W pierwszych dniach sierpnia w Poznaniu zainaugurowana została nowa impreza kulturalna – Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk, którego założycielem i dyrektorem jest Jan A.P. Kaczmarek, kompozytor muzyki filmowej i zdobywca Oscara. Czy nowy festiwal ma szansę na stałe wpisać się w wakacyjny kalendarz kulturalny? Dziewiczy rejs Transatlantyku relacjonują Kuba Żary i Lech Moliński.

Kuba Żary: Transatlantyk to festiwal, który trudno jest zdefiniować - nie jestem pewien, czy sami organizatorzy festiwalu byliby w stanie określić, jaka jest istota tego wydarzenia, po co właściwie ono jest. No właśnie - po co? Co jest według ciebie główną myślą Transatlantyku?
Lech Moliński: Bez wątpienia zaczynamy od jednej z najistotniejszych kwestii - jeśli nie najważniejszej w ogóle - w kontekście imprezy firmowanej przez Jana A.P. Kaczmarka. Mnie w oczy rzucał się pewien dualizm myślenia o Festiwalu. Tak, jakby organizatorzy próbowali połączyć nieprzystawalne, czyli imprezę, prezentującą kino zaangażowane społecznie oraz festiwal promujący młodych kompozytorów muzyki filmowej. Filmowy program festiwalu przykuwał uwagę, bo znalazły się w nim interesujące oraz trudno dostępne tytuły, by wspomnieć "Route Irish" Kena Loacha czy "Four Lions" Christophera Morrisa, który zapewne nie trafi do regularnej dystrybucji. A co według Ciebie wysuwało się na plan pierwszy podczas inaugurującej edycji Transatlantyku?
KŻ: Te dwa motywy, o których wspomniałeś, były oczywiście na Transatlantyku najbardziej widoczne, ale nie zapominajmy, że twarzy Festiwal miał dużo więcej - żeby wspomnieć tylko o Master Classes, na których można było m.in. uczestniczyć w warsztatach designu czy Kinie Kulinarnym. To ostatnie nawet jako wydarzenie na mniej ideowo określonym Berlinale wydaje się być dość osobliwe - na Transatlantyku, zestawiając je choćby z sekcją prezentującą filmy dotyczące rewolucji w krajach arabskich, prezentuje się już kuriozalnie. Na pierwszy plan wysunąłbym jednak osławioną przez Jana A.P. Kaczmarka glokalność w kinie, bo wydarzenia muzyczne, czyli drugi filar Festiwalu, dla większości publiczności były mniej widoczne, sprowadzały się - a może to tylko moje wrażenie - do wzmianek w relacjach z kolejnych dni Festiwalu.
LM: Transatlantyk chciał chyba zadowolić zbyt wielu odbiorców. Wydarzenia muzyczne, ulokowane w Auli Artis i nie do końca spełniającej swoje zadanie Starej Rzeźni, pozostały w głębokim cieniu. O tym, jak ważne mogą być zarówno wieczorne koncerty, jak i sprawnie funkcjonujący klub festiwalowy, przekonują nas od kilku lat Nowe Horyzonty, które - od kiedy zadomowiły się w Arsenale - wieczorami zbierają pokaźne grono festiwalowiczów, ale także, co chyba jeszcze bardziej fascynujące, mnóstwo wrocławian, którzy omijają projekcje festiwalowe. Transatlantyk, ulokowany w Multikinie 51, pachnącym popcornem, nie potrafił zjednoczyć publiczności. Chociaż frekwencja wzrastała z dnia na dzień...
KŻ: Frekwencję na Festiwalu trzeba niewątpliwie uznać za sukces i nie ma co się jej dziwić - powodem był choćby program, do którego jeszcze w rozmowie na pewno powrócimy. Podczas gali zakończenia Jan A.P. Kaczmarek powiedział: 9 dni i 36 000 widzów!, 300 pokazów filmowych, 171 filmów, w tym ponad 40 premier, a także 2160 uczestników Master Classes – te liczby dają wyobrażenie o skali festiwalu. To zdanie dowodzi, że także organizatorzy zadowoleni są z pełnych sal, ale tym, co przebija się z tej wypowiedzi nie jest radość, że się udało. To bardziej: "Zrobiliśmy tak wielki, imponujący Festiwal, Polska jeszcze takiego nie widziała". Czyż nie jest to właśnie to, na co chorował Transatlantyk? Zamiast ambicji zrobienia dobrego, interesującego festiwalu filmowego - chęć zrobienia największej, najlepszej, najbardziej oszałamiającej imprezy w Polsce?
