uyklaomyxacr.com/">uyklaomyxacr</a>
RvAtcWXrNuO04-08-2011, 15:26
I rckeon you are quite dead on with that.