Realizm magiczny święcił swoje triumfy w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wtedy też zaczęła się trwająca do dziś popularność „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, a stworzona przez pisarza magiczna wioska Macondo stała jedną z najbardziej znanych fikcyjnych krain literackich. Dzięki Marquezowi i innym pisarzom iberoamerykańskim, realizm magiczny zaczął kojarzyć się właśnie z literatami pochodzącymi z Ameryki Łacińskiej. Do jego długich tradycji postanowiła sięgnąć Kirstan Hawkins. W „Kapeluszach doni Nicanory” brytyjska pisarka zaprasza czytelników do Valle de la Virgen – miasteczka, którego nie ma na żadnej mapie… Czy czegoś wam to nie przypomina?

Poszczególne mutacje magicznego realizmu często cieszą się ogromną popularnością, właśnie ze względu na ogromne bogactwo wątków baśniowych, legend i zwyczajów, charakterystycznych dla poszczególnych nacji. W Polsce doskonałym przykładem takiej „swojskiej” wersji magicznego realizmu są filmy Jana Jakuba Kolskiego, czy powieści Olgi Tokarczuk. Trochę szkoda, że pragnąc napisać książkę z tego gatunku, Hawkins nie zaczerpnęła motywów z dorobku kultury, z której sama pochodzi. Prawdopodobnie nadałoby to jej powieści tej nutki oryginalności i świeżości, której niestety „Kapeluszom doni Nicanory” brakuje. Czytelnicy zaś przestaliby mieć wrażenie, że świat wykreowany przez pisarkę to kolejna, o wiele bladsza wersja Macondo.
Jednak jeśli już się oswoimy z tym, że autorka pełnymi garściami czerpie z dorobku swoich poprzedników i przestaniemy bezustannie porównywać Valle de la Virgen do pierwowzoru, będziemy mogli zacząć cieszyć się rozwiązaniami fabularnymi, które oferuje nam Hawkins. Fabuła jest chyba najmocniejszym atutem „Kapeluszy…”, bowiem tym razem pisarka zdała się już na własną inwencję twórczą. Główna i zarazem tytułowa bohaterka powieści to rezolutna kobieta „po czterdziestce”, która od zawsze marzyła o założeniu sklepu z kapeluszami. Niestety życie rzucało jej nieustannie kłody pod nogi. Najpierw w młodości stawiając na jej drodze pewnego pięknego drania, który potrafił tylko płodzić dzieci i niszczyć jej marzenia. To dla niego donia Nicanora odrzuciła szanowanego golarza don Bosca i wyjechała z rodzinnego miasteczka. Do Valle de la Virgen wróciła, gdy zdała sobie sprawę z własnych błędów, których nie mogła już naprawić. Od tego czasu przez zgoła 20 lat co rano wymieniała grzecznościowe uwagi z don Bosco, nigdy jednak nie wracając do przeszłości.
Wszystko zmienia się diametralnie wraz z przyjazdem do tego odciętego od świata miasteczka - turysty. Choć turysta jest jeden, wywołuje w mieście niemałe poruszenie. Burmistrz postanawia zmienić Valle de la Virgen w turystyczną atrakcję, don Bosco po raz pierwszy wyrusza w podróż, a donia Nicanora zostaje golibrodą. Świat staje na głowie, co jest źródłem wielu zabawnych sytuacji, do których tworzenia Hawkins ma prawdziwy talent.
Choć metaforyce i symbolice, stosowanej przez brytyjską pisarkę, daleko do tej proponowanej czytelnikom przez mistrzów gatunku, takich jak Marquez, Allende, czy Cortezar, nie można zaprzeczyć, że „Kapelusze doni Nicanory” mają swój własny urok. Bije z nich niezwykłe ciepło, którego źródłem są przede wszystkim wyraziści bohaterowie. U Hawkins w pierwszych rozdziałach szwankuje trochę warstwa narracyjna. Być może dlatego, że jest to jej debiut literacki. Na szczęście po kilku stronach autorka się rozkręca, język książki staje się żywszy i barwniejszy, a czytelnicy coraz bardziej usatysfakcjonowani z wyboru lektury.
Kirstan Hawkins, Kapelusze doni Nicanory, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.
Tagi: Kirstan Hawkins Kapelusze doni Nicanory Prószyński i S-ka powieść realizm magiczny recenzja Paulina Dreslerska