LM: Gigantomania to problem większości polskich festiwali. Nikt teraz nie chce robić krótkiej imprezy, z dobrym, starannie dobranym programem. To za mało. Festiwale trwają od 7 do 10 dni, a kiedy - tak jak w przypadku American Film Festival - mają 5 dni organizatorzy podkreślają, że chcą, aby ich impreza trwała dwa razy dłużej. Sztuczne rozdymanie to również kwestia związana z Transatlantykiem - Festiwal niby trwał od 5 do 13 sierpnia, choć de facto 5 i 13 sierpnia były niemal całkowicie pozbawione pokazów. Ja, przez te kilka dni pobytu w Poznaniu, nie czułem, że uczestniczę w wielkim festiwalu filmu i muzyki. Brak przystosowania Multikina do klimatu kina artystycznego, organizacyjne niedostatki, sprawiły, że trudno było odnaleźć klimat wiążący się z tego typu imprezą. To pierwsza edycja, więc nad tym elementem organizatorzy mogą pracować, ale nie da się ukryć, że aura nie sprzyjała przeżyciom natury artystycznej.
KŻ: Powiedzieliśmy o minusach, warto teraz może wrócić do programu, bo on był niewątpliwie zaletą Transatlantyku. Która sekcja szczególnie zwróciła Twoją uwagę?
LM: Intrygująca, choć raczej w kategoriach unikatowej ciekawostki, wydała mi się sekcja Kina kulinarnego. W swoich wyborach koncentrowałem się na pojedynczych tytułach, traktując trochę Transatlantyk jako esencję z najważniejszych europejskich festiwali filmowych, a nie byłem obecny ani w Berlinie, ani w Cannes. Zwłaszcza, że wiedziałem, iż nie wszystkie głośne tytuły trafią do kin, a zabrakło ich w programie tegorocznych Nowych Horyzontów. W ten sposób wśród najwartościowszych filmów festiwalu umieszczam "Nawet deszcz", premierowo pokazywany w Polsce, nagrodzony na Berlinale, z Gaelem Garcią Bernalem na pierwszym planie. Scenariusz do filmu napisał Paul Laverty, stały współpracownik Kena Loacha i w efekcie otrzymaliśmy frapujące kino społeczne, realizujące transatlantycką misję festiwalu. Poruszył mnie także, nagrodzony przez festiwalową publiczność "For Lovers Only" braci Polish. Amerykańskie kino, bardzo niezależne, bo kręcone aparatem Canon, bez budżetu i bez hordy aktorów. To mocno wystylizowana opowieść o romansie dwojga niedojrzałych i naiwnie romantyzujących rzeczywistość trzydziestoparolatków, ze zjawiskowo piękną Staną Katic w roli głównej. Wyidealizowana wizja zakochania, tragicznej miłości, w którą bohaterowi brną, zarazem świadomi, jak i nieświadomi konsekwencji. W filmie widać echa "kina chodzonego" Richarda Linklatera, a także pamiętnego filmu Claude'a Leloucha "Kobieta i mężczyzna". A jakich filmów Ty szukałeś w programie? Co udało się znaleźć?
