Wywiad z Michałem Litwińcem. Współtwórcą sławnego Stolika Karbido i muzykiem Requiem for Mozart, który Muzykę w dechę prezentować będzie na nadchodzącym wielkimi krokami Wrocławskim Soundzie.

Skąd wziął się pomysł na muzykę klasyczną?
Pomysł wyszedł od Piotrka Rachonia, który wychował się w domu, w którym się dużo słuchało i grało klasyki. Jego rodzina była mocno zaangażowana, mama była śpiewaczką operową, ojciec też zajmował się muzyką i to Requiem się przewijało cały czas. Kiedy rozmawiałem z Piotrkiem to zawsze chciał ugryźć ten temat. Z mojej strony natomiast to wygląda tak, że ja jestem poszukiwaczem dźwięków. Interesuje mnie wolność w muzyce, nieskrępowanie dążenia do nowych form. Poszukuję nowych stylów muzycznych, a klasyki nie dotknąłem nigdy. Wymyśliliśmy więc z Piotrkiem, że zajmiemy się tematem Requiem i przekręcimy go trochę po swojemu.
Kto tworzy Requiem i co to znaczy, że Piotrek jest pianistą ekstremalnym?
Ja jestem w muzyce bardziej szamanem, Indianinem, Piotrek bardzo dobrym instrumentalistą o wolnej i nieskrępowanej duszy a Mateusz świetnie zapowiadającym się klarnecistą. Pianista ekstremalny to moje określenie. Żeby to zrozumieć trzeba zobaczyć Piotrka na scenie. On gra całym swoim ciałem, wstaje, uderza, chodzi i tańczy.
Jak brzmi Requiem?
To jest właściwie godzinna suita, która jest oparta na harmoniach i kompozycjach zaczerpniętych z Requiem Mozarta, ale to wszystko poprzeplatane jest po pierwsze naszą wolną improwizacją i po drugie dźwiękami etnicznych instrumentów. Taka właśnie była idea tego projektu, żeby połączyć muzykę klasyczną i klasyczne instrumenty jak fortepian czy klarnet z chińskimi instrumentami strunowymi, piszczałkami, fujarkami, gongami. Requiem for Mozart to muzyczna podróż.
Instrumenty na których gracie są bardzo mało znane. Jest wśród nich „bezdotykowy theremin”.
W 1928 roku radziecki konstruktor Lew Termen wymyślił takie urządzenie, które miało służyć jako alarm w gabinecie Lenina. Okazało się, że na thereminie można grać. Znajdują się na nim dwie anteny. Jedna kontroluje wysokość dźwięku a druga długość. Grając na tym trochę jakby się tańczy.
Byliście na festiwalu w Dubrovniku. Jak publika odbiera ten projekt?
Gramy w różnych miejscach i reakcja zawsze jest pozytywna, ponieważ jest to coś nietypowego. Ani nie jest to free jazz, ani nie jest to typowe etniczne granie, ani nie jest to klasyka. Jest to jakby próba połączenia konkretnego aranżu wybitnej kompozycji Mozarta z improwizacją świadomych muzyków, którzy grają od lat. Granie w Dubrowniku skończyło się owacyjnie. Pomimo tego iż tamtejszy Le Pettit Festival Du Theatre jest głównie nastawiony na muzykę klasyczną i operową.
Jakieś plany wydawnicze?
Cały materiał jest już nagrany. Teraz wystarczy go zmiksować i wydać płytę.
Co wspólnego Pan ma ze stolikiem Karbido?
Jestem współtwórcą Stolika. Idea jest taka, że Stolik stoi na środku a publiczność na około. To jest coś pomiędzy spektaklem a koncertem. Spektakl Audio w quadrofonicznej instalacji. Dźwięki są live, nie używamy sampli ani podkładów. Ze stolika wydobywamy wszystkie dźwięki od zwykłych drewnianych, stukania, pukania do szumu wiatru przez industrial. Stół ma wiele tajemnic na przykład schowane flety w nogach, struny w szufladach, jest bardzo czuły na każdy dotyk. Przesunięcie ręką po blacie czasem można porównać do przesuwania ławki w katedrze. Dużo jest też vocalu. To podróż muzyczna po czterech stronach świata.
Kto zbudował stół?
Nasza czwórka. Siadaliśmy w Kalamburze i na serwetkach rysowaliśmy projekty. Zanieśliśmy projekt stolarzowi a później naszpikowaliśmy go sekretami, o których tylko my wiemy. Zbudowaliśmy go na zasadzie afrykańskiego balafonu. Podobnie jak w tym instrumencie, dłuższa deska to niższy dźwięk, krótsza deska wyższy. Dlatego na stole można grać melodię. Kto jest ciekawy może zanurkować pod Stół po koncercie i pooglądać.
Skąd przyszła idea ?
Idea przyszła skądś z góry. Z potrzeby nieograniczoności, z potrzeby grania na czym się da.
Dzięki za rozmowę.
Stolik Muza W Deche.
Tagi: Michał Litwiniec Wrocławski Sound wywiad Łukasz Dziechciarczyk