…to tak jest. Cytat kolegi sprawdza się jak do tej pory w stu procentach. Wrocław ma do zaoferowania potężną dawkę muzyki, która wytycza nowe ramy. Dźwięk Wrocławia tworzy się właśnie teraz i wszystkich artystów festiwalu można dumnie nazwać przedstawicielami fenomenu Wrocławskiej sceny muzycznej. Coś niesamowitego dzieje się nie tylko na wydanych płytach cd czy dvd, ale przede wszystkim w więzi między publicznością a sceną. Wrocław w swojej pokaźnie różnorodnej kulturze pokazał wielką jedność.

Drugi dzień festiwalu to „oddech przed burzą”. Atmosfera rozluźnienia i raczej mruczanego przymykania oczu. W krótkim przypomnieniu ominę Stolik Karbido, którego opisać po prostu nie można. Kto nie zdążył wejść na małą salę Impartu przed zamknięciem drzwi, niech wypatruje następnego występu i nie czekając pędzi Stolik obejrzeć. Panowie zachwycają i zdumiewają radością, która wypływa w graniu na instrumencie – meblu. „Muzyczna podróż”, o której opowiadał mi Michał Litwiniec, współwykonawca Stolika, to dla mnie przejście przez mistykę, humoreskę i wirtuozerię w jednej godzinie. Wszystkim fanom projektu myślę, że przypadł do gustu również „Requiem for Mozart”. Hołd dla wielkiego kompozytora został oddany godnie i ciężko wyobrazić sobie bardziej autentyczne wykonanie. Trzeba wspomnieć o nowych gwiazdach Bipolar Bears i Indigo Tree. Urzeczowię te zespoły w formie „dowodów” na jaskrawą przyszłość Wrocławskiej muzyki. Połączenie elektroniki, wyrazistej gitary i dynamicznego mikrofonu wyszło niedźwiedziom tylko na dobre.
„O, zepsuła się gitara, to może zagraj po prostu na czymś innym, bo my w ogóle nie bardzo potrafimy grać na instrumentach” – czyli zespół Indigo Tree sprawia, że poczułem się zupełnie na miejscu i wśród swoich. Taki klimat muzyczny ma tylko to miasto. Oczywiście całkowicie żartując od razu przekonałem się, że Indigo potrafi grać, wycisnąć łezkę i obywając się bez perkusji naładować otoczenie swoją niesamowitą dawką energii.
Mocnym akcentem zamy
kającym dzień drugi okazał się zespół Kariera. Mix muzyków, z rozpoznawalnych wrocławskich kapel – Małe Instrumenty, Robotobibok, ELjazzER to mieszanka wybuchowa i doprawiona taką dozą absurdu, że całość wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom. Muzyczna rozpiętość od elektroniki, przez jazz i punk rocka i teksty, które publiczność doprowadzają do łez, wyciskanych przez „Świnię truflową, która prowadzi nas przez świat”.
Trzeci dzień festiwalu zaczął się od funk rapu. Wyszli w dresach i z przesłaniem. Zespół Checkolada śpiewał o zwykłych rzeczach. O tym, że kradną, o tym, że kasy nie ma i owinął to w całkiem miłe opakowanie. Wrocławski Sound to przede wszystkim różne typy muzyki. Job Karma to chyba jedyny przedstawiciel swojego gatunku. Szczególnie w połączeniu z animacjami Arka Bagińskiego, który w swojej wirtualnej wizji świata zwrócił uwagę na wiele aktualnych wydarzeń i problemów. Ambientowe brzmienia Job Karmy doskonale uzupełniały audiowizualny pokaz.
Festiwal brzmień Wrocławia nie jest konkursem, ale w moim osobistym rankingu wygrał L.U.C. Jego nowy projekt z QWITU JAZZ QUINTET okazał się strzałem w dziesiątkę. Razem ze Zgasem, królem Polskiego beat boxu, pokazali, że są niepokonaną siłą. Wszystko co L.U.C ma do przekazania, teksty, pozytywne przesłania, to wszystko znajdziecie na płycie. Jest jednak coś, czego nie da wam odtwarzacz cd. To co stało się na koncercie L.U.C’a w Imparcie utwierdziło mnie w błogim przekonaniu, że pięćset osób na raz może wstać i zaśpiewać sto lat, poczęstować się czekoladką ze sceny, a przede wszystkim poczuć, że artysta gra specjalnie właśnie dla tego miasta. „Starzy wyjadacze” sceny nastrajają pozytywnie młode wschodzące gwiazdy, że można dojść do takiej swobody na scenie.
Tym właśnie akcentem kończę „relację” z Wrocławskiego Soundu. Zaproszenie na następny rok obowiązuje od teraz. Spotkajmy się znowu i jeszcze raz zobaczmy wszystkie ręce w górze jako jedno miasto i jedni ludzie. „Pozytywnie, nie wyłączaj mi tego.”
Tagi: Wrocławski Sound Bipolar Bears L.U.C. Job Karma Kariera