Sześć niezwykłych podróży, sześć państw. Sześć „zaginionych” plemion. I tysiące marzeń potomków białych kolonistów, schowanych gdzieś na końcu świata w niedostępnych, egzotycznych zakamarkach globu. Na ich poszukiwanie w książce „Zaginione białe plemiona” wyrusza Riccardo Orizio.

Reporterska ciekawość i dziennikarska intuicja prowadzą go m.in. na Sri Lankę, gdzie do tej pory istnieje enklawa Burgów - potomków kolonistów holenderskich i do Brazylii, która kilka wieków temu stała się schronieniem dla emigrantów z południa Stanów Zjednoczonych. Na Jamajce autor spotyka potomków Niemców, którzy w nadziei, że płyną do „ziemi obiecanej” – Ameryki – zostali wywiezieni na spaloną słońcem wyspę. Wielu z nich, nieprzyzwyczajonych do gorącego, podrównikowego klimatu, zdziesiątkowały głód i choroby. Ci, którym udało się przeżyć, zapoczątkowali rozwój nowej etnicznej grupy, której członkowie mimo 200 - letniej asymilacji, wciąż mają jasną karnację i europejskie rysy twarzy. Jeden z nich, Tony Wedemeyer, którego dziadek „mimo woli został kolonistą”, w rozmowie z Orizio przyznaje:
„Wiesz, że mamy siedemnaście rożnych określeń na odcienie skóry, od śnieżnobiałej do całkiem czarnej. Każdy odcień ma swoją nazwę – quadroon, quintroon, octoroon, a także los ustalony z góry”.
To wyznanie można uznać za motto „Zaginionych białych plemion”. Pozostaje ono aktualne przez wszystkie strony książki. Rozmówcy włoskiego dziennikarza wielokrotnie podkreślają, jak dużą rolę w ich życiu odgrywa jasny pigment skóry, przypominający ich korzenie. Pomimo tego, że wielu z nich nie zna języka przodków, zmieniło wyznanie, a „ojczyzną” nazywa swoje aktualne miejsca zamieszkania, to wciąż traktowani bywają z rezerwą, wrogością, a nawet godną litości pogardą. To właśnie ich wypowiedzi budują niesamowity klimat książki. Co ważne, Orizio nie zarzuca czytelnika swą odautorską empatią i sztuczną rzewnością: wygłaszane przez „białe plemiona” opinie i bez tego mają ogromną siłę rażenia.
Dla polskiego czytelnika szczególnie interesujący będzie rozdział poświęcony naszym pobratymcom, potomkom dezerterów z napoleońskiej armii, których los związał z Haiti. Kilkudziesięciu "blanc" lub jak sami siebie nazywają "polone" (z kreolskiego „biali” lub po prostu Polacy) zamieszkuje obecnie niewielkie, ubogie górskie wioski, w tym przede wszystkim Cazale. To właśnie tu odwiedził ich Orizio i jak sam przyznaje, spotkał się z ogromną gościnnością. Przyjemnie czyta się o zdyscyplinowanych, chętnych do pomocy i pracowitych „polone”, choć z drugiej strony boli ich naiwność, którą nabyli przez stulecia mieszkając w odizolowanym Cazale. Dziwne uczucie niedowierzania towarzyszy nam, gdy czytamy ich prośbę skierowaną do reportera:
Czy kiedy wrócicie do domu będziecie mogli pójść do papieża i powiedzieć mu, ze jego polscy wierni z Cazale cały czas czekają?
Na przykładzie polskiej społeczności z Haiti, warto też wspomnieć o solidnym, historycznym podłożu książki Orizio. W samym rozdziale poświęconym Polakom z Cazale, przytoczył osiem różnych fragmentów listów (w tym m.in. korespondencję porucznika Romańskiego do Henryka Dąbrowskiego), wyłuskał z konstytucji Haiti fragmenty dotyczące naszych krajan i odnalazł listę żołnierzy, którzy najprawdopodobniej przez jakiś czas przebywali na tej wyspie. Podobną, solidną pracę Orizio widać także w innych rozdziałach. Każdy przykład poparty jest historycznymi faktami, wyjętymi ze starych dzieł i map, konstytucji czy nawet pocztówek. Książka jest skarbnicą wiedzy i aż szkoda, że autor nie pokusił się także o fotograficzne udokumentowanie rzeczywistości. Bo pomimo tego, że jego opisy są na tyle plastyczne, że wręcz widzimy spaloną słońcem ziemię i czujemy zapach bananów w powietrzu, to wszystko ma zaledwie jeden, beletrystyczny wymiar – zdjęcia na pewno byłby soczystą wisienką na literacko-historycznym torcie.
Pisząc o plastycznych opisach włoskiego dziennikarza, nie można nie wspomnieć o jego wyjątkowym darze bystrej obserwacji rzeczywistości, połączonym z ogromną wrażliwością. To one pozwalają mu pozornie nic nie znaczącym gestom nadać symboliczny wydźwięk, a nawet zmieścić w ich ramach uniwersalne, najważniejsze wartości. Jednym z przykładów jest obraz Najświętszej Maryi Panny, który haitańscy Polacy „uznają za dziedzictwo pozostawione im przez przodków”. Płótno przedstawiające Matkę Boską z Dzieciątkiem, reporter dostrzega w zakrystii, i choć pewnie wielu ludzi nie zadałoby sobie trudu by zainteresować się malowidłem, jakich wiele – Orizo to robi.
Riccardo Orizio pyta, szukając małych punktów zaczepienia, które nadają jego reportażom wyjątkowy mikrokosmiczny wymiar. Napotkane przedmioty owija w rodzinne historie, które tłumaczy w oparciu o wielopokoleniowe tradycje głęboko osadzone w historii. Przeszłość, dzięki rodzinnym pamiątkom, obrazom, pocztówkom czy bibelotom, zyskuje ludzki wymiar, a sam fakt, że bohaterowie chętnie dzielili się z Orizio tak pięknymi historiami wiele mówi o nim samym: to bez wątpienia cierpliwy i godny zaufania słuchacz. Być może dlatego przeszłość szepnęła mu na ucho wyjątkową historię zaginionych plemion.
Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.
Tagi: Riccardo Orizio Zaginione białe plemiona Wydawnictwo Czarne recenzja reportaż Agnieszka Oszust