KŻ: Najbardziej magnetyzującą sekcją festiwalu była bez wątpienia Panorama - z jej niemal trzydziestoma polskimi premierami filmów, które w kinach zobaczyć będzie trudno, a często nie trafią do dystrybucji wcale. Wśród nich moim faworytem jest zdecydowanie film Maïwenn Le Bresco "Poliss" – francuska opowieść o codziennej pracy policjantów z jednostki do spraw ochrony nieletnich. Film nie został zbudowany pod tezę, był bardziej chaotycznym (choć tylko na pozór) ciągiem zdarzeń niż logiczną konstrukcją - a przez to tchnął niezwykła świeżością, wydawał się przedstawiać jakąś prawdę, całość, na którą składają się i ciemne, i jasne momenty. Jednak to, co najciekawsze, działo sie dla mnie poza Panoramą - w tych niewielkich sekcjach, na które składało się po kilka filmów, ale za to takich, na które trafić w innych warunkach byłoby bardzo trudno. Mówię tu m.in. o Rewolucjach arabskich czy Nowej Ameryca. Mnie, dzięki sekcji Nowe kino skandynawskie, udało się zapoznać z uroczym duńskim "Drapaczem chmur", przesyconym specyficznym islandzkim poczuciem humoru "Parkingiem królów" czy portretującą zupełnie nietradycyjną skandynawską familię "Rodziną".
LM: Niestety, nie widziałem "Poliss", ale pozostałe rzeczy, które chwalisz, faktycznie przykuwały uwagę i w trakcie naszej dyskusji znów uświadamiam sobie, że dla tych wszystkich filmów warto było odwiedzić poznański festiwal. Choć zastanawiam się - czy wrócę tam za rok...?
KŻ: Wiele zależy od tego, w jakim kierunku Transatlantyk będzie się rozwijał. Jeżeli przyszłoroczna edycja zagra na mocnych stronach tej debiutanckiej - to dlaczego nie? Być może Festiwalowi nie uda się - co podejrzewam było zamiarem organizatorów - przejąć od Nowych Horyzontów palmy pierwszeństwa jeśli chodzi o skalę, ale może zagospodaruje inną niszę - festiwalu przekrojowo pokazującego glokalną kinematografię. A na taki Festiwal - choć zbicie terminu "glokalność" z "festiwal filmowy" ciągle mnie bawi - chętnie się po raz kolejny wybiorę.
LM: Ja najprawdopodobniej wrócę do Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu, choć nie wykluczam, że dam się uwieść - o ile poziom zostanie utrzymany - magii programu Transatlantyku. Wszak z Wrocławia do Poznania jest naprawdę blisko.
Tagi: Kuba Żary Lech Moliński Jan A.P. Kaczmarek Transatlantyk
BfagBjJBaUNftwAjEK30-04-2012, 21:41
a4wnev , [url=http://eakwvjintkxn.com/]eakwvjintkxn[/url], [link=http://pdotuxhpqarj.com/]pdotuxhpqarj[/link], http://wyxwgkhgutzh.com/
tZdxKAlhzKb29-04-2012, 21:30
1FL35C <a href="http://ahslsmnndsaq.com/">ahslsmnndsaq</a>
ADjMoKOoWl28-04-2012, 22:23
VgXdND , [url=http://zjoozmmtklim.com/]zjoozmmtklim[/url], [link=http://bmbfwiehnowa.com/]bmbfwiehnowa[/link], http://imyxlvqivibu.com/
OTNuwwhDuFxb28-04-2012, 18:23
xkzvLq <a href="http://rmdbakifsuhf.com/">rmdbakifsuhf</a>
bhrZeDMTprCqNi28-04-2012, 07:07
Z punktu wiendzia polskich interesf3w dĹugofalowych i dajÄ cych szansÄ na pokf3j to UkrainÄ naleĹźaĹoby podzieliÄ na czÄĹÄ zachodniÄ (tak blisko Kijowa), - tu dokonaÄ likwidacji OUN/UPA wraz z pogrobowcami, a nastÄpnie polonizowaÄ w sensie wĹÄ czania do cywilizacji ĹaciĹskiej.Ta czÄĹÄ wschodnia powinna zostaÄ autonomiÄ pod patronatem.Wszystko przy zaĹoĹźeniu, Ĺźe Rosja (moskwa) wrf3ci do swych pierwotnych granic.MoĹźna twierdziÄ, Ĺźe to idiotyzm, ale nie ma innego dobrego wyjĹcia. Dlatego nasza polityka ukraiĹska nie za bardzo mi siÄ podoba.