Choć „internetowi kosmopolici” widzieli animowaną „Historię Polski” już dawno dzięki uprzejmości anonimowych dawców na chińskich portalach, to gorąco wokół produkcji Platige Image zrobiło się dopiero ostatnio, gdy zleceniodawca projektu Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości zdecydowała się upublicznić polską wersję.

Na sztandarach Platige Image widnieje nazwisko Tomasza Bagińskiego – który, nomen omen, piastuje w firmie stanowisko dyrektora artystycznego – i to jemu obrywa się teraz za „Historię Polski”, choć to już nie czasy tworzonej po godzinach samodzielnie „Katedry”. Co uważniejsi wskazują nieścisłości militarne w doborze modeli niemieckich czołgów i szyku husarii, ci, którym bardziej na lewo kpią z militarnego zacięcia, zaś prawie każdy wskazuje, czego zabrakło. Na prawo słychać rzężenie, że Unia panie to też jak rozbiory, albo i gorzej, na lewo, że zabrakło tych co zwykle, czyli kobiet, Żydów i gejów. A do tego chińscy biznesmeni na Expo w Szanghaju, bo na tę imprezę przygotowano film, nic nie pokumają, bo i my nie do końca kumamy, co się na ekranie dzieje. W najgorszym wypadku zaś pomyślą, że Polska kraj straszny, który najpierw tak ostro zadzierał ze wszystkimi dookoła, że w końcu sam zaczął zbierać cięgi. Wolne to żarty. Na podobnej zasadzie zapewne polscy widzowie żywią przekonanie – wyniesione z „Hero” czy innego „Domu latających sztyletów” – że Chiny to dziki kraj, w którym łatwo można zostać rozpłatanym mieczem przez latającego szermierza. Nieporozumienie wydaje się zasadzać na tym, że „Historia Polski” to jeszcze nie „Lekcja Historii Polski”. Z równym powodzeniem można próbować zgłębiać historię Chin za pomocą gier z serii „Dynasty warriors”. Kompleks narodowy i histeria polska to chyba jakieś i to tam, gdzie by się ich nikt nie spodziewał – zamiast pooglądać sprawną i żywą animację, na szanghajskim Expo z jakiś powodów każdy musi zrozumieć zawiłości polskiej historii geopolitycznej i skomplikowane dzieje polskich emancypantek, a na dokładkę przełknąć wykładnię koncepcji Włostowica...
Osiem minut to akurat tyle czasu, żeby szybciutko przekartkować atlas historyczny dla szkoły podstawowej i mniej więcej to samo co tam na ilustracjach dostajemy w animowanych fajerwerkach „Historii Polski”. Nie szczegóły są tu więc tak bardzo interesujące, ale właśnie samo założenie, które, przypuszczam, może być unikalnie polskie (tutaj czytamy „zaściankowe”, jeśli wola): nie pokazujemy teraźniejszości czy świetlanej przyszłości – no poza ostatnimi sekundami, kiedy to nad Warszawą (?) XXI wieku zapada noc oświetlona unijnym gwiazdozbiorem – ale przeszłość. Z wojen i powstań robimy, szeroko pojęty, materiał reklamowy, to chcemy pokazać, to jest dla nas wartościowe. Tak zamyślona realizacja musi, siłą rzeczy, zapaść się pod własnym ciężarem w autoparodię i mniejsze tu chyba znaczenie ma, czy twórcy byli tego świadomi. Choć powracające w filmie odwołania do skrótu, symbolu i wydarzeń zamierających w obrazy-przedstawienia kolejnych epok – jak zawieszona na ścianie szarża husarii i wszechobecne krzyże na zmianę z mapami – pozwalają sądzić, że ten oczywisty fakt im nie umknął. Widać to też, gdy przychodzi czas na socrealistycznych murarzy i kobiety na traktorach, zreprodukowane z socrealistycznej ikonografii. Robimy samoświadomą propagandę i paradę twarzy znanych z banknotów.
Najciekawszy zresztą film robi się właśnie tam, gdzie posługuje się zupełnie popkulturowym obrazowaniem, czyli niestety dopiero wtedy, gdy dobiegamy wieku XX. Po Piłsudskim stającym naprzeciwko czerwonoarmisty w ujęciu rodem z „Street Fightera” czy sekwencji FPP jak żywo wyrwanej z „Call of Duty”, zabrakło tylko Grunwaldu, gdzie rycerstwo zostałoby zaznaczone masowo kursorem i skierowane do ataku z widocznymi nad głowami paskami życia. Tandeta? Oczywiście. W bardzo dobrym wydaniu. A nad nią unosi się duch zapowiadanego przez Bagińskiego „Hardkoru 44”. Krytycy orzekną, że pop-patriotyzm, lecz jaki patriotyzm nie jest „pop”? Ja chcę zagrać w tę grę!
Mniej lub bardziej udolnie połączone scenki z polskiego sennika w wykonaniu Bagińskiego i spółki taki właśnie mają popowy czar, tu się nie tworzy eposu, tylko, jak mówią młodzi, „rzeźbi w epie”, a różnica jest kolosalna. To naprawdę przykre, że na tysiąc lat historii kraju przypadło tak mało parad równości, no ale już, że obok kościołów stoją na filmie cerkiew i synagoga wypada zauważyć. Niestety nie każdemu się udało. Choć może po prostu Bagiński stracił sympatie po lewej stronie spektrum po ogłoszeniu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że inspiruje go dziewiętnastowieczny model ojca.
Rodzi się pytanie: Jaką fikcję narodową wykoncypowaliśmy sobie, gdzieś pewnie w czasach nominacji do Oscara, o Bagińskim? Miał być symbolem nowej kreatywnej i widocznej w świecie Polski, a sprzedaje historyjki o Krzyżakach i Powstaniu Warszawskim. A może inaczej – historyjki o historii.
Tagi: Tomasz Bagiński animacja film animowany Historia Polski dziewiętnastowieczny model ojca