G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Wojownicy w Agorze

Autor: Sandra Wilk, dodano: 27-02-2011, 00:21

Sięgający rock'n'rollowych korzeni wrocławski zespół People of the Haze oraz prezentujący niezmiennie dobrą formę Voo Voo wystąpili w CK Agora.

Wybierając się na koncert Voo Voo chyba każdy spodziewa się być świadkiem występu na bardzo wysokim poziomie, z licznymi improwizacjami – a wiedząc, że będzie to koncert promujący najnowszy album Waglewskiego i spółki (Wszyscy muzycy to wojownicy), będzie spodziewał się ostrych riffów i licznych solówek lidera formacji. Kto przybył na sobotni koncert w CK Agora we Wrocławiu, wie że Voo Voo faktycznie nadal jest w dobrej formie, faktycznie dużo improwizuje – ale grania w stylu Hendrixa nie było wcale tak wiele, jak można by oczekiwać po przesłuchaniu najnowszej płyty, a więcej niż gitarowych było solówek saksofonowych. Ale zacznijmy od początku.

Na początku był support, czyli People of the Haze – młody wrocławski zespół (w składzie: Tomek Środa – wokal, Krzysztof Pikuła – gitara, Krzysztof Wysocki – bas i Krzysztof Kamisiński – perkusja), który sięga do rock’n’rollowych korzeni.

Chłopcy grali godzinę – szybko, intensywnie i głośno – fajnie, ale… No właśnie. Niestety, grali szybko, intensywnie i głośno cały czas (poza jedną jedyną balladą w ich repertuarze); większość piosenek była do siebie tak podobna, że ktoś, kto nie zna dokładnie ich muzyki może mieć trudności z ich rozróżnieniem (poza wspomnianą balladą i może jeszcze chwytliwym I’m Leaving i Drive Me Crazy, które wyróżnia się tym, że jest najszybsze, najintensywniejsze i najgłośniejsze w całym repertuarze zespołu). Fajne, proste piosenki i mnóstwo energii – to elementy charakterystyczne twórczości POTH. Chłopaki doskonale się bawią grając – choć widać, że brakuje im jeszcze doświadczenia (a może onieśmielał ich fakt, że występowali przed Voo Voo?) Myślę, że przy odrobinie szczęścia (i lekkim urozmaiceniu materiału) już niedługo nie będą zaskoczeni, kiedy publiczność będzie wołała o bis, tak jak miało to miejsce w sobotę.

Waglewski i spółka otworzyli koncert piosenką zamykającą ich najnowszą płytę – na pierwszy ogień poszło Nico, a zaraz później – Język, gęba, strój – oba kawałki zagrane tak lirycznie i nastrojowo, że zaczęłam się zastanawiać, gdzie się podziały gitarowe solówki, których się spodziewałam? Po dwóch pierwszych utworach panowie zafundowali nam jednak Gruz, którego tempo stopniowo przyspieszali, aż przybrał takie brzmienie, jakiego oczekiwałam. Później było różnie – i spokojniej, i ostrzej, i mocniej, i wolniej. Różnorodnie. Muzycy doskonale prowadzili dźwięk; robili z nim to, co tylko chcieli, manewrowali wedle własnego widzimisię – co w połączeniu z ciepłym, budzącym zaufanie głosem lidera formacji dawało niesamowity efekt. Raz wiodącym elementem był wokal, innym razem to głos Waglewskiego był tłem dla instrumentów. Brakowało mi jednak jazgotliwych gitar w stylu Hendrixa – pojawiały się rzadko (za rzadko), grupa częściej wchodziła w konwencję przywodzącą na myśl zespół Raz, Dwa, Trzy. (I tu mała dygresja – duży plus za oświetlenie; podobną współpracę światła i dźwięku widziałam tylko na koncercie The Dead Weather w zeszłym roku.)

Zabrzmiały chyba wszystkie utwory z najnowszej płyty – przepiękne To co zostanie i mocna Zbroja najbardziej przypadły mi do gustu. Piosenki „przerywane” były często improwizacjami instrumentalnymi (bo wczorajszy koncert to przede wszystkim długie partie instrumentalne, świetne swoją drogą) – a w szeregach Voo Voo, jeśli chodzi o improwizacje, bryluje – jak wiadomo – Mateusz Pospieszalski (który urodził się już chyba z umiejętnością gry na saksofonie) – więc, o dziwo, na rockowym koncercie w sobotę w Agorze to właśnie saksofonowe solówki grały pierwsze skrzypce.

Po występie Voo Voo (bis obowiązkowy) miałam mieszane uczucia. Był naprawdę dobry, ale… Z jakiegoś powodu nie był świetny. Tym, co mi przeszkadzało – choć zabrzmi to nieco absurdalnie – była doskonałość tego zespołu. Panowie zdają się mieć wszystko dopracowane w najwyższym stopniu, tak że nawet improwizacja sprawia wrażenie przygotowanej i doszlifowanej (choć tak oczywiście nie jest). Niemniej, koncert zaliczam do udanych – dobra muzyka na żywo to to, co lubię najbardziej. „Miły w talii” Mateusz Pospieszalski, Piotr Żyżelewicz, który „tak fajnie uderza w bębny”, Karim Martusewicz „w fajnym berecie” i „dyrektor całego przedsięwzięcia” Wojtek Waglewski (cytaty właśnie z niego) znają się na tym, co robią, a poza tym – widać, że granie – i to granie ze sobą – nadal sprawia im frajdę. Na scenie czują się swobodnie, podchodzą do samych siebie z dystansem, ironią i poczuciem humoru.

„Zapraszam na 50 minut dobrej zabawy z People of the Haze, a później na bardzo dobrą zabawę z Voo Voo” – to słowa Tomka Środy z samego początku koncertu – i tym jednym zdaniem chyba najlepiej można podsumować sobotnie występy. Koncerty (dobry POTH i bardzo dobry Voo Voo) były fajnym wydarzeniem – i wiem już, że będę śledzić dalszą karierę nie tylko Voo Voo, ale także People of the Haze.

 

Tagi: Voo Voo CK Agora People of the Haze Sandra Wilk koncert



Skomentuj

POTH14-11-2011, 03:29

podziękowania od zespołu People of the Haze za relacje. Uwagi wzięte do serca, materiał urozmaicony! Zapraszamy na stronę www.poth.pl Pozdrawiamy


Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator