Realizm magiczny jest konwencją literacką na której niejeden współczesny pisarz połamał sobie pióro. Każdy, kto próbuje pisać w tym stylu, nie może uniknąć porównań z ojcami założycielami – Marquezem i Cortezarem, a od tego tylko krok do oskarżeń o powielanie pomysłów, tropów i rozwiązań fabularnych. Na realizmie magicznym najlepiej wychodzą ci, którzy szukają własnej ścieżki, dopasowując konwencję do fabuły, nie fabułę do konwencji. Tak właśnie postąpił Dmitrij Strelnikoff w „Złotych rybach”. I to był strzał w dziesiątkę.

Strelnikoff w ogóle jest ciekawym przypadkiem powieściopisarza, który nie tworzy literatury w języku ojczystym. Autor „Złotych ryb” jest Rosjaninem, piszącym po polsku, którego nie ominęły także konotacje z show biznesem, takie jak choćby udział w programie „Europa da się lubić”. I mimo, że zazwyczaj nie ufam „literaturze” tworzonej przez celebrytów, dorobek pisarski Strelnikoffa miło mnie zaskoczył. Choć daleko mu do klasyków piszących w języku kulturowo obcym, takich jak Joseph Conrad, czy Jerzy Kosiński, to trudno znaleźć w jego polszczyźnie coś, do czego można by się przyczepić. Proza Strelnikoffa jest schludna, poszczególne zdania przemyślane, a konstrukcja trochę przypomina tę znaną z baśni. Może właśnie dlatego jego książki czyta się szybko, a koniec lektury pozostawia mały niedosyt. Brakuje tu trochę językowych gier, dwuznaczności, zabawy stylem. Nie można jednak odmówić autorowi lekkiego pióra i zgrabnego poprowadzenia narracji.
„Złote ryby” to czwarta książka Rosjanina. Poprzednie powieści oscylowały wokół doświadczeń emigracyjnych autora („Ruski miesiąc”), rozliczeń z krajem dzieciństwa („Nikolaj i Bibigul”) i próbą powrotu do niego („Wyspa”). Ważną rolę odgrywały tu podróże – te geograficzne i psychologiczne, krainy pogranicza i oniryczny klimat, szczególnie widoczny w „Wyspie”. „Złote ryby” to tak naprawdę połączenie wszystkich wyżej wymienionych wątków i umieszczenie ich w baśniowej konwencji. Miejscem akcji powieści nie jest na szczęście wioska odcięta od cywilizacji - kolejna wersja marquezowskiego Maconda, ale współczesne miasta – Berlin i Warszawa. Dużą rolę odgrywa tu także sama podróż – zarówno fizyczna, jak i historyczna – w przeszłość rodziny bohatera.
Akcja rozplanowana została dwupoziomowo. Pierwszy to historia Norberta Hanke – syna Iranki i Niemca, który postanawia zamieszkać na warszawskim Mariensztacie. Powoli układa sobie życie – ma żonę i córeczkę, ciągle jednak prześladuje go przeszłość. Przed jego przyjściem na świat ojciec miał sen, w którym pojawiły się tytułowe złote ryby i tajemniczy chłopczyk. Matka Norberta dowiedziała się o śnie męża po porodzie. Wpadła wówczas w rozpacz i po kilku dniach umarła. Przez lata ojciec obwiniał jedynaka o śmierć żony. I gdy wydawało się, że Norbert całkowicie odciął się od przeszłości, pewnego dnia złote ryby znów namieszają w jego życiu, tym razem skupiając swoją fatalną moc na jego córce. Jedyną nadzieją na uratowanie dziewczynki jest dotarcie do źródła rodzinnego fatum.
Drugi, równoległy poziom narracji to właśnie opowieść o wielu pokoleniach rodziny Norberta, której korzenie sięgają starożytnej Scytii. Mity i legendy scytyjskie mieszają się tu z rodzinną sagą i cały czas oddziałują na teraźniejsze życie bohatera. Jest też skarb, który trzeba zwrócić i klątwa, którą należy złamać…
Fabuła choć miejscami naiwna, ma w sobie urok baśni, a bogactwo wątków świadczy o niezwykłej wyobraźni autora, który nie chce korzystać z ogranych schematów. Szkoda tylko, że książka nie jest dłuższa, liczy niecałe dwieście pięćdziesiąt stron. Większość wątków aż prosi się o rozbudowanie, a sama opowieść urywa się w momencie, gdy czytelnik dopiero zaczyna się w niej rozsmakowywać. Panie Strelnikoff, niech pan pisze grubsze książki.
Dmitrij Strelnikoff, Złote ryby, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.
Tagi: Dmitrij Strelnikoff Złote ryby wydawnictwo W.A.B. powieść recenzja realizm magiczny Paulina Dreslerska