Nigdy nie przepadałem za Lao Che. Kto to słyszał, odcinać kupony od Powstańców. Umyślnie bojkotowałem koncerty. Do czasu piosenki o jabłoni i złowieszczych podszeptach. Jak już wpadła w ucho, to, drogi panie...

… nie wypadła. Mało, że nie wypadła. Rozbrzmiała. Odbiła się echem na tyle szerokim, że nie tylko zamęczyłem Gospel, ale gdy tylko nadarzyła się okazja, poszedłem na koncert. Dowiedziałem się, że tak – tu się głowy ścina. I rzeczywiście. Swoją straciłem. Sięgnąłem do Guseł i Powstania. Tego samego, którego idea mierziła mnie w pierwszym akapicie.
Już jako zdeklarowany fan zespołu, z innej perspektywy spojrzałem na concept albumy. Usłyszałem niezwykle przemyślane i spójne obrazy różnych epok.
Lao Che - Jestem Słowianinem
Usłyszałem zręcznie skomponowane słowiańskie piosenki, podania i wierzenia przepuszczone przez mickiewiczowsko romantyczny filtr.
Usłyszałem powstańcze piosenki, historie i tyrtejskie marsze.
Usłyszałem zestawienie biblijnych standardów z egzystencjalnymi problemami współczesnego człowieka.
Usłyszałem wreszcie kawał dobrej, różnorodnej muzyki.
Muzyki różnorodnej na tyle, że próby zaszufladkowania Lao niezmiennie kończą się rozłożeniem rąk i rzuceniem zaklęcia „crossover”. Tymczasem, dyskografia zespołu wysyła nas w podróż przez folk, ambient, nienachalny trip, metal, piosenkę miejską, muzykę klezmerską i rock z wszystkimi możliwymi przymiotnikami.
Lao Che - Stare Miasto
Mimo różnic, każdy album to solidna porcja zmiennej, lecz niezmiennie kopiącej energii. Energii uzależniającej i sprawiającej, że każdego kolejnego koncertu wyczekuje się z zapartym tchem.
Lao Che - Drogi Panie
"Zagrao Lao" inauguruje "Zjawiskowo" - serię zupełnie subiektywnych artykułów o artystach i zespołach, które mieszają i mieszkają nam w głowach. Znane i nieznane, grające od lat dwóch lub dwudziestu, istniejące i dawno rozwiązane. Zjawiskowe jak ciała niebieskie - krótkożyjące komety i niewzruszone słońca.
Tagi: Zjawiskowo Lao Che